Strona główna Wydarzenia Świdnica Wspomnienia Janusza Bilińskiego

Wspomnienia Janusza Bilińskiego

0

Członek Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w PKS w Świdnicy, internowany 2.05.1982 – 7.12.1982

Pracowałem jako mistrz zmianowy na stacji PKS Świdnica i jednocześnie byłem wiceprzewodniczącym Związku Zawodowego Solidarność. Dla mnie stan wojenny rozpoczął się już dzień wcześniej, w sobotę 12 grudnia.

janusz-bilinskiByłem wtedy w pracy i pamiętam jak dziś, że o godz. 18.00 przyszedł do nas Adam Czyż, dyrektor zakładu, a z nim przedstawiciele partii i związków zawodowych. Dyrektor oznajmił, że zakład otrzymał status zmilitaryzowanego i każdy z nas, pracowników dostał do podpisu pismo, w którym ten fakt przyjmuje do wiadomości. Ja byłem jednym z organizatorów jedynego strajku w Świdnicy, w sierpniu 80. roku, więc uważałem, że to brak lojalności podpisywanie takiego dokumentu. A muszę wyjaśnić, że wtedy pracowałem na popołudniowej zmianie, czyli do 22.00. Na dwie godziny przed końcem zostałem poinformowany, że w poniedziałek mam się zgłosić do kadr, bo zostałem zwolniony dyscyplinarnie. Po powrocie do domu powiedziałem żonie, że jestem bez pracy i bez środków do życia. Jak by tego było mało, gdzieś około 23.00 do drzwi zapukało dwóch milicjantów i chciało mnie zabrać na komendę. Powiedziałem im jednak, że pracuję w zakładzie zmilitaryzowanym i nie mogę z nimi pojechać, bo muszę być w poniedziałek w pracy. I o dziwo, zrozumieli. Zostawili mi tyko pismo, żebym w poniedziałek stawił się na komendzie przy Jagiellońskiej. Nie spałem całą noc, więc o tym, co się wydarzyło w niedzielę, 13 grudnia, dowiedziałem się bardzo wcześnie i jeszcze przed 6.00 wyszedłem z domu, ponieważ bałem się, że po mnie przyjdą. Poszedłem do domu przewodniczącego zakładowej Solidarności i tam spędziłem cały dzień, bo uważałem, że jak ginąć to we dwóch. Żona oczywiście wiedziała, gdzie jestem. Pamiętam, że przez ten cały dzień rozmawialiśmy, co dalej z nami, bo wtedy nikt nie mógł przewidzieć, co nas czeka, więc scenariusze były raczej ponure. Uzgodniliśmy, że on zostaje, a ja w poniedziałek rano stawiam się w pracy, bo wiedziałem, że za odmowę podpisania zwolnienia dyscyplinarnego grozi mi proces wojskowy, czyli wyrok co najmniej 5 lat więzienia.

W poniedziałek rano, za pięć siódma byłem w PKS-e, dostałem dyscyplinarne zwolnienie, które podpisałem, a wychodząc spotkałem na schodach dwóch milicjantów z bronią, którzy szli do działu kadr. Jak się później okazało, szli po mnie i do dziś nie wiem jak mi się udało minąć ich bez paniki.

Poszedłem potem do parku, usiadłem i pomyślałem, że Świdnica jest zbyt małym miastem dla mnie, więc zawiadomiłem żonę, że do domu nie wracam. Ponieważ przez pół roku byłem skarbnikiem w Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym w Wałbrzychu, postanowiłem tam poszukać pomocy. I rzeczywiście dotarłem do Wałbrzycha pociągami, bo autobusami bałem się jeździć, znajomi z Solidarności do których zwróciłem się o pomoc, powiedzieli: – Nie ma sprawy, my cię schowamy. Skierowano mnie do rodziny z dwójką małych dzieci, którzy mieszkali naprzeciwko komisariatu przy ul. Chrobrego. Ci państwo, Maciej i Zofia Baranowscy mieszkają tam do dziś. Oni nie tylko pozwoli mi ze sobą mieszkać, ale dzielili się ze mną jedzeniem i wszystkim tym, czym dysponowali. Mieszkałem tam przez miesiąc. Aby nie budzić podejrzeń, wychodziłem o godz. 6.00 i szedłem kamienicę dalej, do mieszkania Stanisława Żebrowskiego, późniejszego szefa prawników w Urzędzie Wojewódzkim i tam przesiadywałem do godziny 15.00. Co robiliśmy przez te osiem godzin? Nie będę oszukiwać, graliśmy w karty, nawet wódkę piliśmy, dużo rozmawialiśmy, po prostu staraliśmy się przetrwać. Bo nieustannie towarzyszył mi ten niepokój, że mnie szukają.

Przez pierwsze dni nie kontaktowałem się z żoną. Potem się okazało, że dyrektor Adam Czyż złożył do prokuratury wojskowej zawiadomienie, że ja 13 grudnia chciałem zorganizować strajk okupacyjny na terenie PKS-u. Kiedy ta sprawa nabrała rumieńców, żona poszła do prawnika, pana Szelesta, który jej powiedział, że ja muszę się ujawnić, bo w przeciwnym razie zapadnie zaoczny wyrok, od którego nie będzie odwołania. Żona poszła do komisarza wojskowego, powołanego przy prezydencie miasta z prośbą, aby wydał mi żelazny list. I ten komisarz w randze pułkownika wyraził na to zgodę, ustną wprawdzie, ale zapewnił, że włos mi z głowy nie spadnie. Przyjechałem do Świdnicy i spotkałem się z tym pułkownikiem, który zaczął tak: – No i co?- A ja na to – nic. Chciał pan się ze mną widzieć? Jestem. Zdaję sobie sprawę z grożących konsekwencji, mogę panu powiedzieć jedno. Że dyrektor Czyż okłamał pana, okłamał prokuratora wojskowego, bo nic takiego nie miało miejsca. Pułkownik kazał dwóm milicjantom zabrać mnie do delegatury prokuratury wojskowej.

A teraz mała dygresja – kiedy przez ten miesiąc ukrywałem się, w moim domu dwa razy dziennie były lotne kontrole. A wyglądało to tak, że wpadało dwóch albo trzech umundurowanych milicjantów i przeprowadzali tak zwane poszukiwanie przestępcy.
Jak syn to przeżył ? Kiedy chodził do pierwszej klasy, żona została wezwana do szkoły, bo był problem. Mieli rysować milicjanta, a on powiedział, że tego nie narysuje, bo oni zamknęli jego ojca. Nauczycielka poprosiła, żeby narysował takiego z lotnej, w białej czapce. Też nie chciał, bo akurat milicjant w białej czapce chciał zabrać w nocy ojca z domu. Natomiast moja żona posiwiała w wieku 33 lat i była kłębkiem nerwów, ponieważ ci, którzy przychodzili na rewizję grozili śmiercią syna, który wówczas chodził do przedszkola. – Kwiatowa jest krótka, a jadący samochód może nie zatrzymać się w porę – mówili.

A wracając do sprawy: na korytarzu przed drzwiami spędziłem jakieś 2-3 godziny, potem wszedłem do pokoju, w którym dwóch panów zaczęło mnie wypytywać. Powiedziałem krótko: – Panowie, to insynuacja, ja nic nie zrobiłem. 13-tego nawet nie byłem na terenie zakładu, bo zostałem dzień wcześniej dyscyplinarnie zwolniony, a jakiekolwiek moje wejście na teren zakładu mogło stać się pretekstem do natychmiastowego zamknięcia. Oni się z tym zgodzili powiedzieli, że wobec tego jestem wolny. Ta wolność wyglądała w ten sposób, że raz w tygodniu zabierali mnie do samochodu i wieźli do Urzędu Bezpieczeństwa lub na milicję. Tam mnie przesłuchiwano, bądź namawiano, żebym wstąpił do branżowych związków, albo chociaż im pomógł. A jednocześnie zacząłem szukać pracy, ponieważ wcześniej pracowałem w transporcie samochodowym, sądziłem, że nie będzie z tym większych problemów. Tymczasem okazało się, że było odwrotnie, w końcu po miesiącu poszukiwania znalazłem pracę w Transmleczu i pracowałem do czasu, aż mnie zgarnęli.

To było 2 maja, przyjechali po mnie do domu 6 rano i od razu zakuli w kajdanki. Żonie powiedzieli, żeby się nie martwiła, bo możliwe, że wrócę. A zamknęli mnie ponieważ wspólnie z kolegą chcieliśmy przygotować na 1 maja prowokację ulotkową na terenie Wałbrzycha – takie „precz z komuną”, czy jakieś podobne przeciw PZPR-owi.

Ponieważ matryce były robione pod Świdnicą, moim zadaniem było dostarczenie ich na miejsce, bo uważałem, że nie mogę narażać przyjaciół, czy znajomych. I wtedy, 25 kwietnia dostarczyłem je do Wałbrzycha do mieszkania Stanisława Żebrowskiego, ale nie zdążyłem już wyjść. Oni weszli po dwóch godzinach, matryc wprawdzie nie znaleźli, ale znaleźli farbę. Od razu zabrali Żebrowskiego, a nas, czyli pozostałą czwórkę rozgonili, potem dowiedziałem się, że wśród pięciu osób które miały produkować te ulotki, była wtyczka. Zamykając mnie 2 maja, wrzucili mnie do celi z Modzelewskim, a potem przewieźli do Wałbrzycha do 10-osobowej celi, codziennie były przesłuchania, a ja jako jeden z niewielu nie byłem bity, ale straszyli mnie, pokazując krew na ścianie i stojącą w kącie pojedynczą nartę, którą lali innych. Podczas tych pierwszych przesłuchań usilnie namawiano nas na wyjazd za granicę z rodzinami. Ale ja doszedłem do wniosku, że jestem Polakiem i że jest tu jeszcze coś do zrobienia. Wobec tego powiedziałem, że nie pojadę. Oni wiedzieli, że za dużo ode mnie nie wyciągną, bo nie było co wyciągać, ale chodziło o to, żeby upodlić człowieka. Ale w sumie muszę przyznać, że zachowywali się wobec mnie całkiem przyzwoicie. To byli ludzie z SB, milicjanci doprowadzali nas tylko z celi na przesłuchania, zresztą wielu z nich było najzwyczajniej zniesmaczonych tą sytuacją. Najpierw chcieli mnie oskarżyć o nielegalny strajk, ale to śledztwo jakoś im się rozłaziło, więc jak mnie zatrzymali po tym nalocie u Żebrowskiego, to wystawili dokument o internowaniu do Głogowa z paragrafu 52, czyli o nawoływanie do niepokoju społecznego. Ten paragraf był nieostry, ale bardzo pojemny, dlatego wszyscy to dostawali. Ja dostałem ten papier w dniu wyjazdu do Głogowa, czyli około 10-11 maja.

Do Głogowa przyjechało nas trzech albo czterech, ze Świdnicy byłem ja i Modzelewski, jechał też Żebrowski. Co robiliśmy w ciągu tych dwóch miesięcy spędzonych w Głogowie? Chcę zaznaczyć, że przede wszystkim kwitło życie, dowiedziałem się i nauczyłem tylu nowych rzeczy, których nie miałbym szans poznać w „normalnym” życiu. W Głogowie siedzieli profesorowie, nauczyciele, wykładowcy akademiccy, a nawet wojskowi. Japoniści uczyli nas na przykład japońskiego. Byli też prokuratorzy, którzy uczyli nas jak należy się bronić. Ci, którzy nas odwiedzali, przemycali aparaty fotograficzne i radia wielkości pudełek od zapałek. Z zagranicy dostawaliśmy konserwy i ubrania, ale to były ubranka dla dzieci, więc oddawaliśmy je klawiszom, ale tylko tym, którzy nie patrzyli, albo patrzyli nie na to, na co trzeba. W tym Głogowie myśmy wydawali znaczki, śpiewniki, mieliśmy też własną orkiestrę i graliśmy na pół Głogowa, nawet Wolna Europa o tym mówiła.

Rano robiliśmy śniadanie, to były racje dla bezrobotnych, zazwyczaj kasza ze śledziami, albo śledzie z kaszą. Ja nie jadam śledzi, więc, żeby nie głodować, zapychaliśmy się chlebem, albo tym co ewentualnie dostawaliśmy z domu. Wywalczyliśmy też spacer dwugodzinny, a potem nawet całodzienny. Pamiętam, że razem z nami siedział profesor Zlat, bardzo nobliwy starszy pan, rektor Akademii Sztuk Pięknych. I pewnego dnia przed bramę więzienia zajeżdża limuzyna, wysiada pan w cylindrze, podchodzi do bramy i mówi, że ma list od królowej Elżbiety. A listu od królowej i od papieża nie wolno otwierać osobom postronnym, czyli nie może zostać ocenzurowany. I powstał problem, a sprawa oparła się aż o Warszawę. No i profesor dostał ten list, a my utarliśmy im nosa, bo nie mogli zrozumieć jak to możliwe, że nas tak pilnują, a mimo to świat o nas wie, przecież nasze nazwiska podawali nawet w Wolnej Europie.

22 lipca była amnestia, część wyszła , a ci bardziej niepokorni, w tym ja, trafili do Grodkowa. Z Głogowa wywieźli nas 16 sierpnia w nieznane, nawet ci, którzy nas pilnowali nie wiedzieli, dokąd jedziemy. W końcu trafiliśmy do Grodkowa, wsadzono nas do cel i zamknięto kłódki, więc następnego dnia jak nas otworzyli, tośmy rozebrali zamki. I tak żeśmy zniszczyli, że nie mogli nic zrobić. W Głogowie było więzienie półwolnościowe, czyli okna były okratowane, ale drzwi można było normalnie otworzyć. Natomiast w Grodkowie to było typowe więzienie, była nawet cela śmierci. Z powodu tych zamków zrobili nam ścieżkę zdrowia, z resztą takie ścieżki zdrowia były wszędzie. To wyglądało tak – przyjeżdżało 50 milicjantów w kaskach, rękawicach, z pałami 80-tkami i przeganiano nas z jednego końca korytarza na drugi. Zazwyczaj przepuszczano nas przez ścieżki za niesubordynację. To miało nas nauczyć porządku, a przy okazji upokorzyć. Biegło się tak, żeby przypadkiem nie upaść, bo wtedy to był koniec. W Grodkowie siedzieliśmy chyba miesiąc, potem znów część zwolniono, a nas zabrano do Krakowa na Montelupich. Tam były psy, karabiny maszynowe, czyste szaleństwo. Przyszła noc, a my musieliśmy siedzieć na ziemi 3 lub 4 godziny. Potem wsadzili nas znów do aut i wtedy byliśmy pewni, że wiozą nas już do Rosji. Wreszcie około północy dotarliśmy do celu. Zobaczyliśmy siatkę, jupitery, lampy strażnicze, ale nadal nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, ale ci którzy nas wprowadzali mówili po polsku, więc nam trochę ulżyło. Nadal nie wiedzieliśmy, czy to tylko postój na nocleg, czy jesteśmy już u celu. Dopiero rano zobaczyliśmy, że budynek stoi w szczerym polu. Po jakimś czasie przyszedł komendant i powiedział, że to są Uherce Mineralne nad Soliną. Niedaleko był Arłamów, gdzie siedział Wałęsa i słyszeliśmy codziennie, jak nad nami przelatywał helikopter, który leciał do niego.

W Uhercach też kwitło życie – znowu była bibuła, Wolna Europa, książki, biblioteka. Wiadomo jakie były biblioteki więzienne, ale dużo rzeczy się załatwiało, myśmy naprawdę byli doskonale zorganizowani, jak na tamte czasy. Nawet więźniowie z wieloletnimi wyrokami nam zazdrościli. Przede wszystkim tego, że potrafiliśmy być razem. Wspólnie wydawaliśmy znaczki, koperty, nawet je wysyłaliśmy i one przechodziły, więc musiały być doskonale zrobione. Korespondowaliśmy z papieżem, wysyłaliśmy listy z Uherców, a on nam odpisywał. Klawisze o tym nie wiedzieli. Myśmy pisali o swoim życiu codziennym, a dostawaliśmy słowa otuchy. Mało tego, Kościół przysyłał też do nas ludzi o tzw. fenomenalniej pamięci, którzy potrafili słowo w słowo powtórzyć całą dwugodzinną rozmowę. I tak – w niedzielę przyjeżdżało dwóch księży, jeden odprawiał mszę, a drugi rozmawiał, choć właściwie siedział i słuchał. Z perspektywy czasu uważam, że to była najlepsza szkoła życia. Moja żona twierdziła nawet, że ja miałem lepiej niż ona. W Uhercach siedziałem 4 miesiące, w sumie przesiedziałem 7, a do domu wracałem jako jeden z ostatnich.

Pierwsza rzecz, której nie zrobiłem po powrocie, to nie stawiłem się regularnie na MO (Milicja Obywatelska – przyp. red.). Wróciłem też do pracy, ale dyrektor wezwał mnie do siebie, do Wałbrzycha i zaproponował, abym założył w Świdnicy branżowe związki zawodowe pracowników mleczarni. W zamian miałem dostać sekretarkę, palmę i telefon. Odmówiłem, a dyrektor odpowiedział – To pan się zwolni. – Nie ma sprawy – odparłem i poprosiłem o papier. Znów byłem bez pracy, na szczęście załatwiono mi pracę w spółdzielni produkcyjnej na stanowisku pomocnika malarza. W ciągu czterech lat zostałem prezesem tej spółdzielni, ale nie byłem zadowolony i otworzyłem handel obwoźny, a nieco później największe targowisko w mieście. Teraz jestem na emeryturze i nieczęsto rozmawiam o przeszłości. Bo kogo teraz to interesuje…