Strona główna Wydarzenia Świdnica Wspomnienia Marka Kowalskiego

Wspomnienia Marka Kowalskiego

6

Marek Kowalski Wiceprzewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w ŚFUP w Świdnicy, internowany 13.12.1981 – 11.03.1982

Pozbawiony wolności zostałem ok. północy dnia 12 grudnia 1981 r. Funkcjonariusze – jeden po cywilnemu i 3 mundurowych wyważyli drzwi mojego mieszkania (wraz z ościeżnicami), nie dali mi szansy na ubranie się w ciepłą bieliznę. Nie poinformowali mnie, z jakiego powodu zostałem zatrzymany i gdzie będę wywieziony. Zakuli mnie w kajdanki. Wywleczono mnie z mieszkania w cienkiej kurtce, bez czapki, szalika, rękawic i wywieziono samochodem osobowym (Fiat 125P) w kierunku Słotwiny.

marek-kowalskiPo przejechaniu kilku kilometrów w szczerym polu za Słotwiną kierowca samochodu zaczął dość gwałtownie zwalniać. W tym momencie w mojej głowie zaczęły przesuwać się obrazy z mojego życia i paraliżujący strach, że to już mój koniec. Był to pierwszy raz w moim życiu, kiedy tak bardzo się bałem. Okazało się, że kierowca próbował hamulce samochodu, a przy okazji zatrzymania funkcjonariusze załatwili swoje potrzeby fizjologiczne.

Punktem docelowym okazała się KW MO w Wałbrzychu, gdzie po raz pierwszy w życiu zobaczyłem tak wielu uzbrojonych funkcjonariuszy. Na korytarzu byłem trzymany do rana, do godz. 7.00- 8.00, a potem jakiś człowiek ubrany po cywilnemu zabrał mnie do pokoju i wręczył nakaz zatrzymania oraz decyzję o internowaniu. Zasypałem go gradem pytań. O co chodzi z tym internowaniem? Dlaczego zostałem zatrzymany, przecież nakaz i decyzja są bezprawne, są w nich błędy adresowe. I co ja robię w Wałbrzychu, skoro jest napisane, że mam być umieszczony w jakimś ośrodku odosobnienia w Świdnicy? W odpowiedzi usłyszałem, żebym nie podskakiwał, bo mogą ze mną porozmawiać inaczej. Po czym zabrano mi wszystko, co miałem w kieszeniach, sznurowadła, pasek od spodni i odprowadzono do celi w podziemiach komendy. Jedynym pożywieniem, jakie otrzymałem tego dnia był chleb, cebula oraz czarna paskudna kawa. Kilka dni później, 15-go grudnia. zapakowano mnie oraz kilku innych działaczy Solidarności do nieogrzewanej budy więziennej i wywieziono w nieznanym kierunku.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że jesteśmy przed aresztem w Świdnicy. Wprowadzono nas do środka, gdzie po dokonaniu formalności dostałem koc, aluminiowy talerz, kubek i łyżkę. Potem zamknięto mnie z trzema innymi internowanymi w celi o powierzchni nie większej niż 2 m² na osobę. Cela znajdowała się na parterze budynku więzienia od strony Alei Niepodległości. W więzieniu byłem poddawany represjom psychicznym. Permanentnie byłem przesłuchiwany przez funkcjonariuszy SB, którzy świadomie i z premedytacją wprowadzali psychozę strachu. Sugerowali, że jeśli nie podpiszę dokumentów o współpracy lub lojalki, to będę siedział w więzieniu do końca stanu wojennego, że nigdy nie wrócę do domu. Później dowiedziałem się, że moja rodzina od chwili, gdy mnie zabrano nie wiedziała gdzie przebywam i co się ze mną dzieje. Z żoną zobaczyłem się dopiero 29 grudnia podczas półgodzinnego widzenia, które obserwował esbek. Podczas jednego z przesłuchań esbecy odgrywali rolę dobrego i złego policjanta – ten dobry podawał się za funkcjonariusza kontrwywiadu, ten zły nie mógł nic zrobić, bo go znałem -był „opiekunem zakładu”, w którym pracowałem. Po wyjściu dobrego, zły nie widząc rezultatów przesłuchania, bo nadal nie chciałem popisać lojalki i byłem krnąbrny, wpadł we wściekłość, wyciągnął pistolet i zaczął mi grozić. Byłem tak przestraszony, że zacząłem wzywać funkcjonariusza służby więziennej, który czekał za drzwiami celi, w której byłem przesłuchiwany. Krzyk i natychmiastowe wejście tego funkcjonariusza spowodowało, że esbek się uspokoił, a ja zostałem odprowadzony do celi.

W świdnickim więzieniu przebywałem do 7 stycznia, kiedy to funkcjonariusze więzienni kazali mi się pakować i szykować do transportu. Nikt z internowanych kolegów, którzy zostali wytypowani do tego transportu nie wiedział gdzie i po co nas się wywozi. Sądziliśmy, że wywiozą nas na Syberię. Stojąc na korytarzu więziennym zastanawialiśmy się, co zrobić. Czy rozpocząć jakąś spontaniczną akcję tu i teraz, czy może uda się zorganizować ucieczkę podczas transportu na wschód. Jeden z funkcjonariuszy służby więziennej widząc nasze zachowanie, dyskretnie przekazał nam informację, że przenoszą nas do Zakładu Karnego w Kamiennej Górze.

Więzienie to mieściło się w obiektach byłej filii obozu koncentracyjnego (AL Landeshut – Gross Rosen). Dwa pawilony karceru więziennego były takim więzieniem w więzieniu. Cela o powierzchni około 10 metrów w której upchnięto 6 osób była w stanie opłakanym. Dwa okienka pod sufitem, trzy piętrowe łóżka, stół oraz ława i taboret. W rogu urządzenie sanitarne tzw. “kibel”, czyli zwykły kubeł przykryty deklem i kompletny brak intymności. W celi nie było dostępu do wody, a zimna dostępna była w kranie na korytarzu. Kąpiel i mycie ciała oraz pranie i zmiana bielizny były ze względu na panujące tam warunki niemożliwe. Pod sufitem nad drzwiami, za gęstą siatką w otworze świeciła słaba żarówka, a po podłodze swobodnie grasowały szczury. W porównaniu z warunkami aresztu śledczego czułem się, jakbym z raju zstąpił do piekieł. Z resztą wszyscy byliśmy przerażeni. Ktoś dobrze zadbał, żeby nas upodlić. Otrzymaliśmy przysługujące więźniom wyposażenie: dwa prześcieradła ziemistego koloru, dwa stęchłe koce, zapyziałą poszewkę typu “jasiek”, oraz talerz, miskę, kubek 0,5 l i łyżkę – wszystko z aluminium. Spać kładliśmy się w ubraniach. Było potwornie zimno, ponoć wysiadło centralne ogrzewanie, ale czuć było, że ten blok nie był ogrzewany od początku zimy i nie był wcześniej zamieszkały. W nocy zamarzały nozdrza i nic nie pomagało nakrywanie się kocami po głowę. Szczęśliwi posiadacze czapek spali w czapkach. Wśród internowanych krążyła opinia, że być może zaprawiają nas przed wysłaniem na większe mrozy. Byliśmy przekonani, że władzę, która wypowiedziała wojnę własnemu narodowi stać było nawet na to, aby wysłać nas pod opiekę moskiewskich popleczników.

Wyżywienie więzienne nie nadawało się do jedzenia, a do tego w celi notorycznie brakowało świeżego powietrza. Esbecy i funkcjonariusze służby więziennej stosowali psychozę strachu. Ciągle poddawano nas przesłuchaniom, w których do znudzenia namawiano do współpracy, do podpisania lojalki, albo do opuszczenia kraju. Za każdym razem kończyło się to sugestią, że będę siedział do końca stanu wojennego. Systematycznie dokonywano w celi rewizji, służba więzienna nastawiona była do nas wrogo. 14 stycznia około godz. 11.00 zamknięto nas w celach, otwieranych wcześniej od pobudki ze względów sanitarnych i z powodu ciasnoty. Zaczęliśmy pierwszy bunt i rozpoczęliśmy głodówkę. Warunkiem przyjęcia posiłku – było ponowne otwarcie cel. Około 13.30 cele zostały otwarte. Dostaliśmy sygnał, że jednak mamy jakiś wpływ na nasz byt i zachowanie klawiszy. Takie zamykanie nas w celach, odwetowa protestacyjna głodówka i ponowne otwieranie cel odbywało się kilkakrotnie w czasie, gdy byłem internowany. Powodem takich represji było śpiewanie przez nas patriotycznych i wymyślanych pieśni, które wyśmiewały twórców stanu wojennego, system komunistyczny, oraz esbeków.

11 marca, po kolejnym wezwaniu na przesłuchanie esbek wręczył mi decyzję o uchyleniu internowania. Byłem wolny. Rozliczyłem się z administracją więzienną zwrócono mi depozyt i wyprowadzano za bramę więzienia. Nikt na mnie nie czekał, bo nie miałem jak zawiadomić rodziny. Wraz z decyzją o ustaniu internowania pouczono mnie o obowiązku zameldowania się na milicji. Na komisariacie przyjął mnie „mój opiekun zakładowy” ubek, który prześladował mnie w więzieniu i kolejny raz próbował namówić mnie na współpracę. Tym razem robił to dużo delikatniej. Ponieważ nie podejmowałem rozmowy, stwierdził że pomimo iż mi się to nie podoba, ojczyzna ludowa istnieje i będzie istniała. Na odchodne odpowiedziałem mu tylko, że zobaczymy jak długo.

Dwa dni po opuszczeniu więzienia skontaktował się ze mną ówczesny dyrektor Świdnickiej Fabryki Urządzeń Przemysłowych i zaprosił mnie na rozmowę. Gdy przyszedłem do jego gabinetu oświadczył mi, że jestem osobą źle widzianą w zakładzie, i choć osobiście mnie lubi, ma informacje od SB, że jeśli wrócę do pracy w fabryce, to mogę zostać aresztowany, że dla własnego dobra powinienem znaleźć sobie inną pracę. Wtedy uświadomiłem sobie, że po 11 latach pracy w ŚFUP zostałem bez pracy.

Kilka dni po tej rozmowie wpadłem na pomysł produkowania świec. Sytuacja w kraju była bardzo zła, nieustanne wyłączenia dostaw energii elektrycznej stwarzały warunki do dobrego zbytu świec i rokowały dobre zarobki. Spotkałem się z kolegami, którzy pracowali w odlewni ŚFUP i obiecali przygotować komplet form potrzebnych do odlewania świec. Udałem się więc do urzędu miasta, aby otworzyć działalność gospodarczą. I wówczas w Wydziale Handlu i Usług otrzymałem odmowną odpowiedź. Argumentem był brak wykształcenia chemicznego. Bezskuteczne były moje argumenty, że zatrudnię kogoś z odpowiednim wykształceniem chemicznym, że to ja ponoszę ryzyko przedsięwzięcia, że w dobie kryzysu gdy na rynku brakuje świec będę mógł choć w niewielkim stopniu wypełnić tą lukę towarową. Potem okazało się, że za decyzjami urzędników stał ówczesny wiceprezydent miasta, który kazał podwładnym torpedować każdą moją inicjatywę. Po odmowie wydania zgody na produkcję świec, koledzy taksówkarze podsunęli mi pomysł rozpoczęcia pracy w ich branży. W prezencie otrzymałem nawet taksometr, zadeklarowali się również załatwić wszelkie formalności w zrzeszeniu w Wałbrzychu. Musiałem jednak mieć zezwolenie Wydziału Komunikacji z urzędu miejskiego w Świdnicy. I tym razem również odmówiono mi wydania takiego zezwolenia. Po kilku dniach dowiedziałem się, że przy ul. Pułaskiego zwolnił się lokal po byłej pijalni piwa i alkoholi „Ustronie”. Postanowiłem, że otworzę w tym lokalu sklep wędkarski. Wstępnie porozumiałem się z producentami spławików i haczyków, którzy przyjęli ofertę przyszłej współpracy. Jednak abym mógł wynająć lokal, znów niezbędna była decyzja wydziału handlu. I kolejny raz spotkałem się z odmową. Tym razem poinformowano mnie, że powinienem posiadać wykształcenie handlowe lub ekonomiczne. Na moje argumenty, że żona posiada wykształcenie ekonomiczne, urzędniczki kategorycznie odmówiły wydania zezwolenia, argumentując, że to ja powinienem takowe posiadać. Przegrałem po raz trzeci. Do tej pory byłem bardzo aktywny zawodowo, przez lata pracowałem na 3 zmiany w ŚFUP, 1/2 etatu w Inkaso, brałem zlecenia na konwojowanie pieniędzy z banków. W końcu pozostałem bez możliwości podjęcia czy zorganizowania sobie jakiejkolwiek pracy. Wtedy po raz pierwszy z ust żony padło słowo emigracja.

Była przerażona tym wszystkim, bała się, że znowu wrócę do więzienia. W końcu jeden ze znajomych pomógł mi załatwić pracę w Spółdzielni Transportu Wiejskiego w Świdnicy. 1 czerwca 1982 roku zostałem zatrudniony na stanowisku kierowcy. Miałem jeździć remontowana właśnie Nysą Tovosem przystosowaną do przewożenia osób. Remont tego pojazdu przeciągał się i w tym czasie wykorzystywano mnie do noszenia skrzyń, worków itp. Po odbiorze pojazdu zacząłem jeździć z klientami po Polsce. Pewnego dnia prezes spółdzielni na odgórne polecenie po linii partyjno- esbeckiej, a była to akcja ogólnopolska, zorganizował w spółdzielni zebranie pracowników w celu utworzenia nowych „wolnych” związków zawodowych. Ja oczywiście o tym zebraniu nie zostałem powiadomiony. Po powrocie z trasy, wszedłem do największego garażu w spółdzielni, gdzie trwało takie zebranie. Nie wierzyłem, że coś takiego można było zrobić. Pracownicy byli zdekoncentrowani i nie bardzo wiedzieli jak się zachować, prezes – komunista zakładał im wolne związki zawodowe. Nie wytrzymałem i zabrałem głos. Wyjaśniłem wszystkim, kim byłem i dlaczego tu pracuję. Powiedziałem, że Solidarność nie została rozwiązana, że taki stan rzeczy jest przejściowy i że kiedyś wróci normalność. I przestrzegałem żeby nie zakładali nowych postkomunistycznych związków zawodowych, bo powrócą do sytuacji sprzed sierpnia 1980 roku. Reakcja prezesa była natychmiastowa – wyprosił mnie z zebrania. Kilka dni po tym incydencie miałem zaplanowany kurs o ile dobrze pamiętam do Szczecina lub Gdańska. Gdy przyszedłem do bazy, dyspozytorka odmówiła mi wydania dokumentów samochodu oraz delegacji. Na moje pytanie, co się stało wydukała tylko, że to decyzja prezesa, że to on jej zabronił wydania tych dokumentów. Zadzwoniłem do prezesa i w ostrych słowach powiedziałem, co o tym myślę, dodając, że jestem umówiony z ludźmi i że dla dobra spółdzielni nie powinien odwoływać zaplanowanego wyjazdu. Poradziłem mu, żeby wreszcie przestał bać się ubecji, po czym zabrałem dyspozytorce dokumenty i pojechałem w trasę. Po powrocie zostałem wezwany przed oblicze prezesa, który poinformował mnie, że to był mój ostatni wyjazd w trasę poza Świdnicę. I powiedział, że dostał wyraźne polecenie SB, że nie wolno mnie puszczać w Polskę. Brak możliwości wyjazdów po kraju spowodował, że moje zarobki spadły do poziomu, który nie dawał możliwości egzystencji.

To sprawiło, że żona się załamała i nie widząc dla nas żadnej szansy, pod presją mojego możliwego ponownego aresztowania, braku poprawienia naszego bytu poprosiła mnie o załatwienie dokumentów emigracyjnych. Była to dla nas jedna z najcięższych decyzji w życiu. Mieliśmy zostawić na zawsze rodzinę, znajomych i wszystko, co kochaliśmy. W sierpniu 1982 roku udałem się do Krakowa do konsulatu francuskiego, aby złożyć wniosek o promesę wizy pobytowej na terytorium Francji, a 1 września złożyłem wniosek o wydanie paszportu na wyjazd z kraju. Po otrzymaniu od socjalistycznej ojczyzny paszportu w jedną stronę (bez prawa powrotu), rozliczeniu się ze wszystkimi organami, po sprzedaniu całego dobytku 1 stycznia1983 roku opuściliśmy wraz z żoną rodzinne miasto i udaliśmy się na emigrację polityczną. Do kraju wróciłem w styczniu 1992 r.