O deficycie ciepła i uwagi

    0

    Miałem ostatnio nieodparte wrażenie, że ktoś, jak mówi się w przenośni, następuje mi na odcisk. Dla dociekliwych i oczekujących na szczegóły wyjaśniam, że był to cały szereg zdarzeń, w których stawałem się obiektem istnej lawiny ocen i cenzurek. Raczej niepochlebnych i tych z gatunku dołującego. Nie było to ani delikatne, ani przypadkowe. Miało raczej posmak przemyślanego deptania po owym odcisku z siłą tarana, aż do pokazania się pierwszej krwi i okrzyku bólu. No cóż, takie miałem wrażenie i przyznam, że przez pewien czas niezbyt dobrze z tym się czułem. Ale …Właśnie pojawiło się coś, co nieco zmieniło moje spojrzenie na owo „rozrywkowe rozgniatanie mnie”. Zaczęło się od spokojnego przeanalizowania wydarzeń i doszukania się tzw. sedna.

    Sprokurowałem sobie, na wspomnianą okoliczność, teorię, która wcale nie musi być słuszna. Mnie jednak zadawala i powoduje, że teraz mniej nerwowo reaguję na podobne sytuacje. Nie przeklinam, nie jeżę się, nie krzyczę. Ba, nawet czasami wolę milczeć i odczekać niż z uporem dochodzić racji, nawet gdyby były one jedynie słuszne. Myślę, że to kolejny element dojrzewania i dorastania, w którym czuję się coraz lepiej. Oto owa teoria zwana „symptomem deficytu uwagi”, nie mająca nic wspólnego z modną obecnie teorią ADHD (z ang. Attention Deficit Hyperactivity Disorder, czyli zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi, określany w literaturze także, jako zaburzenia hiperkinetyczne.  I to jest pewne, że moja teoria nie jest zbliżona do owego ADHD.

    Mamy my ludzie, w różnym wieku i na różnym poziomie rozwoju intelektualnego, jak mawia moja, NN (Notoryczna Narzeczona, bardzo często tutaj cytowana, bo mądrość życiowa i psychologia nie są jej obce) chroniczny deficyt uwagi. Czujemy się niedoceniani, pomijani, czy niesłyszani. Niektórzy z nas tak mają. Może wynikający z pobudek narcystycznych, a może z braku bliskości drugiego człowieka. Tego, z którym możemy budować codzienność, przegadywać wszystko, co przyniesie nam slina na język. Osoby niekoniecznie najbliższej, ale na tyle zaufanej, na ile to zaufanie można zbudować w relacjach między dwojgiem ludzi. I kiedy tego kogoś nie mamy w pobliżu, decydujemy się czasami na przeróżne dziwne zachowania. Czasami raniące innych, czasami irracjonalne i mało logiczne. Myślę, zgodnie ze swoją stworzoną teorią, że jest to taki rodzaj wołania o uwagę.

    Tak to sobie wydumałem. Może jest w tym coś z racji, a może nie. Przyznam, że nawet nie zależy mi specjalnie na tym, by dochodzić do tego. Wiem, jak na przyszłość reagować na to i już. Czuję się z tym lepiej. Bo w końcu co jest najważniejszy w tym naszym ziemskim czasie? Chyba tylko to, by spędzić go jak najpełniej i pozostawić po sobie dobre wspomnienie. Nie tylko w świadomości najbliższych, bo to jest jakby obowiązek. Ale też innych, czasami obcych ludzi. Łapię się na tym, że coraz częściej dopadają mnie podobne do tych przemyślenia. Może to objaw starzenia się, a może jedynie dojrzewania?

    Z całą pewnością nie robię tego tylko na użytek felietonowy. Siwych włosów coraz więcej. Wykruszają się rówieśnicy i … zęby. Na Boga – teraz kolej na stwierdzenie, że czas już, że to jesień życia. Nic bardziej bzdurnego. Słońce świeci w specyficznej ciepło – jesiennej tonacji i życie z każdym dniem jest piękniejsze. Nawet, gdy czasem poczuję obce ciało na mojej stopie i krew uderzy mi do głowy. Żyję i cieszę się życiem!

    Wacław Piechocki