Tkanie życia: Zbigniew Miciuła

    8

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

    Coraz częściej bywa, że tzw. powierzchowne opinie o człowieku, oparte na jego wyglądzie, zachowaniu czy zdaniu innych, nijak się mają do rzeczywistości. Tak było z bohaterem tego odcinka „Tkania życia”. Póki go nie poznałem bliżej, nie wyobrażałem sobie, żeby dojrzały mężczyzna o atletycznej budowie i o sporej masie mięśniowej, miał tak bogatą osobowość. Tym bardziej, że to bogactwo potrafi znaleźć ujście w wielu pasjach. Pan Zbyszek jest niebanalnym mężczyzną wartym poznania, a jego tkanie życia ma bardzo wiele barw.

    Urodził się w Gryfowie Śląskim, na Pogórzu Izerskim. Tam spędził dzieciństwo i młodość. Świdniczaninem jest od trzydziestu lat. Skończył tutejsze technikum mechaniczne i w stanie wojennym podjął pracę w wałbrzyskiej kopalni węgla kamiennego “Victoria”. To jedna z cięższych kopalni o czwartym stopniu zagrożenia metanem. Był tam przez piętnaście lat m.in. górnikiem przodowym
    i ratownikiem górniczym. Praca w ekstremalnych warunkach, 600 – 700 metrów pod ziemią, odbiła się nie tylko na jego zdrowiu (dzisiaj jest na rencie górniczej), ale także na wrażliwości. Dzisiaj z pełną świadomością uważa, że ta praca uczy pokory względem życia i ludzi. Ci, którzy nigdy nie zjechali pod ziemię i nie sprawdzili na własnej skórze, w jakich warunkach pracują górnicy, nie mogą sobie tego nawet wyobrazić. Trzeba pokonać własne słabości, strach, ból i zmęczenie. To ciężka praca fizyczna, w pyle i wilgoci. Jej efektem często są renty inwalidzkie. I taka sytuacja dotknęła też naszego bohatera. Dzisiaj jest rencistą i czasami dorabia sobie w firmach ochroniarskich. Ale posiada też wiele pasji, bo jak mówi – “Życie bez pasji byłoby trudne do przeżycia”.

    Jest ciekawy świata i ludzi. Dlatego zajął się rzeźbiarstwem, by “zamykać” w drewnie ludzkie charaktery. Uważa, że człowiek nie ma jednej twarzy. Ma ich zazwyczaj kilka. Jest taka na pokaz, z którą się obnosimy, ale jest i ta właściwa, tylko nasza. I Zbigniew Miciuła stara się je wydobyć. Lubi przyglądać się ludziom i poznawać ich. Szuka czegoś dla siebie i później “zaklina” to w swoich pracach. Twierdzi, że siłą sztuki jest jej dowolność interpretacyjna. Nie zawsze coś, co powstanie, musi się jakoś nazywać. Zresztą dla każdego – i twórcy,  i odbiorcy, może być to coś zupełnie innego. Najistotniejsze, by budziło zainteresowanie i przyciągało. Zdaniem Miciuły najgorsza jest obojętność na to, co powstało. To jest porażka, bo za każdym razem twórca zostawia w swoim dziele cząstkę siebie.

    Prócz rzeźbienia pasją pana Zbigniewa jest pisanie wierszy. Ma swojego niedoścignionego mistrza – Bolesława Leśmiana, autora baśni pisanych prozą oraz słynnych erotyków (m.in. W malinowym chruśniaku), nawiązujących  do egzystencjalizmu oraz filozofii Henriego Bergsona Uznanego za najbardziej nowatorską, najoryginalniejszą i najbardziej skrajną indywidualność twórczą literatury polskiej XX wieku, u którego pośmiertnie dopatrywano się poetyckiego geniuszu; za życia zaś określano jako epigona Młodej Polski. Uwielbia go za jego niepowtarzalne i jedyne słowotwórstwo, tworzone dla swoich potrzeb. Bardzo ceni Stanisława Barańczaka, za jego wyjątkowe przekłady Szekspira. Czytuje  Ryszarda Krynickiego i Rafała Wojaczka. Podziwia pisarstwo Gabriela Garcíi Márqueza, kolumbijskiego powieściopisarza, dziennikarza i działacza społecznego. Jednego z najwybitniejszych twórców tzw. realizmu magicznego, w którego powieściach i opowiadaniach fantazja i realizm łączą się w złożony świat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu południowoamerykańskiego.

    – By tak tworzyć, trzeba być geniuszem, mistrzem lub szaleńcem– twierdzi, uśmiechając się, Miciuła.  .

    Sam pisze niemal od zawsze. I to, co powstaje, nazywa “swoimi wiórami”. Kiedy zaczyna rzeźbić, wówczas ma głowę pełną myśli i refleksji. Zapisuje je i z tego powstają przyszłe wiersze. Są właśnie niczym wióry z ociosanego kawałka drewna. Ma wielką pokorę wobec tego, co robi i nie obnosi się ze swoimi pasjami. Miał już wystawę swoich prac, ale w dalszym ciągu nie może się doczekać wydania choć części swojej poezji. Podobno władze miasta były kiedyś przychylne projektowi wydania poezji miejscowych twórców, ale tradycyjnie na przychylności i deklaracjach się skończyło.

    Zbigniew Miciuła, jak już wspomniałem, to tzw. chłop na schwał. Jest wysoki
    i świetnie umięśniony. To zasługa wczesnego zachłyśnięcia się sportem i ciągłą aktywnością. Dzieciństwo to ciągłe bieganie za piłką. Od czasów “kopalnianych” nie opuszcza siłowni. Po latach ćwiczeń widać efekty. Nie zdecydował się na żadne wyczynowe uprawianie sportu, ale amatorsko ma już zaliczone 9 pełnych maratonów, 8 biegów na dystansie 100 km i sporo pomniejszych biegów długodystansowych. Ciągle uważa, że póki ma możliwości i chęci, to powinien się sprawdzać, bo przyjdzie chwila, gdy nie będzie miał takich możliwości. Nie lubi odkładać spraw na potem. Twierdzi, że jeśli nie zapisze myśli, która akurat siedzi mu w głowie, to nic z niej w nim nie zostanie.

    Czy mając już taki bagaż doświadczeń, Zbigniew Miciuła ma czas na marzenia? A jeśli tak, to jakie?

    – Kiedyś marzyłem o podróżach i zrobiłem uprawnienia przewodnika. Oprowadzałem wycieczki po naszych Sudetach, bo to moim zdaniem prawdziwy cud natury. Miejsce, w którym przyroda nagromadziła tak niespotykane formy, że tylko powinniśmy się z tego cieszyć. Później marzyłem o własnym mieszkaniu. Stało się – kupiłem je. Jakim kosztem, to inna sprawa. Dzisiaj marzy mi się własna pracownia i zrobienie jakieś dużej formy rzeźbiarskiej. Może wystawa w prestiżowym miejscu np. Paryżu. No i wydanie swojej poezji. Wszystkie moje marzenia są związane z moimi pasjami, ale chyba nie powinno być inaczej. Obym dożył takiej chwili.

    Wacław Piechocki