Strona główna 0_Slider Komendant świdnickiej Straży Pożarnej żegna się ze służbą

Komendant świdnickiej Straży Pożarnej żegna się ze służbą [WYWIAD]

3

Dzisiaj po raz ostatni odda honory sztandarowi Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej. Straszy brygadier Tomasz Szuszwalak szefował strażakom ze Świdnicy i powiatu świdnickiego przez ponad 20 lat. Podobnie jak wielu jego kolegów w całej Polsce, którzy w wieku zaledwie 50 lat zostali “skłonieni” do przejścia na emeryturę, żałuje, że jego wiedza i doświadczenie nie zostaną wykorzystane. Sam jednak całkowicie ze straży się nie wypisuje. Będzie działał jako ochotnik.

Zostawia świetnie wyszkoloną załogę, nowocześnie wyposażone jednostki, jedną z najprężniejszych w Polsce sieci Ochotniczej Straży Pożarnych. Zostawia również wspomnienie sprawnie przeprowadzanych akcji, dobrej współpracy z samorządami i mieszkańcami powiatu.

W ciągu ostatnich dwóch lat, podobnie jak we wszystkich służbach mundurowych, również w Państwowej Straży Pożarnej trwa wymiana kadr. Jak poinformował rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej PSP we Wrocławiu Daniel Mucha, na emeryturę w ciągu dwóch lat przeszło 21 z 26 dolnośląskich komendantów powiatowych i miejskich. Z nieoficjalnych informacji wynika, że skala jest ogromna.

Tomasz Szuszwalak dzisiaj o 14.00 podczas uroczystości w sali narad świdnickiego Urzędu Miejskiego pożegna się z zawodową służbą. Służbą, która trwała całe jego dorosłe życie.

Pamięta pan swój pierwszy dzień w pracy?

Jasne, był naprawdę fajny! W służbach mundurowych w tamtym czasie płacono z góry, więc w pierwszy dzień zacząłem od wypłaty. Zdarzeń cywilizacyjnych, z jakimi mamy do czynienia teraz, nie było dużo. Straż pożarna interweniowała 300-400 razy w roku, dziś jest to 2 500! Tego dnia zdarzeń akurat nie było wcale. Po południu mieliśmy zajęcia sportowe na basenie odkrytym, a był to lipiec, więc naprawdę fantastyczna służba! Ale już następne dni pokazały, że to nie jest high live – pierwsze pożary, pierwsze ofiary śmiertelne, pierwsze wypadki i zaczęło się prawdziwe życie zawodowe.

Jaki to był dokładnie dzień?

1 lipca 1992 roku. Byłem zaraz po studiach, ożeniłem się na piątym roku, urodziło się pierwsze dziecko, więc nie było czasu na wakacje, trzeba było iść do pracy i utrzymać rodzinę.

Studia nie były przypadkowe, skończył pan Szkołę Główną Służby Pożarniczej. W którym momencie zapadła decyzja o wyborze właśnie takiej drogi zawodowej?

Nie mam tradycji rodzinnych strażackich, natomiast w klasie maturalnej miałem trochę kolegów i znajomych ze straży, poza tym wiedziałem, że szkoła mundurowa to będzie coś dla mnie. Szukałem miejsca dla siebie i w Wojskowej Akademii Technicznej, i w Wyższej Szkole Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, ale ostatecznie padło na szkołę w Warszawie. Znaczenie miało także to, że mieściła się w stolicy, mogłem oderwać się trochę od Świdnicy, poznać nowe, ciekawe miejsca. Dzisiaj nie żałuję wyboru.

Wówczas nie było łatwo dostać się na taką uczelnię.

I wtedy nie było łatwo, i dzisiaj nie jest. To jedyna wyższa uczelnia kształcąca inżynierów pożarnictwa i dająca kwalifikacje oficerskie. Wtedy było kilkanaście osób na jedno miejsce, dziś jest podobnie. Jest to uczelnia o poziomie politechnicznym, więc i wyniki z matury, a także z egzaminów wstępnych musiały być dobre, żeby znaleźć się na liście przyjętych. Na mój rocznik przyjęto około 120 osób.

W Warszawie pewnie pan zobaczył zupełnie inny wymiar straży pożarnej niż ten tutaj, na lokalnym poziomie. Duże było zderzenie, jeśli chodzi o sprzęt, wyposażenie?

Miałem to szczęście, że zaczynałem służbę w czasach, gdy dokonywała się transformacja w służbach mundurowych. Zaczynaliśmy, gdy na wyposażeniu były tylko polskie samochody, Star, Jelcz, Żuk, gdzie strażacy mieli mundury typu moro, impregnowane, a impregnat był palny, co było prawdziwym kuriozum. Prawdę mówiąc, myśmy tu w Świdnicy niczym nie odbiegali od Warszawy, natomiast rok 1992, a potem rok 1994, kiedy powstał Krajowy System Ratowniczo-Gaśniczy powodował coraz większe przyśpieszenie. Mój poprzednik modernizację rozpoczął od częściowej wymiany samochodów i budowy rejonowego systemu ratowniczo-gaśniczego, ja poprzez kolejne dwadzieścia kilka lat miałem to szczęście, że spotkałem na swojej drodze życzliwych, mądrych ludzi, którzy rozumieli wymogi bezpieczeństwa i chcieli pomagać. Dzisiaj jesteśmy w zupełnie innej rzeczywistości.

W którym momencie objął pan stery Komendy w Świdnicy?

To było bardzo szybko jak na tamte czasy, bowiem kadry oficerskiej w województwie wałbrzyskim nie było dużo. Już w 1994 roku, dwa lata po rozpoczęciu służby, zostałem zastępcą komendanta rejonowego. Przejąłem cały dział operacyjno- liniowy. Dwa lata później mój poprzednik awansował na zastępcę komendanta wojewódzkiego, tu się zwolniło miejsce. Było dwóch starszych ode mnie kolegów oficerów, którzy otrzymali propozycję objęcia stanowiska w Świdnicy, ale z różnych względów odmówili. Byłem trzeci w kolejce, porozmawiałem z rodziną i podjąłem decyzję, że biorę i tak zostało do dzisiaj.

21 lat… Co po stronie plusów? Jakie minusy?

Dzisiaj, chociaż 50 lat kończę dopiero w maju, trudno mówić o jakichś podsumowaniach życiowych, ale dla mężczyzny praca zawodowa w jednej firmie – pewnie wielu kolegów zazdrośnie na to patrzy, zmieniając wielokrotnie zakłady pracy – to jest coś bardzo istotnego. Stabilizacja, pewność warunków, pewność tego, co mnie czeka. Byłem też uczestnikiem transformacji, kiedy zmieniało się nie tylko wyposażenie, ale i wykształcenie strażaków. Gdy zaczynałem, wyższe studia miało nas trzech w całym powiecie. Rozwój w tej kwestii jest ogromny.

Jak zmieniała się jednostka?

Nasza komenda obejmuje dwie Jednostki Ratowniczo-Gaśnicze, w Świdnicy i w Świebodzicach. Świebodzice jest to miejsce, gdzie przed transformacją była samodzielna komenda, ale wraz ze zmianami w administracji państwowej musieliśmy dokonać transformacji do Świdnicy. W Świebodzicach trwały wówczas prace przy budowie nowej siedziby, miałem szczęście dokończyć inwestycję, gdzie stworzyliśmy centrum ratownicze z komisariatem policji i stacją pogotowia ratunkowego. Było to pierwsze takie miejsce na Dolnym Śląsku. W Świdnicy również trwały remonty budynków, modernizacja wyposażenia. Na pewno jest jeszcze coś, co chciałbym zrobić, ale już nie zdążę i będzie to zadanie dla mojego następcy – elewacja budynku komendy. Budynek stoi w centrum miasta, przekonywałem i samorząd miejski, i powiatowy, że taki obiekt powinien być perełką, bo większość gości aleją Niepodległości przejeżdża. Udało nam się zrobić tylko jedną stronę elewacji, trzy jeszcze zostały. Myślę, że następca tego dokona, bo tylko to z ważniejszych inwestycji będzie miał do zrobienia.

A jeśli chodzi o sprzęt?

W początkach mojej służby unifikacja sprzętu miała pewne zalety, bo mieliśmy pewność, że gdziekolwiek nie trafimy, ten wąż, prądownica będą leżały na tej samej półce w każdej jednostce. Dzisiaj większość pojazdów w większości powiatów jest różna. Każdy powiat karosuje sobie samochody pod swoje potrzeby, pod zagrożenia, jakie występują najczęściej. Na pewno jednak są to samochody zbudowane z innej jakości materiałów, odporne na korozje, a nie takie, które nam rdzewiały i rozpadały się już po paru latach. Dzisiaj mogą jeździć 15-20 lat i nic im się nie dzieje. Na pewno innej jakości jest sprzęt ratowniczy. Gdy zaczynałem, ratownictwo drogowe nie było tak mocno rozpowszechnione jak obecnie, zresztą samochodów na ulicach było o wiele mniej niż obecnie. Teraz nie ma dnia, bym nie powiedział, że jest więcej wypadków i zagrożeń technicznych niż pożarów. W tej nowej sytuacji potrzebne były nowoczesne sprzęty hydrauliczne, techniczne – to oczywiście mnóstwo pieniędzy, ale także wymaganie zupełnie innej wiedzy od strażaków. Dzisiaj młodzi strażacy są dobrze przygotowani i świetnie sobie radzą. Na pewno zmieniły się ochrony osobiste strażaków. Co prawda już chcielibyśmy mieć nowocześniejsze, bo takie w Europie i na świecie są, ale przechodząc od trzewików wojskowych i łatwopalnych mundurów do nowoczesnych Nomexów, hełmów, rękawic, butów to już mamy do czynienia z następną generacją! Apetyt jednak rośnie, a jak wiele w tej dziedzinie można zrobić, obserwujemy na targach. Choć tu też mogę z satysfakcją dodać, że strażacy z Niemiec, Czech, z Anglii, którzy przyjeżdżają z miast partnerskich, patrzą na nas zazdrosnym okiem mówiąc, że u nas poszło to jeszcze szybciej i muszą nas doganiać.

Polskim fenomenem jest olbrzymia sieć jednostek ochotniczych straży pożarnej. Jak pan postrzega rozwój OSP?

Dobrze, że tej płaszczyzny również dotykamy, ponieważ sama Państwowa Straż Pożarna nie byłaby tak sprawnym systemem ratowniczym w Polsce, gdyby nie wsparcie druhów ochotników. Powiat świdnicki jest dobrze zorganizowany, posiadamy aż 42 jednostki OSP, z tego 18 jest w Krajowym Systemie Ratowniczo-Gaśniczym. Są to jednostki najlepiej wyposażone, wyszkolone, chociaż innym, niebędącym w KSRG, niewiele do tego poziomu brakuje. I o ile możemy powiedzieć, że w wielu jednostkach mamy jeszcze sprzęt 30, 40-letni, to we wszystkich z krajowego systemu mamy już sprzęt nowoczesny. Nowe pojazdy, które w ciągu ostatnich 10 lat udało nam się pozyskać przy udziale środków samorządowych, z MSWiA, od Komendanta Głównego PSP, WIOŚ, niczym się nie różnią od wyposażenia Państwowej Straży Pożarnej. Ochrony osobiste druhów również są identyczne, więc takiemu przeciętnemu obywatelowi, który nas widzi przy akcji, trudno stwierdzić, czy to jest ochotnik, czy strażak zawodowy. Na naszych barkach spoczął także cały ciężar szkolenia i doskonalenia zawodowego druhów. Przez ostatnie 10 lat przeszkoliliśmy ponad 1000 druhów na różnego rodzaju kursach i to też pokazuje, jaką armię społecznych ratowników mamy w powiecie. Ponad 1000 osób to jest bardzo dużo do dysponowania. Przy pożarach widzimy ich kilku, kilkunastu, jednak przy kataklizmach – powodziach, wichurach – widać ich dosłownie wszędzie.

Można mieć najlepszy sprzęt, a bez ludzi stanie się bezużyteczny. Jak zmieniali się strażacy przez te ponad 20 lat?

25 lat temu w straży pożarnej największą grupę stanowili rolnicy. Przychodzili na służbę 24-godzinną, potem mieli 48 godzin przerwy, co wykorzystywali do pracy na roli. Natomiast dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Ponad 20% funkcjonariuszy ma wykształcenie wyższe, wszyscy pozostali mają średnie i to jest minimum. Kiedyś przychodzili ludzie z wykształceniem podstawowym i zawodowym. Dziś mamy wiele osób z wykształceniem kierunkowym – po budownictwie, po chemii, mamy ratowników wysokościowych, medycznych. Inny poziom wiedzy i świadomości tych ludzi. To są osoby, które znakomicie radzą sobie z nowoczesnymi technologiami. Szybko się uczą. Choć podkreślam, odkąd mamy nabór roczników gimnazjalnych, które nie musiały odbyć zasadniczej służby wojskowej, to trochę drylu, musztry, słuchania poleceń brakuje. Na szczęście szybko się dostosowują.

Jak układała się panu współpraca z taką armią?

Nie było łatwo. Młody komendant a spotykałem się z rzeszą doświadczonych strażaków, którzy próbowali mnie zaginać na różnych tematach. Szkoła nie we wszystkim przygotowywała nas do dowodzenia i zarządzania, a już w ogóle do zarządzania na poziomie komendanta, gdzie trzeba być również menadżerem. Tego trzeba się było uczyć, stąd studia podyplomowe i kursy. Grupa ponad 1000 ochotników to na pewno ogromne wyzwanie, każdy ma inny charakter i potrzeby, wzrosły też ambicje, ale to są ludzie bardzo oddani. Tu nikogo nie trzeba na siłę ciągnąć, zachęcać, to my nie możemy w takim tempie, jakby chcieli, zapewnić wszystkiego, czego oczekują.

A zawodowa załoga? Jak pan ocenia po latach osoby, z którymi pan współpracował?

Przez te lata przewinęło się mnóstwo ludzi, tych, z którymi zaczynałem, jest już niewielu. Na niektórych stanowiskach dowódczych i kierowniczych zmiany nastąpiły dwa, a nawet trzy razy. Z różnych względów. Miałem okazję obserwować co najmniej dwa pokolenia. Jestem zadowolony ze swojej załogi, chociaż są dni i momenty, gdy są trudne decyzje do podjęcia i oczekiwania, których nie mogę spełnić. Priorytetem jest ratownictwo – sprzęt musi być sprawny, ochrony osobiste również i załoga powinna być zadowolona ze swojej pracy. Natomiast pozostałe historie, przy takim budżecie, jaki mamy, muszą zejść na plan dalszy.

Gdyby miał pan wybrać takie zdarzenie, taką akcję, która szczególnie utkwiła w pamięci…

Chyba się nie da. Im więcej tych działań ma się na swoim koncie, tym więcej obrazów przewija się przed oczami, a na pewno najbardziej zostają te najbardziej traumatyczne, zawiązane z ciężkimi warunkami i z ofiarami działań, w których uczestniczyłem. Mam jednak wrażenie, że większość załogi, podobnie jak ja, wypiera z głowy takie obrazy. Wiemy, że były, ale staramy się ich nie rozpamiętywać. W pierwszym miesiącu mojej pracy były bardzo poważne pożary lasów w Kuźni Raciborskiej, w Olszynie przy granicy z Niemcami, potem pierwsze pożary mieszkań, gdzie ratowaliśmy ludzi z budynków, dalej powódź, gdy nie wracaliśmy do domów przez kilkadziesiąt godzin. Przemijają także te wydarzenia, którym towarzyszą fanfary, czyli przekazywanie nowego sprzętu. Cieszymy się, ale później uważamy, że tak być powinno, że nowoczesny sprzęt jest czymś naturalnym.

Straż Pożarna przez wiele lat była postrzegana jako służba apolityczna. Takim momentem, który wzbudził podejrzenia, że to się skończyło, było wydanie 2 lata temu dla wszystkich służb mundurowych zakazu udziału w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Czy odczuwacie wpływy, naciski? Czy polityka może zaszkodzić tej służbie?

Oczywiście straż pożarna nie jest jakąś wyodrębnioną jednostką na bezludnej wyspie, która żyje sama dla siebie i tylko realizuje swoje procedury. Funkcjonujemy w społeczeństwie, które ma swoje oczekiwania, poglądy, co niewątpliwie w różnych aspektach wpływa również na nas. Ale jest ustawowy zakaz przynależności do partii politycznych wszystkich strażaków zawodowych, od szeregowego po najwyższego komendanta i to nam daje pewien spokój naszej pracy. Nie ma zależności politycznych. Jednak mieszkamy w naszych miejscowościach, działamy w radach sołeckich, w innych instytucjach, gdzie takie przełożenie na pewno jest i gdzieś w głowie zostaje. Cała rzesza ochotników to też są ludzie zaangażowani w różne projekty, z różnymi poglądami. Staramy się tego nie dopuszczać na plan pierwszy, bo strażacy mają ratować. Nie mogą zastanawiać się, kogo ratują, tylko jak to zrobić profesjonalnie, szybko i bezpiecznie. Myślę, że gdyby polityka miała do naszej służby docierać, to na poziomie komendanta powinna się zatrzymać i takie mam obserwacje z ostatnich 25 lat. Powiatem świdnickim, ale też gminami władali przedstawiciele różnych opcji politycznych. Najlepszym przykładem jest zakup drabiny 30-metrowej z 2001 roku, kiedy zgromadziliśmy wspólnie prawie 2 miliony złotych i straż pokazywano jako przykład jednoczenia środowisk na poziomie lokalnym. Wtedy też były pierwsze wspólne projekty pomocy dla policji, pogotowia ratunkowego. To pokazuje, że my jesteśmy ponad tym. Ale czy ta druga strona myśli tak samo?

Ma pan 50 lat. Prawie. To jest fantastyczny moment w życiu człowieka, kiedy ma ogromne doświadczenie życiowe i zawodowe, ale ma też mnóstwo siły i energii. Tymczasem pan odchodzi ze służby. Dlaczego?

Jest to trudne do zrozumienia. Gdyby brana była pod uwagę merytoryczna ocena działalności, to sądzę, że wnioski byłyby inne – takie opinie do mnie docierają z wielu środowisk gminnych, powiatowego i nawet wojewódzkiego. System ratowniczo-gaśniczy w powiecie jest zorganizowany dobrze, potrzebna jest tylko kontynuacja i trudno w takim momencie odejść. Tym bardziej trudno, że spędziłem w straży całe dorosłe życie. Dla mężczyzny, który ma 50 lat to także za wcześnie, by siedzieć na wersalce i przełączać programy w telewizorze. Przykre jest to, że nasze państwo nie jest przygotowane, by zagospodarować dobrze wyszkolonych i doświadczonych ludzi. Odchodzimy na emerytury, ale nie daje nam się możliwości realizowania tego doświadczenia na przykład na rzecz szkolenia nowych kadr. Nie tylko ja odchodzę w tej chwili w stan spoczynku, takich oficerów jest więcej. Oczywiście na emeryturze można wieść wesołe życie, ale chyba większość z nas szuka innego zajęcia. Jeśli teraz państwo może płacić tak młodym emerytom emerytury, a nie chce korzystać z ich wiedzy i doświadczenia, to trudno. Będziemy się realizować w innej dziedzinie.

Skoro nie zamierza pan usiąść na wersalce, to jaki plan B?

Na pewno trzeba chwilę odpocząć, bo służba psychicznie też jest wymagająca. Już kilka pożegnań ze środowiskami, z którymi współpracowałem, mam za sobą i były to bardzo miłe spotkania, ale ja całkiem się nie żegnam! Na straż pożarną jestem nieuleczalnie chory i żeby nikt mnie z tego nie próbował wyleczyć! Na pewno zostaję po tej drugiej, społecznej stronie działalności. Jestem członkiem OSP w Burkatowie i chociaż chyba nie będzie mi wypadało wyjeżdżać do działań ratowniczych w roli dowódcy, to na pewno będę druhów wspomagał. Jestem też członkiem zarządu powiatowego i od niedawna zarządu wojewódzkiego OSP we Wrocławiu, więc takie przełożenie w skali województwa na ochronę przeciwpożarową będę miał. Dziękuję również środowisku, że w wyborach powszechnych swoje głosy przekazali na mnie i dziś jestem ich reprezentantem w województwie. Na pewno ze strażą pożarną się nie żegnam. Natomiast co zawodowo? Zobaczymy. Myślę, że propozycji pracy na rynku w dziedzinie bezpieczeństwa jest wiele i każdy z nas swoje miejsce znajdzie.

Rozmawiała Agnieszka Szymkiewicz
Zdjęcia Dariusz Nowaczyński