Strona główna 0_Slider Kulisy samorządu: Król Słońce na urzędzie

Kulisy samorządu: Król Słońce na urzędzie

0

Kiedy władza zbyt mocno uderza do głowy, organizują zarządzanie gminą (miastem, powiatem, województwem) na wzór królewski. Jedni pławią się w ich blasku, innych palą na popiół. O tym, jak feudalne obyczaje mają się świetnie w demokratycznym z założenia samorządzie pisze autor bloga „Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy”, były samorządowiec i urzędnik.

TEGO NIE PRZECZYTASZ W „MEDIACH” SAMORZĄDOWYCH

fot. ilustracyjne

Są takie gminy, i nie trzeba ich nawet długo szukać, w których urząd działa w oparciu o bardzo prosty model kosmologiczny. Oto w centrum lokalnego układu słonecznego znajduje się Wójt-Słońce (ewentualnie Burmistrz-Słońce albo Prezydent-Słońce, zależnie od stopnia świecenia).
Reszta to planety krążące w odpowiedniej odległości, tak aby ani nie zbliżyć się za bardzo (bo można się sparzyć), ani nie oddalić za bardzo (bo wtedy wyleci się z orbity).

Oczywiście w dokumentach wszystko wygląda wzorcowo: „interes publiczny”, „obsługa”, „transparentność”. Ale wystarczy wejść do budynku, żeby zobaczyć, że grawitacja działa trochę inaczej.

Najpierw zapada decyzja, że od merytoryki ważniejsze są ODCZUCIA pana wójta/burmistrza/prezydenta. Potem, że dokument ma być „przygotowany tak, żeby szef był zadowolony”. A później już nikt nie pyta: „Co będzie najlepsze dla gminy?” Za to pojawia się seria znanych pytań kontrolnych:
A jak to odbierze wójt?
A czy burmistrz się nie zirytuje?”
A prezydent to w ogóle widział?”
I tak oto powoli, dzień po dniu, urząd publiczny zaczyna się zachowywać jak instytucja, której główną misją jest utrzymanie dobrego humoru jednej osoby.

W sytuacjach trudnych proces przyspiesza. Zamiast prawa i faktów pojawia się lokalna meteorologia:
„Tematu nie ruszamy, bo będzie burza.”
„Na to nie odpowiadamy, bo będzie wichura.”
„Tego wniosku nie uznajemy, bo nie pasuje do prognozy.”

A najlepsze są narady, na których od 40 minut analizuje się jedno:
„Czy szef będzie na to patrzył przychylnie?” Jakby całe państwo prawa było dodatkiem do jego nastroju.
Problem zaczyna się wtedy, gdy urząd już nawet nie widzi, że coś poszło nie tak. Że gubi się punkt odniesienia. Że urzędnik przestaje patrzeć na przepisy, mieszkańców, a zaczyna patrzeć… w stronę źródła światła.
Tak rodzi się wójto-centryzm. Miękki, nieformalny, ale SYSTEMOWO ZABÓJCZY.

Profesjonalizm? Zmętniały.
Bezstronność? Na urlopie.
Interes publiczny? Wysterowany pod kątem 45° do oczekiwań gabinetu.
A mieszkańcy?

Mieszkańcy słyszą, że urząd „zawsze służy pomocą”, ale w praktyce czują, że pomoc zależy od tego, czy nie zasłonią widoku na Słońce.

/Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy/

Poprzedni artykuł80 lat Koła Gospodyń Wiejskich w Lutomi Dolnej [FOTO]