Strona główna Wydarzenia Świdnica Wspomnienia Bolesława Marciniszyna

Wspomnienia Bolesława Marciniszyna

2

Członek Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w ZEM w Świdnicy, internowany 13.12.1981-13.12.1981, 17.12.181 – 24.12.1981

13 grudnia o 4.00 usłyszałem walenie do drzwi. Nie byłem zdziwiony. Podobne sytuacje zdarzały się już wcześniej. Pracowałem w ZEM 2 i wzywano mnie czasem o różnych porach do awarii. Dopiero kiedy zobaczyłem w progu dwóch milicjantów i dwóch tajniaków, zorientowałem się, że nie o to chodzi. Grzecznie poprosili, żebym się ubrał i wsadzili mnie do samochodu. To był duży fiat. Jechaliśmy w milczeniu, a samochód cały czas ślizgał się po oblodzonej jezdni. W końcu dojechaliśmy na Jagiellońską, gdzie była Komenda Milicji, a tam zauważyłem kilka gazików sowieckich stojących z odpalonymi silnikami. Byłem zdumiony.

boleslaw-marciniszynKiedy wprowadzono mnie do jednego z pokoi, siedzący tam esbek nie patrząc mi w oczy poinformował mnie o wprowadzeniu stanu wojennego i o tym, że zostałem aresztowany. Zaprowadzili mnie na tzw. dołek, czyli do prowizorycznego aresztu, gdzie siedziało już około 16 mężczyzn. Zostaliśmy stłoczeni w bardzo małym pomieszczeniu, warunki były straszne, nie było toalety, tylko plastikowy kubeł, było bardzo gorąco i tak bardzo czuć było amoniakiem, że leciały nam łzy. Około 9.00 niektórzy z nas zostali zwolnieni. Byłem w tej grupie.

W poniedziałek poszedłem do pracy, choć wiedziałem, że mój zakład jako jeden z dwóch w mieście rozpoczął strajk, mimo że uczestnikom protestu groziło za to 10 lat więzienia. W pewnym momencie dowiedziałem się, że dyrektor zakładu nr 1 poprosił mnie oraz kolegę na rozmowę. Na spotkanie wiózł nas dyrektor techniczny. Gdy już byliśmy na obwodnicy, zajechał nam drogę samochód, z którego wysiedli esbecy, rzucili nas na maskę, skuli i powiedzieli, że zostaliśmy internowani. Zawieziono nas do aresztu miejskiego w Świdnicy. Dużo później dowiedziałem się, że po południu do zakładu wpadło ZOMO (Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej – przyp. red.) i choć przestraszone kobiety, bo to one w większości montowały rozruszniki, płakały, strajk spacyfikowano, a nas internowano jako prowodyrów.

Kiedy trafiliśmy do więzienia, w specyficzny sposób przywitali nas wszyscy klawisze: stali w szeregu, kiedy przechodziliśmy obok. Na końcu tego szeregu zobaczyłem mojego kolegę z liceum. Minę miał taką, jakby diabła zobaczył! Niczego nie dałem po sobie poznać, nie odezwałem się ani nie mrugnąłem okiem. Przyszedł do mnie o 2 w nocy i powiedział, że wszystkich mógłby się tutaj spodziewać, ale nie mnie.

W areszcie siedziałem z kolegami z Solidarności z Wałbrzycha. Był wśród nas 64-letni rolnik spod Głuszycy, który podczas wojny był w AK na Wileńszczyźnie, a potem siedział za to w więzieniu we Wronkach. Wypuszczono go dopiero w 56. I to właśnie on tworzył Solidarność Rolniczą.

Cela, w której mnie umieszczono, była mała, w rogu znajdowało się coś w rodzaju ubikacji, z której korzystało się na oczach innych współwięźniów. Było bardzo ciasno, każdy z nas mógł się przespacerować trzy korki w jedną stronę i trzy w drugą. „Spacerowaliśmy” w tę i z powrotem, żeby choć trochę się rozruszać.

Jedzenie było ohydne – ziemniaki, w postaci papki z proszku, do tego jakaś kapusta i pół kostki margaryny. Nie chcieliśmy tego jeść, ale ten starszy pan z Solidarności Rolniczej namawiał nas, żebyśmy się przemogli i zjedli, bo w przeciwnym razie przyplącze się szkorbut, a potem czeka nas cmentarz. Takie miał wyobrażenie o tym, co nas czeka, bo przecież siedział w ciężkim więzieniu. Dla nas z kolei perspektywa długotrwałej izolacji była nie do pomyślenia we współczesnym świecie. Oczywiście straszono nas, że trafimy na Syberię, ale nikt w to nie wierzył. Strach padł na nas dopiero po śmierci górników z kopalni Wujek. Wtedy zamilkł cały areszt, a po chwili wszyscy zaczęli śpiewać pieśni, aby uczcić tych zabitych. Wtedy naprawdę nie wiedzieliśmy, co dalej z nami będzie.

Przesłuchiwania trwały niemal na okrągło, bez przerwy proponowano nam, żeby przynieść zdjęcia żony i dzieci, to wtedy dostaniemy paszport i pojedziemy dokąd chcemy do tej wolności. Odmówiłem, mówiąc, że nikt nie będzie mnie z mojego własnego kraju wyrzucał. Podczas przesłuchań nie byłem bity, ale nękany nieustannym zadawaniem tych samych pytań. Panowie z SB bardzo chcieli wiedzieć, co ja, inżynier, robię w tym towarzystwie. Dlaczego chciałem obalić socjalistyczną ojczyznę? I tak przez kilka godzin, do 2, a nawet 3 w nocy. Chcieli nas prostu złamać, bo to niczego nowego nie wnosiło do sprawy. Służba więzienna nie miała niczego do gadania, rządzili tylko i wyłącznie esbecy. Pamiętam pytanie ówczesnego szefa aresztu w randze kapitana, który powiedział:” Dziwę się, że pan, wykształcony człowiek przystąpił do tej bandy, która rysując kredą krzyże na naszych domach chciała nas wszystkich pozabijać”. Spytałem, czy on rzeczywiście sądzi, że Solidarność chciała zabić jego i rodzinę? Odpowiedział, że tak. On w to głęboko wierzył. Podczas jednego z przesłuchań esbecy ostrzegali mnie, że jak będę dalej działał, to zwolnią z pracy mnie oraz żonę, a dzieci nie dostaną się na studia. Spojrzałem mu w oczy i powiedziałem, że jak dzieci będą głupie, to studia nie będą im potrzebne. Dostał piany, ale nic nie odpowiedział.

W Wigilię, 24 grudnia, godzinę przed północą zostałem wypuszczony z aresztu. Pamiętam, że idąc ulicami w ten mroźny wieczór byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. A ponieważ nic nie kursowało, musiałem piechotą przejść aż na Osiedle Młodych. Gdy żona otworzyła drzwi, kazała w progu wybierać – albo polityka, albo ona. Oczywiście powiedziałem, że najważniejsza dla mnie jest rodzina. Zwłaszcza, że żona później zachorowała na raka i musiałem się opiekować nią i dziećmi. Dlatego nie uczestniczyłem aktywnie w działaniach związku, ale starałem się pomagać finansowo.

Mimo że nie prowadziłem żadnej podziemnej działalności, w styczniu 1982 roku wyrzucono mnie z pracy. Zrobiono to bardzo sprytnie, bo na świadectwie internowania brakowało trzech dni i kadrowa potraktowała jako dni nieusprawiedliwione, a za tak długą „bumelkę” groziło zwolnienie dyscyplinarne. Zacząłem tłumaczyć, że przez cały ten czas siedziałem w więzieniu. Nic nie wskórałem i musiałem odejść z zakładu, który bardzo kochałem. Laboratorium chemiczne, w którym pracowałem, było spełnieniem moich marzeń inżynierskich. Było mi wtedy niezwykle ciężko, zacząłem się bać, że mogą zwolnić także moją żonę.

Kiedy zacząłem szukać pracy, dowiedziałem się, że w Okręgowej Izbie Inwestycyjnej szukają inżyniera i przypomniałem sobie, że tamtejszy dyrektor techniczny od dawna chciał mnie zwerbować. Nie skorzystałem, bo przecież miałem ukochaną pracę. Jednak w sytuacji, w której się znalazłem, nie miałem wyjścia. Kiedy poszedłem do dyrektora, ten stwierdził, że nic nie może zrobić i odesłał mnie do dyrektora naczelnego, a ten powiedział bez ogródek: „Jak wiem, kim pan jest, ale nie mogę pana przyjąć. Zanim podejmę decyzję, muszę dostać opinię od służby bezpieczeństwa”. I kazał mi przyjść za tydzień. Po tygodniu powiedział, że SB dała mu o mnie bardzo dobrą opinię, ale zaznaczyła, że jestem elementem antysocjalistycznym. Dlatego mogłem zostać przyjęty jedynie do działu przygotowania inwestycji, a nie do działu, gdzie nadzorowane są projekty dla Armii Radzieckiej. Bo tam, jak usłyszałem, wszyscy inżynierowie musieli należeć do PZPR. I tak zacząłem pracę. Przez pierwszy tydzień nikt ze mną nie rozmawiał, czułem się strasznie. Ale po tygodniu przyjechali inspektorzy z komisji nadzoru, którzy wzięli mnie na korytarz i powiedzieli, żebym się nie martwił, że u nich też była Solidarność i że pomogą mi się zadomowić. Kamień spadł mi z serca.

Tak jak obiecałem żonie, nie zaangażowałem się ponownie w żadną działalność, bo zdawałem sobie sprawę, że jestem cały czas pod obserwacją. Bywało jednak, że od czasu do czasu coś napisałem, zdarzyło się też, że żona zgodziła się pójść razem ze mną i dziećmi w demonstracji 1-Majowej. Spotkały mnie nieprzyjemności za to, że nie poszedłem zgodnie z nakazem dyrekcji na pochód, jednak pracy nie straciłem. Choroba żony sprawiła, że później skupiłem się wyłącznie na rodzinie.

Teraz od lat prowadzę własną firmę. Od chwili, gdy po internowaniu wyrzucono mnie z pracy wiedziałem, że muszę mieć coś własnego, bo tylko wtedy nikt mną nie będzie pomiatał.