Strona główna 0_Slider Ślub w cieniu rusztowań? Nowożeńcy wystawieni do wiatru

Ślub w cieniu rusztowań? Nowożeńcy wystawieni do wiatru

30

Na ten moment Monika i Jakub szykowali się trzy lata. Miało być piękne przejście do ołtarza, ceremonia w obecności 200 gości, sypanie kwiatów, ryżu i groszówek przed kościołem. Na pięć dni przed ślubem dowiedzieli się, że na ołtarzu staną rusztowania, a oni mogą powiedzieć sakramentalne “tak” w bocznej kaplicy.

Ceremonię w bocznej nawie widziałoby może 20 z 200 gości, a na dodatek musieliby machać do organisty, kiedy ma grać, bo z góry nic by nie widział. –  Mąż miał prowadzić córkę do ołtarza, ale do tamtego bocznego to nawet nie byłoby jak. Szczęście w nieszczęściu, że było to spotkanie z organistą i dowiedzieliśmy się o tym wszystkim na tydzień przed, a nie na 15 minut, gdy przyjechalibyśmy do kościoła na mszę, bo ja wtedy to nie wiem… chyba bym normalnie tam na zawał padła – do dziś Anna Krupa, mama panny młodej, nie kryje żalu i zdumienia.

Monika Krupa i Jakub Gdesz postanowili pobrać się dokładnie 9 czerwca 2018 roku. Termin ustalili już trzy lata wcześniej i dmuchając na zimne, postanowili czym prędzej zarezerwować datę ceremonii w świdnickiej katedrze. To od 20 lat parafia panny młodej, która nie wyobrażała sobie bardziej właściwego i piękniejszego miejsca na ten jedyny moment w życiu. Od księdza usłyszeli, że taki pośpiech nie jest potrzebny i wystarczy, jeśli przyjdą na początku 2018 roku. Narzeczeni tak zrobili, w styczniu wpłacili 200 złotych i zaczęli gromadzić dokumenty. Nie wszystkie udało się złożyć od razu, ostatni protokół został podpisany 3 tygodnie przed ceremonią. Gdy 3 czerwca organista, z którym umawiali się na oprawę muzyczną mszy, zapytał, czy wiedzą o rozpoczynającym się 4 czerwca stawianiu rusztowań na ołtarzu głównym zareagowali bez emocji.  – Kuba początkowo zaśmiał się, bo uważał to za żart i sądził, że nawet jeżeli coś mają robić to będzie to element, który uda się jakoś ukryć za pomocą kwiatów czy ozdób – wspomina Monika Krupa-Gdesz. – Z tego względu w niedzielę przyjęliśmy to ze spokojem, a w poniedziałek pojechaliśmy do katedry, aby spotkać się z księdzem. Już przed wejściem zobaczyliśmy ekipę remontową, która z ciężarówki wyciągała rusztowanie i rozkładała je na głównym ołtarzu. Wtedy powiedziano nam, że montaż rusztowania będzie trwał 3 tygodnie. Trzymając nerwy na wodzy postanowiliśmy zapytać, gdzie w takim razie odbędzie się nasz ślub?  Ksiądz odpowiedział nam, że do dyspozycji mamy nawę boczną, co było dla nas zupełnie niezrozumiałe, ponieważ mieliśmy ponad 200 gości, a tam są zaledwie trzy ławki. Reszta jest za filarem, który właściwie ograniczyłby widoczność do zera reszcie gości. Ponadto gdy zapytaliśmy, co będzie z ekipą budowlańców, która tam urzęduje, usłyszeliśmy, że podczas ślubu oni dalej wykonywaliby swoją pracę, na głównym ołtarzu dalej byłby plac budowy, a jedynym dniem kiedy ich nie ma i sprzątają swoje sprzęty jest niedziela. Ksiądz dodał, że oprócz nawy bocznej możemy wziąć ślub przy którymś z ołtarzy po prawej stronie kościoła, gdzie wchodzi tak samo mało osób, a reszta gości siedziałaby do nas bokiem. W takiej sytuacji zdecydowaliśmy, o czym od razu podczas tego spotkania poinformowaliśmy księdza, że rezygnujemy ze ślubu w katedrze i będziemy szukać miejsca na ceremonię gdzie indziej. Gdy zapytaliśmy, dlaczego nas nie poinformowano o planowanym remoncie, w odpowiedzi ksiądz rozłożył ręce i powiedział: że takie są zwyczaje w katedrze i że oni (księża) także nie mają obowiązku informować par młodych o jakichkolwiek pracach prowadzonych w kościele. Byliśmy bardzo zaskoczeni i źli, tym bardziej, że cały czas mieliśmy kontakt, ponieważ musiałam dowieźć swój akt chrztu – a protokół przed ślubem spisywaliśmy 3 tygodnie, a nie jak zwykle bywa 3 miesiące przed. Na dodatek zdawaliśmy sobie sprawę, że o takich remontach wie się wcześniej i nie uwierzymy w to, że oni nagle  się o nim dowiedzieli. Dla nas to było nie do wyobrażenia, że 5 dni przed ślubem zostajemy bez miejsca na ceremonię…

Narzeczeni i ich bliscy podjęli trudną decyzję o zmianie miejsca ślubu. Nie było to łatwe, by w zaledwie 5 dni znaleźć kościół, w którym będzie taka możliwość. Parafia ewangelicka była gotowa udostępnić na ceremonię Kościół Pokoju, pod warunkiem uzyskania zgody na udzielenie ślubu w tym miejscu przez katolickiego księdza. Padł też pomysł o ślubie w plenerze przy kapliczce w Zagórzu Śląskim, ale na to potrzebna jest zgoda biskupa. Ostatecznie zostali serdecznie przyjęci w kościele pw. św. Józefa, gdzie ojcowie Paulini pomogli we wszystkich formalnościach i przygotowaniu oprawy mszy. Kłopotów i nerwówki było jednak co nie miara, bowiem trzeba było powiadomić 200 gości o zmianie miejsca, znaleźć nowy parking dla autokaru, zamówić nowe kwiaty do zdobienia. Nie było też mowy o sypaniu ryżu czy kwiatów, bo przed kościołem jest zbyt mało miejsca. I były także dodatkowe koszty. Parafia katedralna nie zwróciła 200 złotych zaliczki.

Informacja o tym, że w katedrze rozpoczyna się remont, oficjalnie pojawiła się tylko raz w ogłoszeniach parafialnych 4 czerwca. Wówczas poinformowano, że do czasu postawienia rusztowań, co potrwa ok. 3 tygodnie, msze będą odprawiane w kaplicy Matki Bożej Świdnickiej, a w niedziele w kaplicy NSPJ.

– Katedra w zasadzie nic nie zrobiła. Nikt się z nami nie skontaktował, nikt niczego nam nie wyjaśnił, ani nikt nas nie przeprosił za całą tę sytuację. My nawet szukaliśmy, kiedy to wszystko zostało postanowione, sprawdzaliśmy czy mogliśmy coś przeoczyć, ale wszędzie były podawane tylko ogólne informacje o zamiarach i dofinansowaniach, jakie katedra otrzymała – wylicza Monika Krupa-Gdesz. – Natomiast o terminach nigdzie nie było mowy. Tak jak już wcześniej mówiłam, takich decyzji nie podejmuje się z dnia na dzień i my w to nie uwierzymy, że nikt o tym nie wiedział przynajmniej z 2-3 miesiące wcześniej. Wystarczyło nas poinformować o planach odpowiednio wcześniej, tym bardziej, że my dzwoniliśmy i dopytywaliśmy o różne sprawy. To nie było tak, że my podpisaliśmy wszystko pół roku wcześniej i nagle się pojawiliśmy. Byliśmy w stałym kontakcie, kościół miał do nas numery kontaktowe, a mimo to nikt się nawet się nie zająknął. A my pytaliśmy: czy będzie jeszcze jakiś inny ślub, czy nie będzie problemu, jeżeli nasza córka będzie sypała kwiatki idąc przed nami – za każdym razem słyszeliśmy nie, nie, nie, nie będzie problemu.

Katedra jest jak twierdza. Mimo wielu starań, redakcja nie otrzymała odpowiedzi  na prośbę o wyjaśnienie tej sytuacji ani podanie daty zakończenia renowacji ani w kancelarii parafii, ani od proboszcza ks. Piotra Śliwki, ani od przewodnika po katedrze Mariusza Barcickiego, od architekta współpracującego z katedrą Roberta Kryśpiaka. Ks. Daniel Marcinkiewicz, rzecznik kurii świdnickiej stwierdził, że parafia nie podlega kurii i nie może się w kwestii trwających tam prac wypowiadać. Nie otrzymaliśmy do dzisiaj odpowiedzi od wałbrzyskiego oddziału Dolnośląskiego Urzędu Ochrony Zabytków. W Urzędzie Wojewódzkim, który przyznał jedną z dotacji, odesłano nas do parafii. Nigdzie nie udało nam się znaleźć ogłoszenia o przetargu. Jedynie z nieoficjalnych informacji wiemy, że renowacja w nawie głównej może potrwać kilka miesięcy. Gdzie będą odprawiane msze, także ślubne? Prawdopodobnie na ołtarzu polowym przed rusztowaniami.

Monika Krupa-Gdesz całą sytuację opisała na portalu społecznościowym w grupie ślubnej. Wpis wywołał zdumienie kolejnych par, które mają zarezerwowane terminy w kolejnych miesiącach. Jak dowiedzieli się państwo Gdeszowie, już trzy śluby zostały przeniesione do innych kościołów.

Imponująca świdnicka katedra wymaga stałej troski, a wartość koniecznych napraw ks. Piotr Śliwka publicznie szacował w 2016 roku na 60 milionów złotych. W tym roku parafia otrzymała dotacje ministerstwa kultury, wojewody i miasta na szereg prac. – Nikt nie neguje konieczności ich wykonania. Uczciwie byłoby jednak poinformować o utrudnieniach pary, które sakramentalne tak powiedzą sobie tylko raz w życiu i chciałyby przeżyć to jak najpiękniej – podkreślają zawiedzeni nowożeńcy.

Artur Ciachowski
Agnieszka Szymkiewicz