Strona główna 0_Slider Ciecieruk, baspóły i gomóła. Usłane pułapkami Dyktando Świdnickie rozstrzygnięte!

Ciecieruk, baspóły i gomóła. Usłane pułapkami Dyktando Świdnickie rozstrzygnięte!

0

Około 40 osób zdecydowało się zmierzyć z ortografią i interpunkcją w ramach trzynastego już Dyktanda Świdnickiego. Po latach dominacji tekstów łatwiejszych dla uczestniczek płci żeńskiej, tym razem dyktando było skierowane do panów. Tegorocznego zwycięzcę, 32-letniego Arkadiusza Kleniewskiego, zaskoczyła jednak obecność wielu słów slangowych.

Temat dyktanda wypłynął z powodu sugestii wieloletnich uczestników, którzy żartobliwie zaproponowali tematy bardziej męskie w tekście, który co rok układam, by zaskoczyć piszących. Cieszy mnie wierność świdniczan wobec takiego sprawdzianu umiejętności oraz to, że całe rodziny chętnie biorą udział w imprezie – podkreśla Mariola Mackiewicz, nauczycielka i współorganizatorka Dyktanda Świdnickiego.

Pierwsze miejsce zajął Arkadiusz Kleniewski, zaś drugą lokatę zdobył Grzegorz Pożoga. Na podium stanęła także kobieta, III miejsce zajęła Zuzanna Piotrowska. – Dumna jestem z urzędnika – wiceprezydenta Szymona Chojnowskiego, który po raz kolejny zdobył nagrodę w kategorii urzędniczej – dodaje Mackiewicz. Wyróżnieni zostali także najmłodsi uczestnicy dyktanda.

Zwycięzcy otrzymali w nagrodę sprzęt AGD, zastawę stołową i wycieczkę do Warszawy. Świdnickie Dyktando, jak co roku, zorganizowała Liga Kobiet Polskich. Nie jest wykluczone, że za rok motywem przewodnim konkursu będzie tematyka muzyczna. Taką propozycję zgłosili bowiem uczestnicy sobotniego dyktanda.

Z treścią tegorocznego dyktanda można się zapoznać poniżej:

Męskie rozmowy

Przysłuchując się pogaduszkom samców alfa, nietrudno odnieść wrażenie, że brzydsza płeć gustuje w używaniu żargonu, chełpiąc się tym samym dość nachalnie swoim hobby lub uprawianym zawodem.

I tak: miłośnicy czterech kółek snują wespół opowieści o baspółach, czyli wielgachnych kolumnach basowych, które są źródłem muzyki, najczęściej disco-polo, hip-hopu albo wymóżdżającego techno. Bebechami nazywają nonszalanccy panowie części silnika, zaś archaiczny autobus z Jelcza z pogardą mianują „ogórem”. Poczciwy polonez rodem z FSO zyskał określenie „borewicz”, bo kojarzy się z dawnym PRL-owskim ( lub peerelowskim) serialem. Samochód sprowadzony z Wysp Brytyjskich i kupiony za uciułane funciaki od mało żwawych Angoli zwany bywa mańkutem. Jeśli auto poddano kiczowatemu tuningowi, pada obelżywy synonim: dresowóz. Na drodze każdy jest superkierowcą, daje po heblach, wciska gaz do dechy, unika smerfów ( lub smurfów) z drogówki i diagnozujących prędkość suszarek. Mistrz kierownicy zakupiłby niechybnie hybrydę, ale, póki co, z wirtuozerią prowadzi merola lub wysłużonego opla, choć super-Polak z niego. Operuje wajchą i raz za razem ubliża innym użytkownikom dróg, których zwie patałachami albo szmaciarzami. Wszak jeżdżą wysłużonymi, zżartymi przez rdzę, rzęchami z którejś tam ręki.

Z kolei myśliwi pospołu konfabulują ochoczo o buchtujących chwacko dzikach oraz o szybkonogich chłystach, czyli młodych jeleniach. Chybem zwą szczecinę na grzbiecie dzika, natomiast lisa o kasztanoworudym futrze ochrzcili jako żmurka, zaś termin „gomóła” stosują wobec zwierza zrzucającego poroże. Krechtanie to, ni mniej, ni więcej, jak odgłos tokujących głuszców. Ciecieruk to młody cietrzew, a badylarz oznacza łosia o tykowatym porożu. Gdy mówią o trzeszczach, rzecz dotyczy zajęczych oczu. Zdejmowanie skóry z szaraka tożsame jest z osmużaniem. Gdy polujący opowiada o awantażu, zapewne ma na myśli odchylenie kolby od osi lufy. Podopieczni Huberta, patrona łowczych, ale i utracjusza, są tak odważni, tak heroiczni, że marzą o spotkaniu z watahą wilków, wszak mają sztucery oraz dubeltówki z eżektorami, czyli wyrzutnikami łusek.

Marynarz powita nas krzepkim okrzykiem: „ahoj!” ( lub „ Ahoj!”) i zadziwi określeniem okrętowego kucharza, którego przedstawi jako parzygnata lub warzyzupę, natomiast mechanika zdefiniuje jako smolucha lub brudasa spod pokładu. Rzygacz z marynistycznej opowieści nie okaże się synonimem rynny, lecz neologizmem odnoszącym się do statku szkolnego. Radiooficer to trzęsiłapa, gdyż nadaje komunikaty alfabetem Morse’a. W tej gwarze skośny wiatr od rufy zastępuje termin baksztag, a olinowanie statku zwie się takielunkiem.

Przejrzysta komunikacja płci bywa arcytrudna. Wszak panowie, jak widać, naprawdę pochodzą z Marsa.

Michał Nadolski
nadolski@swidnica24.pl

fot. Artur Ciachowski, mn