Strona główna 0_Slider Niedziałanie, czyli jak skończyć z kiczem. Rozmowa z Jackiem Sikorą

Niedziałanie, czyli jak skończyć z kiczem. Rozmowa z Jackiem Sikorą

0

Jego prace można znaleźć w zbiorach na całym świecie – od USA, przez Wielką Brytanię, Francję, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Australię, na Japonii kończąc. Od piątku, 13 stycznia, do połowy lutego, obrazy Jacka Sikory można zobaczyć także w Świdnicy na wystawie w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Artysta urodził się w Łodzi w 1967 roku, a swoim życiorysem mógłby obdarować kilka osób. Jest absolwentem francuskich uczelni École Internationale de Mimodrame de Paris, Marcel Marceau oraz École de Mime Corporel Dramatique, studiował także Anatomię na Akademii Medycznej we Wrocławiu, zajmował się aktorstwem, prowadził czekoladziarnię Chocoffee i własny program kulinarny „Słodki Drań”, podróżował po całym świecie, jednak to Świdnica od zawsze zajmuje wyjątkowe miejsce w jego życiu (tu obecnie mieszka i pracuje).

Jacek Sikora

W swoim życiu dużo podróżujesz, jednak jak kiedyś powiedziałeś – nie jesteś turystą, nie skupiasz się na odhaczaniu kolejnych punktów na mapie świata.

Jeśli dobrze przyjrzeć się wszystkim moim wyjazdom, to wcale nie podróżuję tak dużo. Na pewno nie jestem więc turystą. Kiedy gdzieś wyjeżdżam, to przede wszystkim dlatego, że chcę w danym miejscu zamieszkać, a nie jedynie je zwiedzić. Tak było ze Stanami Zjednoczonymi, z Wielką Brytanią, Francją, a ostatnio z Tajlandią. Przez długi czas praktykowałem Zen, może dlatego w wielu przypadkach moje wyjazdy miały cel medytacyjny. Zazwyczaj przebywałem w wybranych krajach 6-8 miesięcy, w większości były to jednak pobyty w jednym tylko miejscu, np. w klasztorze. Pół roku to wystarczająco dużo, żeby stwierdzić, że jest się już mieszkańcem takiego miejsca, a jednocześnie na tyle krótko, aby wciąż móc nazwać ten czas tylko podróżą. Od prawdziwych podróżników coś jednak mnie różni – oni spędzają swoje życie w podróży; są nomadami, ja tylko pomieszkuję w różnych częściach świata.

Koniec końców, zawsze wracasz do Świdnicy.

Nie mam szans na powrót do Polski z pominięciem Świdnicy. To tu znajduje się mój dom rodzinny. Myślę, że ostatecznie wszyscy wracamy do miejsca, z którego wyszliśmy. Nie jestem w stanie określić czegoś specyficznego, co szczególnie przyciągałoby mnie do Świdnicy; to po prostu moje miasto rodzinne. Mam łatwość przebywania w każdym miejscu – może właśnie dlatego tak trudno znaleźć mi te wyróżniki. Na mojej mapie znajduje się sporo punktów, które lubię; Świdnica jest jednym z nich. Dzięki tym powrotom przestałem patrzeć na czas jako linię, zamiast linearności wolę cykliczność – uważam, że historia składa się z cykli, a to z kolei czyni każdy powrót całkowicie naturalnym.

Czy taką perspektywę – cykliczności zamiast linearności – możemy odnaleźć również w twoich pracach?

Przez pewien czas numerowałem swoje obrazy, ale w którymś momencie doszedłem do wniosku, że – po pierwsze – to banalny zabieg, a po drugie – sugeruje pewną ciągłość. Nie miałem zamiaru nadawania ciągłości swoim pracom, ani też sugerowania, w jakiej kolejności należy je czytać. Dziś numery, które pojawiają się przy którymś cyklu obrazów, są zupełnie przypadkowe, absolutnie niczego nie oznaczają. Idealnie byłoby w ogóle nie tytułować obrazów, jednak pozbawianie ich tytułów utrudniłoby ich późniejszą identyfikację. Nie da się przecież ukryć, że poruszam się w schemacie rynku sztuki. Patrząc na historię sztuki, mniej więcej od połowy XIX i przez cały XX wiek obserwujemy ciągłe próby wyrwania się z tego schematu. Dobrym przykładem jest np. Marcel Duchamp. Mam jednak wrażenie, że wszystkie one były daremne.

Duchamp zasłynął między innymi tym, że pisuar wniesiony przez niego do galerii został uznany za dzieło sztuki.

Nie planuję podobnych ruchów w Świdnicy, chociaż zastanawia mnie, dlaczego coraz poważniej traktuje się rzeźbę „Srającego chłopka” jako coś, czym powinniśmy się chwalić. Nie jest ona ani atrakcyjna estetycznie, ani nie przedstawia żadnych innych walorów kulturowych. Może trochę szokuje, ale nawet jeśli, to tylko trochę. Przypomina to namalowanie fujary na murze kościelnym i robienie taniej sensacji, choć na upartego można zbudować wokół takiego wydarzenia jakąś toporną teorię. Nie wiem, kto miałby być odbiorcą takiego działania. Sam nie jestem skandalistą, nie burzę schematów, nie mam takich ambicji.

Jak definiujesz swoich odbiorców? Czy tworząc obrazy myślisz o konkretnej osobie, grupie?

Charles Bukowski powiedział kiedyś, że sztukę tworzymy nie z własnego wyboru; tworzenie nie jest wynikiem kalkulacji, wyrachowania, myślenia o odbiorcy. Pracujemy tak, jak umiemy najlepiej. Aby dobrze tworzyć, trzeba zajmować się tym, co nas najbardziej porusza – odbiorca schodzi na plan dalszy.

Potrafisz czerpać przyjemność z poszukiwań, samego procesu tworzenia?

Oczywiście, ale bardziej interesuje mnie osiągnięcie konkretnego efektu. Ostatnio zacząłem pracę nad nowym cyklem, który nazwałem „Solaris”. Ta praca daje mi pewność, że to jest to, co teraz chcę powiedzieć poprzez obraz. Po raz pierwszy robię coś, do czego mam stuprocentowe przekonanie. I tu można wrócić do poprzedniego pytania – kiedy ma się taką pewność, taką siłę tworzenia, odbiorca rzeczywiście staje się kimś drugoplanowym. Mówiąc dokładniej: nie zmniejszy się swojego przekonania do dziewięćdziesięciu pięciu procent tylko dlatego, żeby zyskać więcej odbiorców. To możliwe tylko na etapie, w którym dominującym odczuciem jest zwątpienie. Czasem zastanawiam się, czy nie napisać manifestu wyjaśniającego co i dlaczego tworzę. Taka forma była przecież powszechna na początku XX wieku. Moje malarstwo ma podstawę myślową, a to oznacza, że jego ideę da się sformułować za pomocą słów. Mam też wrażenie, że kiedy w swojej pracy dochodzi się do czegoś wartościowego, to pojawia się powtarzalność. Przykłady można mnożyć – np. Monet, który namalował cały szereg obrazów przedstawiających nenufary lub Van Gogh malujący słoneczniki. W dziełach abstrakcjonistów jest to tym bardziej nieuniknione – w pracach np. Pollocka i Rothko odnajdujemy niezwykłą moc właśnie w powtarzających się motywach.

Co możemy zobaczyć na wystawie w Świdnicy?

Niemal wszystkie prace prezentowane na tej wystawie powstały po moim powrocie z Tajlandii, po ośmiu miesiącach medytacji w klasztorze. W tradycji, w której przyjąłem święcenia mnisie, mnich nie ma praktycznie żadnego kontaktu ze światem ludzi świeckich, nie ma kontaktu z kobietą, nie może jej dotknąć, nie może rozmawiać z nią sam na sam, nie ma też żadnych trosk doczesnych. Jednak to pozorne bezpieczeństwo opiera się z kolei na hojności darczyńców; mnich niczego nie posiada. Według tej szkoły, zmysły stopniowo są redukowane do minimum – nie ma na nie miejsca, ani też żadnej możliwości, by im ulegać. Kiedy wróciłem z Azji, wszystkie stłumione obszary życia zaczęły budzić się i wychodzić na wierzch, świat materialny jawił się ze zwielokrotnioną siłą, także pożądanie czy tęsknota za kobiecym ciałem były silniejsze niż kiedykolwiek. Później pojawiło się cierpienie, a potem także inne odczucia. Zmysły zaczęły pracować z niezwykłą wrażliwością. Na wystawie w Świdnicy można zobaczyć zapis procesu powrotu do świata zmysłów. Nie jest to eksplozja, ale ścieżka powrotu do normalności.

Podróż na kraniec świata to dla ciebie okazja, aby wyłączyć się na chwilę z kultury Zachodu.

Myślę, że w życiu większość ludzi o pewnej wrażliwości i inteligencji pojawia się przeczucie, że świat, jaki widzimy, jest kiczem. Opisuje to m.in. Michel Houellebecq w swojej powieści „Możliwość wyspy”. To też wytłumaczenie dla wielu decyzji, które podejmowałem w życiu. Kiedy dochodzimy do takiego wniosku, przychodzi postanowienie, żeby z tym kiczem skończyć. Houellebecq pisze dalej, podobnie zresztą jak mistrzowie Zen, że jedyną rzeczą, która nie jest kiczem, to nicość. Moje podróże miały na celu jej odnalezienie.

Medytowałeś m.in. w USA i Wielkiej Brytanii. Jak w takim razie przekroczyłeś świat Zachodu?

Pragnienie przekroczenia tego czy innego świata, stanu, to tylko iluzja. Nie ma możliwości na całkowitą ucieczkę ze świata – musimy czymś oddychać, czymś się okryć, coś jeść. Narzucane mnisie reguły, które mają chronić przed światem materialnym, tak na dobrą sprawę tylko go intensyfikują. To jakby twierdzić, że pies uwiązany na łańcuchu będzie mniej agresywny niż ten, który cieszy się swobodą. To tylko pozorna kontrola. Wydaje mi się, że wszystkie doświadczenia duchowe mają sens, jeśli prowadzą do momentu, w którym pojawia się zrozumienie, że one także są tylko złudzeniem. Dopiero dotarcie do dna rozczarowania przynosi prawdziwe wyzwolenie. Tak długo, jak wierzymy w iluzję czegoś, co wyzwoli nas ze świata, w którym żyjemy, tak długo pozostajemy więźniami iluzji. Oświecenie przychodzi w momencie kryzysu: albo całkowicie się załamiemy, albo się pozbieramy i przestaniemy gonić za nierealnym światem. To poprzez akceptację tego, co jest tu i teraz, osiągamy wolność i spokój. Cierpienie i tęsknota za tym, co nieosiągalne, są wynikiem niewiedzy. Gdy złudzenie pryska, świat zmienia się diametralnie; na zewnątrz nic się nie zmieniło, ale w nas pojawił się spokój i akceptacja.

Czy poprzez swoją sztukę opowiadasz o tym stanie?

Do pewnego stopnia tak. Wrócę jeszcze do Houellebecqa i twierdzenia, że wszystko prócz nicości jest kiczem. Prawdziwa sztuka powinna być nicością. Przyznam, być może naiwnie, ale wciąż dążę do tego. Na moich płótnach pojawia się coraz mniej elementów, coraz mniej kolorów. Jednak bez względu na to, jak wielki podejmę wysiłek w redukowaniu poszczególnych części obrazu, na płótnie wciąż coś będzie namalowane. Nie ja pierwszy zresztą mierzę się z tym problemem. Cokolwiek namaluję, zawsze będzie to czymś i nigdy nie stanie się niczym, nicością. Właśnie dlatego, jeśli miałbym jakoś nazwać siebie jako artystę, powiedziałbym, że jestem malarzem nie-nicości. Może od takiego stwierdzenia powinienem zacząć swój manifest?

Rozmawiał Stanisław Abramik
Zdjęcia Anna Pawłowska