Strona główna 0_Slider Na jeden oddział zbyt mały, na inny zbyt chory. 4-tygodniowy chłopiec nieprzyjęty...

Na jeden oddział zbyt mały, na inny zbyt chory. 4-tygodniowy chłopiec nieprzyjęty do szpitala w Świdnicy

11

Antoś* urodził się 23 lipca tego roku w 34 tygodniu ciąży z niewydolnością oddechową. – Kiedy 19 sierpnia miał na zmianę płytki i głęboki, świszczący oddech, a klatka piersiowa zaczęła mu się zapadać, spakowałam synka i taksówką pojechałam na SOR szpitala w Świdnicy. Nie spodziewałam się, tego, co nas spotka – mówi pani Anna*. Młoda matka złożyła do Prokuratury Rejonowej w Świdnicy zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa i skargę do Rzecznika Praw Pacjenta.

zdjęcie ilustracyjne

Mój najmłodszy synek po urodzeniu musiał trafić do inkubatora, miał podawany tlen. Kiedy 14 sierpnia dostał kataru, natychmiast poszłam z nim do lekarza, rozmawiałam także z położną. Zalecono mi obserwację. Katar nie był duży, ale po południu 19 sierpnia Antoś zaczął mieć problemy z oddychaniem. Oddech stawał się płytki, a za chwilę oddychał bardzo ciężko, pojawił się kaszel. Udało nam się dostać do lekarza w naszej przychodni ok. 17.30. Pediatra potwierdził, że dziecko ma infekcję. Dostałam skierowanie do szpitala w Wałbrzychu. Kiedy wróciliśmy do domu, stan synka gwałtownie się pogorszył, przestraszyłam się. Niestety, ani ja, ani moja rodzina nie dysponujemy samochodem. Mąż pracuje przez cały tydzień poza Świdnicą i wraca tylko na weekendy. Nie zastanawiałam się więc długo, byłam przekonana, że w naszym szpitalu szybko otrzymamy pomoc. To maleńkie dziecko, wcześniak, liczyła się każda minuta. Zawinęłam synka w kocyk i pojechałam taksówką. Na miejscu byliśmy ok. 18.00 – opisuje matka niemowlaka. Rodzice pani Anny w tym czasie zajęli się trójką starszych dzieci, które mają osiem lat, siedem lat i 16 miesięcy.

Świdniczanka zadzwoniła domofonem, umieszczonym przy zamkniętym wejściu na Szpitalny Oddział Ratunkowy. – Pracownik nie wpuścił nas, powiedział, że bez skierowania nie wejdę. Pobiegłam więc na pogotowie. Tutaj też nie chciano mnie wpuścić. Przez 15 minut przez szybę tłumaczyłam i prosiłam, wreszcie lekarz zgodził się nas przyjąć i stwierdził po osłuchaniu dziecka zaburzenia oddechowe i wydał skierowanie na SOR. Wróciliśmy na oddział ratunkowy – mówi matka Antosia.

Pracownik wpuścił ja do środka i zadzwonił do lekarza dyżurnego, opisując sytuację. – Lekarka poprosiła mnie do telefonu. Z dzieckiem na ręku po raz kolejny opisałam, co się dzieje. Lekarka powiedziała, że nie przyjmie nas do szpitala, a jedyne, co może zrobić, to wypisać skierowanie do szpitala w Wałbrzychu i jeśli chcę, może zejść na dół i zbadać saturację płuc oraz osłuchać dziecko. Jeśli ja chcę! Oczywiście, przecież cały czas prosiłam o pomoc – mówi ze łzami pani Anna.

– Lekarka zeszła na dół po około 15 minutach. Saturacja na szczęście okazała się dobra, ale stwierdziła u synka nieokreślone ostre zakażenie górnych dróg oddechowych. I nie zgodziła się przyjąć mojego 4-tygodniowego dziecka do szpitala, bo jest za małe na oddział dziecięcy, a zbyt chore na noworodkowy! Stwierdziła, że jedyne, co może zrobić, to wypisać skierowanie do szpitala w Wałbrzychu. W tych ogromnych nerwach kompletnie zapomniałam, że mam już takie skierowanie. Usiadłam więc i czekałam na dokumenty od lekarki – opowiada. Z Antosiem na rękach siedziała w poczekalni ok. 40 minut. – Nikt z personelu do nas nie podszedł, nie zapytał, jak się czuje dziecko, czy jego stan się nie pogarsza. Kiedy na dól zeszła pani doktor, wręczyła mi odmowę przyjęcia do szpitala oraz skierowanie. Dodała też, że miejsce dla mojego dziecka w Wałbrzychu zostało uzgodnione z tamtejszym lekarzem. Kiedy powiedziałam, że ani ja, ani nikt z moich bliskich nie dysponuje transportem, a jest już prawie 20.00, nie było żadnej reakcji. Zapytała mnie tylko, dlaczego nie zadzwoniłam przed przyjazdem do Latawca, żeby zapytać, czy w ogóle zajmą się moim dzieckiem! I jeszcze pouczyła mnie, że w przypadku tak małego dziecka trzeba reagować szybko, bo liczy się każda godzina. Mówiąc to wszystko nawet nie spojrzała na mojego synka – opisuje pani Anna.

Poszukiwania transportu do Wałbrzycha zajęły kilkadziesiąt minut. – Pomógł mi znajomy brata, za co jestem bardzo wdzięczna. Przed 22.00 byliśmy już w Wałbrzychu, przyjęto nas natychmiast, a lekarz wykazał się wielką troską. Synek pozostaje na oddziale. Niestety, nie mogę z nim być ze względu na pozostałe dzieci, ale codziennie się dowiaduję o jego zdrowie. W niedzielę lekarze podjęli decyzję o podaniu antybiotyku. Nie wiem, jak długo potrwa leczenie – mówi matka. – Może powinnam od razu szukać transportu i jechać z synkiem do Wałbrzycha, może powinnam najpierw zadzwonić do Latawca i sprawdzić, czy nas przyjmą, może powinnam zadzwonić na 112. Pewnie popełniłam błędy, ale byłam przerażona i jechałam do Latawca pewna, że będzie się liczyło zdrowie mojego synka, wcześniaka, a nie procedury. To było bezduszne i jestem przekonana, że narażało życie mojego dziecka, dlatego zawiadomiłam prokuraturę i Rzecznika Praw Pacjenta. Skargi do dyrektora nie pisałam, bo nie wierzę, by to coś dało.

Dyrektor szpitala w Świdnicy Grzegorz Kloc po pytaniach Swidnica24.pl 21 sierpnia zlecił wyjaśnienie sprawy. Do tematu wrócimy.

Agnieszka Szymkiewicz
*imiona matki i dziecka zostały zmienione