Tkanie życia: Artur Janicki

    5

    Wywiad z, niekoniecznie, jednym pytaniem…W Świdnicy wziął się znienacka. Mówi czasami, że pojawił się jak „czołgi z Gliwic”(te, które produkowano w Hucie Łabędy) – znienacka. A poważnie, (choć w towarzystwie Artura trudno o powagę) przybył z nieodległych Ząbkowic Śląskich gnany miłością do nadobnej Greczynki Ateny. Niestety, tata Grek, niezbyt zadowolony z jednego zięcia Polaka, wysłał córkę pośpiesznie do Grecji. Trochę było po tym łez. Na szczęście świdniczanki nie pozostały mu obojętne. Zakochał się i poślubił Mariolę. Tak jest po dzień dzisiejszy. Artur Janicki potrafi, jak rzadko który mężczyzna płakać nie tylko w chwilach wyjątkowych uniesień. Ale także w takich chwilach, które nie nadają się do życia. Otwarcie się do tego przyznaje. Zaliczył wiele szkół. Studiował m.in. na Akademii Wychowania Fizycznego. Kończył szkoły muzyczne, na poziomie ogniska i szkoły średniej. Gra na akordeonie, pianinie. Prowadził zespoły muzyczne. Nie obca mu był poezja śpiewana, ale najmocniej jest związany z jazzem. Zajmował się także komponowaniem i aranżacją. Z nieżyjącymi swoimi braćmi prowadził także zespół muzyczny „Tobend”. Pisał sporo muzyki do poezji Bolesława Leśmiana, która zdaniem Artura Janickiego działa podprogowo. Dzięki Arturowi świdniczanie mogą kilka razy w roku posłuchać takich jazzmanów, którzy zostawiają swój ślad w światowej muzyce. Jest niezwykle kreatywny i konsekwentnie realizuje swoje zamierzenia.

    Dzisiaj dochodzi do wniosku, że z upływem lat zmniejsza mu się zapotrzebowanie na popyt, a wzrasta na święty spokój. Wyciszają się emocje, a człowiek nabiera pokory względem otaczającej go rzeczywistości. Lubi dobrze zjeść. Kuchnia stała się dla niego miejscem do poszukiwania przeróżnych smaków i ich komponowania. W swojej radosnej twórczości kulinarnej potrafi wytyczyć sobie granice. Nie ma ich jednak w marzeniach.

    Udało się nam „wyciągnąć” z niego, o czym śni najbardziej. Co sprawiłby mu największą przyjemność? I o czym marzy niekoniecznie wówczas, gdy wypije jedną lampkę wina za dużo i zaczyna lewitować w wyobraźni?

    Do takiego marzenia nie potrzebuję nawet jednej lampki wina. Kiedy słyszę dyrdymały o marzeniach w stylu – niech panuje miłość między ludźmi, niech zapanuje pokój, to ogarnia mnie pusty śmiech. Ten stan rzeczy nie będzie miał nigdy racji bytu. Świat jest tak urządzony, jak jest i koniec. Przyznam się szczerze. Mam konkretne marzenie, które z całą pewnością ma niewielką szansę na spełnienie się. Chciałbym być, choćby przez krótki czas, nieprzyzwoicie bogaty! Tak nieprzyzwoicie, żeby po prostu ludzie się mnie bali i czuli do mnie respekt. Obserwowałem kiedyś pana Billa Gatesa, kiedy przyjechał do Polski. Prezydent, premierzy, inni wielcy świata rzucali wszystko by tylko się z nim spotkać. Czuli do niego respekt. Bo to jest najbogatszy człowiek świata. A np. Putin. Tak się boi swoich bogatych oligarchów, że doprowadził do tego, że albo wyjechali zagranicę albo pozamykał ich w więzieniach. Chciałbym poczuć się przez chwilę takim bogatym skur…..! Że hej! I wówczas za te pieniądze kupiłbym sobie najświętszy spokój. Na kupionej sobie bezludnej wyspie na oceanie. Z armią wynajętych żołnierzy nikt by mi nie przeszkadzał. Ależ to jest słodkie marzenie!