Strona główna Wydarzenia Świdnica Wspomnienia Wiesława Modzelewskiego

Wspomnienia Wiesława Modzelewskiego

1

Przewodniczący MKK Ziemi Świdnickiej, internowany 9.05.1982 – 10.07.1982

Może trudno w to uwierzyć, ale kilkanaście dni przed wprowadzeniem stanu wojennego przeczuwaliśmy, że coś może się wydarzyć. W powietrzu niemal wisiało narastające napięcie. Dzień przed 13 grudnia miałem dyżur w Rynku, w siedzibie MKK i kiedy szedłem do domu około godz. 20.00, zauważyłem niepokojąco puste ulice. W domu posłuchałem jak zwykle Wolnej Europy i poszedłem spać. Około 4 nad ranem usłyszałem natarczywe stukanie do drzwi. Zdziwiłem się, że nie dzwonek, ale właśnie stukanie. Otworzyłem i zobaczyłem teścia, również aktywnego członka Solidarności, który od progu zawołał: Nie pal światła! U nas była milicja i szukali cię.

wieslaw-modzelewskiA ja mieszkałem u teściów z żoną i dzieckiem, do czasu aż otrzymałem tzw. mieszkanie rotacyjne, niewielkie, ale samodzielne. Teść powiedział, że w mieście pełno milicji i kazał mi się ubierać, bo jak utrzymywał – w końcu mogą do mnie trafić, mimo zapewnień teściowej, że jesteśmy skłóceni i nie wie, gdzie dokładnie mieszkamy.

Wyszliśmy przez piwnicę, kilka bram dalej i teść zaprowadził mnie do swojego szwagra Zygmunta Bednarza, również działacza Solidarności w Wagonach. To właśnie u niego ukrywałem się przez pierwszy tydzień. Na początku próbowałem wyjść do miasta, ale Zygmunt ostrzegł mnie, że piętro wyżej mieszka ormowiec, więc w razie wpadki pójdziemy siedzieć wszyscy. Dlatego dopiero po tygodniu udało mi się nawiązać kontakt ze Zbigniewem Madejem i zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej robić. Skontaktowałem się także z Eugeniuszem Grabowskim i dałem mu klucze od biura, żeby wyniósł stamtąd dokumenty i pieczątki. Poprosiłem teścia, żeby poszedł do MKK i zabrał stamtąd dokumenty, ale było już za późno. Kiedy się tam zjawił, esbecy grzebali w dokumentach.

W końcu, w sylwestra, bo akurat nie było godziny policyjnej, postanowiłem wrócić do domu. Po dwóch dniach zostałem wezwany na przesłuchanie. Nie poszedłbym, gdyby nie mój syn, który miał zaledwie rok i był poważnie chory. Domyślałem się, że gdyby mnie zamknęli, moja żona zostałaby sama z dzieckiem. Ale zanim poszedłem na milicję, skontaktowałem się z Madejem, który wchodził do mnie przez piwnice trzy bramy wcześniej, ponieważ przed moją bramą stał tajniak. I on podpowiedział mi, żebym na wszystkie pytania odpowiadał – odmawiam odpowiedzi. Byłem przesłuchiwany przez ubeka o nazwisku Ogrodnik, który w pewnym momencie zaczął mnie straszyć mówiąc:  Ma pan w Centrum Zdrowia Dziecka chorego syna. Nie brał pan pod uwagę, że coś może mu się tam przydarzyć?

Potem zaproponował mi współpracę tłumacząc, że nikt nie będzie o tym wiedział, a zarobki będę miał trzy razy większe. I jakby sam próbował mnie usprawiedliwiać dodał: To będą pieniądze dla chorego dziecka. Kiedy to nie poskutkowało, zasugerował, że mnie samego może potrącić samochód, gdy będę wychodził z komendy. W pewnym momencie wyszedł, nie było go przez dłuższą chwilę i jak wrócił powiedział, że jestem wolny. Poszedłem do domu, a następnego dnia zjawiłem się w zakładzie z prośbą o przywrócenie do pracy, ponieważ do czasu wprowadzenia stanu wojennego ze względu na pełnioną funkcję w związku byłem na bezpłatnym urlopie. Komisarz, bo wtedy to oni decydowali o wszystkim, odmówił mi powrotu do pracy. Wtedy w ZWAP-ie zaczął się ferment, wywołany przede wszystkim przez kobiety, które wiedziały o mojej sytuacji rodzinnej. W rezultacie po dwóch miesiącach jednak przyjęli mnie do pracy.

Z zawodu jestem elektromonterem i do czasu, gdy zacząłem działać w Solidarności, pracowałem w kontroli jakości, w dziale elektrotechniki motoryzacyjnej. Gdy zostałem przywrócony do pracy, przyjęli mnie na stanowisko tokarza automatowego do przyuczenia zawodu. W szybkim przyuczeniu do zawodu bardzo pomogli mi koledzy, ale była kwestia zarobków. Moja żona pracowała na poczcie, gdzie pensje były bardzo niskie, a ja zarabiałem jeszcze mniej niż ona. Na chleb z cienko posmarowaną margaryną wystarczało, na nic więcej. Jednak mimo wszystko byłem zadowolony, bo miałem kontakt z ludźmi, więc zacząłem działać konspiracyjnie, załatwiliśmy bezpieczny lokal i zaczęliśmy drukowanie ulotek. Wprawdzie nie mogłem osobiście angażować się w drukowanie, ponieważ tajniacy chodzili za mną, ale np. załatwiałem papier. Przy okazji zaczęliśmy się uczyć esperanto, ja, Zbyszek Madej i jeszcze kilku innych kolegów. Taki udział w kursie nie budził niczyich podejrzeń, a my mogliśmy się bezpiecznie spotykać.

Zostałem zatrzymany w maju 1982 roku, do tego czasu starałem się pomagać i działać jak mogłem. Na 8 maja działacze z Wałbrzycha zaplanowali demonstrację, a dzień wcześniej ubecja, myśląc, że się tam wybieram – zgarnęła mnie z domu. Gdy około 6 rano zadzwonił dzwonek do drzwi, moja żona stwierdziła, że chyba tym razem przyszli po mnie. Kiedy otworzyłem, zobaczyłem trzech panów w cywilu, dwóch wylegitymowało się jako służba bezpieczeństwa, a trzeci, plutonowy Żbik oświadczył, że on z UB nie ma nic wspólnego i jest tylko kierowcą. Byli grzeczni, nie dali mi aktu internowania, ale powiedzieli, że jestem zatrzymany. Wsadzili mnie do fiata 125 i zawieźli do aresztu, po czym zamknęli mnie w celi nr 2. Po kilku godzinach przywieźli jeszcze trzech działaczy, a po kilku dniach przewieźli nas do Wałbrzycha na Słowackiego. Tam wylądowałem w celi nr 17. Gdy wszedłem i powiedziałem grzecznie dzień dobry, usłyszałem – A ty co?Nie wiem – odpowiedziałem. – Wiem tylko, że mnie zamknęli. Pierwszy raz. Gdy wyjaśniłem, że jestem z Solidarności, obaj więźniowie wstali i powiedzieli, że są zaszczyceni mogąc siedzieć z politycznym – tak się wyrazili. To byli recydywiści, jeden odsiadywał wyrok za napad i pobicie staruszki, a drugi za włamania. Nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale okazało się, że oni naprawdę byli pod wrażeniem i nie pozwalali mi ani wynosić kibla na korytarz, ani nawet sprzątać celi.

Podczas przesłuchania przez wałbrzyskich ubeków byłem pytany o wszystko z wyjątkiem kolegów, z którymi akurat drukowałem gazetki, byłem więc pewien, że nic o tym nie wiedzą. Przesłuchiwali mnie jakieś dwa czy trzy razy i za każdym razem te „rozmowy” trwały po kilka godzin. Ostatniego dnia przesłuchań zaproponowali mi wyjazd za granicę, bo wiedzieli że mam ciotkę w Liège. Oczywiście odmówiłem i powiedziałem, że chcę zostać, bo wierzyłem, że kiedyś Polska będzie inna. Po ostatnim przesłuchaniu, czyli po 2 tygodniach odsiadki, wywieźli nas do Głogowa. Jechaliśmy w więźniarce, w asyście milicjantów uzbrojonych w długą broń. W dniu ostatniego przesłuchania otrzymałem decyzję o internowaniu w którym był podany powód i – podstawą prawną były przepisy z 1953 roku! O destrukcyjnym wpływie na środowisko w miejscu pracy oraz o zarzucie kolportowania wydawnictw bezdebitowych (nieocenzurowanych – przyp. red.). Oczywiście nie podpisałem.

Niektórzy mówili, że internowanie to był ośrodek pseudowypoczynkowy, że mieliśmy tam luksusy. Jakie luksusy? Łóżka trzypiętrowe? W niewielkiej celi upchano 8 osób. Drut kolczasty, wieżyczki strażnicze – to mają być luksusy? Jedyne co było luksusowe, to otwarte cele. To nie był żaden akt dobrodziejstwa ze strony komunistów, ale respektowanie międzynarodowych przepisów dotyczących internowanych.

Siedziałem z bardzo mądrymi ludźmi, którzy uczyli nas np. języków – francuskiego, japońskiego i niemieckiego, prowadzili też wykłady z historii, z medycyny. Gdy jednak lekcje ruszyły pełna parą, to natychmiast tych którzy nas zaczęli uczyć, poprzenosili. Mieliśmy mimo rygorów dostęp do informacji, ponieważ udało się przemycić małe radyjko zaszyte w sienniku, przez małą dziurkę wyciągaliśmy słuchawkę i tak się słuchało Wolnej Europy. Kiedyś podszedł do mnie jeden z klawiszy, nazywał się Dusza i zaczął mi wmawiać, że w kraju jest spokój, że nic się nie dzieje, a o nas to już wszyscy zapomnieli. W odpowiedzi rzuciłem datami, nazwami miast i liczbą demonstrantów. To nie było mądre posunięcie, bo po kilku dniach we wszystkich celach zarządzili rewizję, zrywali nawet podłogi. Ale na szczęście radia nie znaleźli. Pewnego razu przyjechali przedstawiciele Czerwonego Krzyża z Genewy. Gdy opowiedziałem o moim chorym synu, obiecali mi pomóc. Wtedy pomyślałem, że tylko obiecują, ale kiedy nieco później zostałem wezwany na przesłuchanie, ubek powiedział, że muszę z pewnością być kimś ważnym, bo z Genewy przyszła nota domagająca się mojego zwolnienia ze względu na ciężką chorobę syna. Wyszedłem 21 lipca, wróciłem do pracy i zacząłem się mocniej angażować w podziemną działalność, postanowiliśmy dokonać podziału obowiązków, jedni zajmowali się tylko drukowaniem, inni tylko kolportażem. Ja byłem od załatwiania farby i papieru, czasem coś napisałem, załatwiałem także bezpieczne i pewne lokale. Oczywiście, po powrocie z internowania kazali mi meldować się na milicji, ale nie poszedłem.

Przecież ja, wolny człowiek byłem, wyroku nie miałem, ani żadnego zapisu, że mam mieć nadzór milicji. Więc nie miałem zamiaru się zgłaszać. Po kilku dniach nasz zakładowy opiekun z UB wezwał mnie i zaczął domagać się wyjaśnień, dlaczego nie stawiłem się na komendzie. Odpowiedziałem, że nie będę chodzić i dalej działałem.

Po raz pierwszy zostałem zatrzymany na 48 godzin po tym, jak zorganizowaliśmy w Świdnicy demonstrację. Zabrali mnie prosto z pracy i dołożyli jeszcze grzywnę w wysokości dwóch i pół moich pensji. Drugi raz wsadzili mnie na 48 godzin i przywalili mi grzywnę w wysokości trzech pensji za noszenie znaczka Solidarności w klapie roboczego kombinezonu. A potem dostałem wezwanie do karnej jednostki wojskowej do Gorzowa Wielkopolskiego, zebrali tam samych wysokich rangą działaczy związkowych, od członków komisji krajowej, po przewodniczących komisji zakładowych. W sumie było nas 120 osób, a ponieważ zebrali samą niepokorną elitę związkową, to niemal od razu zaczęliśmy śpiewać „Pierwszą brygadę” i inne patriotyczne pieśni, w odwecie zostaliśmy przed świętami wysłani na poligon pod namioty. Tam zachorowałem na zapalenie płuc. Plułem krwią, kaszlałem tak, że koledzy nie mogli spać, ale lekarz wojskowy uznał, że byłem zdrowy. Zostałem jednak zwolniony z tzw. „zajęć liniowych”, czyli z kopania dołów, w zamian musiałem grabić śnieg przed namiotem. W końcu stanąłem do raportu przed oficerem politycznym i poprosiłem o wysłanie mnie na badania do Polikliniki w Poznaniu. Tłumaczyłem, że kilka lat wcześniej z powodu płuc leżałem w szpitalu. W końcu zawieźli kilku chorych do szpitala. Tam, lekarz, który stwierdził zrosty w płucach spytał, kto mnie wziął do wojska. Gdy wyjaśniłem, że jestem z jednostki z Gorzowa, smutno pokiwał głową i powiedział, że wszystko co może dla mnie zrobić to zalecić, żeby przyjęli mnie do izby chorych w koszarach. Po powrocie do jednostki do izby chorych trafiłem dopiero po trzech dniach.

Oczywiście podczas pobytu w karnej kompanii cały czas nas indoktrynowali prokuratorzy wojskowi, którzy grozili, że jak dalej będziemy „wrogo ustosunkowywać się do ustroju” to grozi nam od 3 do 5 lat więzienia. W wojsku miałem być trzy miesiące, ale zwolniono mnie 5 dni wcześniej z uwagi na stan zdrowia. Po powrocie do domu od razu poszedłem do lekarza i w efekcie na pół roku wylądowałem w centrum leczenia chorób płucnych w Kamieńcu Ząbkowickim. Lekarz wydał mi specjalne zaświadczenie o tym, że muszę mieć pracę jednozmianową z dala od wyziewów szkodliwych substancji. Na takie stanowisko przeniesiono mnie dopiero dzięki koledze Tadeuszowi Tyburczy, który interweniował w mojej sprawie u dyrektora. W rezultacie dostałem przeniesienie do utrzymania ruchu w ZWAP do działu głównego mechanika.

Jak stan wojenny wpłynął na moje życie? Stał się jednym, choć nie najważniejszym powodem rozwodu. Zawodowo, a przy okazji finansowo też straciłem. Ale nie żałuję. Niczego.