Strona główna Wydarzenia Świdnica Wspomnienia Mirosława Sośnickiego

Wspomnienia Mirosława Sośnickiego

0

Dziennikarz, Niezależne Słowo, internowany 13.12.1981 – 27.03.1982

13 grudnia zaczął się u mnie w okolicach pierwszej w nocy. 11-12 grudnia w Gdańsku miało miejsce posiedzenie Komisji Krajowej. Byłem wówczas dziennikarzem. Pojechaliśmy tam razem z Antkiem Matuszkiewiczem, żeby przygotować materiał. Założenie było takie: całość kończy się w sobotę, w niedzielę, w recepcji Grand Hotelu (tam byli zakwaterowani uczestnicy zjazdu) pożyczam maszynę do pisania, na której powstaje tekst, który następnie zawożę nocnym pociągiem do Wałbrzycha, a w poniedziałek oddaję do drukarni. Gazeta wychodziła we wtorek lub w środę i właśnie w niej miał ukazać się artykuł na temat obrad Komisji Krajowej.

miroslaw-sosnicki-doublePosiedzenie Komisji Krajowej skończyło się w okolicach dwunastej w nocy. Tuż przed północą pojechaliśmy jeszcze na stołówkę Stoczni Gdańskiej, gdzie zjedliśmy kolację. Potem całym autobusem wyruszyliśmy w stronę Grand Hotelu – tam chcieliśmy już położyć się spać.

Na posiedzenie Komisji docierały informacje o zwiększonej aktywności milicji. Zadzwoniono nawet do komendanta głównego milicji w Gdańsku, który powiedział, że te wszystkie  ruchy dzieją się w związku ze wzmożoną przestępczością, robią jakoś akcje przeciwko przestępcom.  W hotelu położyłem na stoliku obok łóżka swoje notatki – z nastawieniem, że od rana będę pisał tekst. Paliłem wtedy mnóstwo papierosów. Miałem przesiąknięty nikotyną  sweter. Pamiętam, że na klamce od okna powiesiłem swój sweter, żeby chociaż trochę się przewietrzył. Nawiasem mówiąc, wszyscy wtedy bardzo dużo palili, poza Antkiem Matuszkiewiczem, ale to był wyjątek.

W środku nocy budzi mnie jakiś hałas. Otwieram oczy i widzę rękę w czarnej rękawiczce, która powoli zbiega w kierunku pasa, do którego przymocowana jest wielka pała. Myślę – śni mi się jakaś bzdura. Nakrywam się kołdrą, ale ktoś zaczyna delikatnie szturchać mnie w ramię. Patrzę do góry. Kask, przyłbica, dwumetrowy facet w rynsztunku zomowca. Cholera, to nie jest sen i nie jest dobrze. Oczywiście, w jednym momencie przypomniały mi się wszystkie opisy „ścieżek zdrowia”. Antek, z którym dzieliłem pokój, już się ubierał. Esbek zapytał o moje imię i nazwisko. Po chwili przypomniałem sobie, jak się nazywam. Będę pamiętał tego esbeka  do końca życia. Z resztą, cała scena utrwaliła mi się chyba na trzy kolejne wcielenia. Esbek – niski człowiek w czerwonym berecie, z takimi cienkimi jak patyki nogami. Kiedy odpowiedziałem już na pierwsze pytanie, esbek  powiedział do kogoś stojącego w korytarzu, żeby „zawiadomił Wałbrzych”. Potem kazał mi się ubierać. Naciągnąłem spodnie i podchodzę do okna, żeby wziąć sweter. A oni biegną za mną – przekonani, że chcę wyskoczyć (mieszkaliśmy na pierwszym  piętrze). Pokazuję im, że chodzi  o sweter.

W Grand Hotelu są dwa rodzaje okien – jedne od frontu, drugie od morza; my mieliśmy te pierwsze. Przed hotelem był mały park, w którym zauważyłem trzy szpalery zomowców. Pierwszy z tarczami i w przyłbicach, drugi trochę luźniejszy, trzeci – funkcjonariusze z pistoletami maszynowymi wycelowanymi w hotel. Widząc to nie byłem zbyt radosny. Zacząłem się zastanawiać, kiedy następnym razem zobaczę rodzinę. Przez głowę przelatywały mi myśli, że to już koniec, trafię na Syberię, i tak dalej. Esbek  w końcu powiedział nam, że rozpoczął się stan wojenny i jesteśmy internowani. Chcieli skuć mnie z tyłu, ale zaprotestowałem, dlatego założyli mi kajdanki z przodu.

Wyjeżdżając na „krajówkę” pakowałem się szybko i zabrałem ze sobą cztery rzeczy na krzyż – jak to dziennikarze. W 1981 roku w zasadzie cały czas byłem w drodze. Przed wyjazdem do Gdańska wpadłem do domu i zabrałem kraciastą torbę żony. Właśnie tę torbę niósł później z hotelu zomowiec. Wyglądało to komicznie; torba miała jakieś czerwone i niebieskie kraty. Moja żona ma taki zwyczaj, że niezależnie od tego, gdzie jadę, zawsze porządnie mnie zaopatruje: daje mi wtedy bochenek chleba, słoik smalcu, nóż i inne rzeczy.

Zaprowadzono nas do typowej „budy” milicyjnej, gdzie czekaliśmy dłuższą chwilę. Przed snem wyprałem skarpetki i położyłem na kaloryferze, wierząc, że do rana wyschną. Oczywiście, były wciąż mokre, ale mimo to je założyłem. Na dworze było zimno jak cholera, telepałem się jak galareta. Zomowiec był przekonany, że panicznie się boję. W końcu udało mi się opanować moje rozedrganie. Przyszła straszna ochota na papierosa. Nie byłem w stanie sam wyciągnąć fajki, więc zomowiec mnie poczęstował swoim papierosem. Zastanawiałem się, czy brać czy nie brać; powiedziałem, że mam swoje i mogę mu oddać, ale on odparł, że nie ma takiej potrzeby. W końcu „buda” ruszyła. Nie mieliśmy pojęcia, dokąd nas wiozą. W środku było około 20 osób. Ktoś z miejscowych odezwał się, że jedziemy na Kartuską do koszarów ZOMO. Pomyślałem, że to jeszcze nie pierdel, nie jest tak źle. Wprowadzili nas, do dużej sali bez krzeseł; czegoś na kształt sali gimnastycznej, było nas tam około  40 osób. Co jakiś czas wywoływano kogoś  na rozmowę z esbekami.

Przyszła kolej na moje pierwsze przesłuchanie w życiu. Niewielki pokój, w środku esbecy, dwóch przy biurku, trzeci stanął za moimi plecami. Poprosiłem, żeby tam nie stawał, bo to nieprzyzwoite; źle się czuję, kiedy ktoś stoi mi za plecami. Posłuchał i to dosyć skutecznie, bo wyszedł z pokoju. Widziałem jak jeden z esbeków wkłada rękę pod biurko, włącza magnetofon i zaczyna nagrywać. Na początku przesłuchania dowiedziałem się oficjalnie, że jestem internowany. Później pytali mnie, czy to prawda, że w piątek podczas obrad Komisji Krajowej planowano  „zamach siłowy”. Odpowiadałem zgodnie z prawdą, że bzdura, totalne  kłamstwo. Poinformowałem ich, że posiedzenie Komisji miało charakter roboczy i nie podjęto żadnej uchwały o charakterze politycznym.

Po rozmowie z esbekami, która trwała kilkanaście minut, wróciłem do sali. Mimo że już wcześniej robili nam rewizję, w torbie dalej miałem słoik smalcu, chleb i nożyk. Pamiętam, że bochenek posmarowałem smalcem i podzieliłem między 40 facetów. Nie przypominam sobie, żeby dali nam coś do jedzenia na Kartuskiej (po jakimś czasie przynieśli coś do picia), więc to był jedyny posiłek. Po chwili podszedł do mnie jakiś człowiek i zapytał, skąd wiedziałem, że nas przymkną, skoro mam ze sobą tyle jedzenia? Przez chwilę myślałem, że już nigdy nikogo nie poczęstuje. Ale, tak na dobrą sprawę, to było całkiem zrozumiałe. Ludzie zaczynali  zastanawiać się, co z nami zrobią. Optymiści mówili, że w związku z tym, że jesteśmy internowani, najpewniej trafimy do jakiejś jednostki wojskowej. Inni uważali, że trafimy do zwyczajnego pierdla, jeszcze inni – że ześlą nas na Syberię.

Co jakiś czas zabierali kilka osób i wywozili – oczywiście nie wiedzieliśmy dokąd.  Być może jakoś to było związane z regionami. W końcu zabrali mnie Antka i jeszcze kilkanaście osób.  Wsadzili nas do typowej więźniarki. Gdzieś po północy dojechaliśmy do Zakładu Karnego w Strzebielinku koło Wejherowa. Trafiliśmy do celi gdzie mieściło się 16 osób; dwa rzędy ośmiopiętrowych łóżek, w kącie odgrodzona toaleta. Celę dzieliłem m.in. z Tadeuszem Mazowieckim, Krzyśkiem Wyszkowskim, Grzegorzem Gaudenem, byli też ludzie z Elbląga, Ustki, Bydgoszczy.

Choć było nas tylko szesnastu, powstało kilka grup ucieczkowych; sam należałem do trzech. Jak się później okazało, placówka w Strzebielinku była ośrodkiem półotwartym, z którego brano więźniów do pracy przy budowie elektrowni atomowej w Żarnowcu. Ściany, z których zbudowano baraki były byle jakie. Któregoś dnia coś nawaliło – chyba pękła rura – i przy okazji naprawy cupnęliśmy przecinak. I przebyliśmy dziurę do sąsiedniej celi. Małą, ale zawsze coś. Podczas spaceru prawdopodobnie sprawdzano nam cele. Przed wieczorem przeniesiona nas do innej celi.  Podczas każdego spotkania na spacerniku przyglądaliśmy się, szukaliśmy słabych punktów i myśleliśmy, jakby tu uciec. Poza tym – cały ośrodek był raczej kiepsko zabezpieczony, dlatego przez większość czasu trzymali nas w celi pod kluczem.

Napisałem list do żony, który niestety do niej nie doszedł. Na szczęście list Antka doszedł. Antek napisał, że jestem razem z nim. 31 grudnia obie żony przyjechały na widzenie. To było niesamowite przeżycie. Żona siedziała po drugiej stronie stołu. Nie mogłem wziąć jej dłoni w swoje dłonie, nie mogłem objąć, przytulić. Nie mogłem powiedzieć jak tęsknię, za nią, za dziećmi. Udawałem twardziela i mówiłem, że nie jest tak źle, a serce chciało mówić zupełnie co innego.

 Wiele lat później tę scenę widzenia z żoną opisałem w powieści „Astrachowka” Teraz, kiedy o tym opowiadam, nie działa dystans czasu. To ciągle jest, żywe, zapisane na zawsze. Pamiętam też, jak moje dzieci to przeżywały. Kiedy później trafiłem do więzienia w Kamiennej Górze, syn, który jeszcze nie chodził do szkoły na widzeniu powiedział, że przepędzi zomowców „szabelką, bach, bach!” i mnie z więzienia uwolni.

Strzebielinek nauczył mnie jednak pewnej rzeczy – i to dzięki panu Mazowieckiemu. Ale po kolei. Jednym ze źródeł informacji na miejscu był „kołchoźnik”, który działał przez cały dzień; wyłączali go w okolicach 22. Słuchaliśmy Programu Pierwszego Polskiego Radia. Na marginesie – Antek był astrologiem i wyczytał z układu gwiazd, że coś złego wydarzy się w dniu, kiedy doszło do tragedii w kopalni „Wujek”. Jedyny, sporadyczny kontakt z wolnością mieliśmy w zasadzie poprzez lekarza. Poza tym, chodziło się do kaplicy, niezależnie od tego, czy ktoś wierzył czy nie. Jeśli ktoś chciał wyjść z celi – to były tylko dwie możliwości: albo na spacer, albo do kaplicy.

W celi, która została przerobiona na kaplicę mogliśmy przebywać raz dziennie nie więcej chyba niż godzinę. Tadeusz  Mazowiecki stał się w jakiś sposób takim „przywódcą”  naszej celi. Podczas pobytu w kaplicy prowadził  modlitwy. Widać było, że jego wiara jest w nim, jest najzupełniej naturalna. Znal szereg modlitw, litanii, odmawiał je, a my za nim. Pan Tadeusz wprowadził w naszej celi jeszcze jeden zwyczaj. Raz dziennie prowadził coś co dzisiaj byśmy nazwali burzą mózgów. Korzystając ze strzępów informacji – próbowaliśmy ustalić, co dzieje się w kraju; zastanawialiśmy się też nad ewentualnymi następstwami. Kreśliliśmy różnego rodzaju scenariusze. Starliśmy się myśleć analitycznie, co w celi jest sztuką trudną. Człowiek, który jest pozbawiony wolności, jest wielkim tyglem z buzującymi emocjami.

Udało się nam też przygotować listę ze Strzebielinka i przekazać ją na zewnątrz. Była czytana nawet w Radiu Wolna Europa. Jednak najważniejsze, czego się nauczyłem, to chłodna analiza polityczna. Wyciszenie emocji i racjonalne podejście do tematu.

Pierwszą osobą, którą zabrano z celi, był pan Tadeusz Mazowiecki; wzięto go chyba jeszcze przed wigilią. Pomału zaczęły przychodzić też paczki – od Kościoła czy Caritasu. Z czasem mieliśmy całkiem przyzwoite jedzenie. Ja wyspecjalizowałem się w wytapianiu smalcu. Pamiętam też, jak dali nam pierwsze jedzenie. Blaszana miska, łyżka (nie było widelców i noży), jakiś makaron, tłuste to wszystko jak cholera, a w środku – kawałek karalucha. Antek Matuszkiewicz, który był wegetarianinem, zaczął jeść mięso. Nie próbowaliśmy nawet dyskutować, bo to byłoby niezrozumiałe, że jakiś więzień jest wegetarianinem życzy sobie jarskie jedzenie. . Poza tym – staraliśmy się zachowywać humor. Jako zapalony brydżysta, uczyłem wszystkich tej gry. Mieliśmy też jakieś książki. Mogliśmy leżeć na pryczach. Kiedy klawisz próbował nam tego zabronić, po prostu machaliśmy na niego ręką. Było w miarę znośnie, ale nic nie łagodziło tego, że siedzieliśmy w zamknięciu.

Któregoś dnia, zaraz po przetopieniu kolejnej porcji smalcu, otworzyły się drzwi i wywołano Antka razem ze mną. Po południu zapakowali nas do milicyjnej nyski. Jak się później okazało – jechaliśmy do Kamiennej Góry. Pomyślałem, że pojedziemy przez Świdnicę, była to przecież najkrótsza droga. A jeśli rzeczywiście mieliśmy jechać przez miasto, to miałem nadzieję na zobaczenie żony. Nocą zatrzymaliśmy się w celi przejściowej; postanowili pokonać drogę etapami. Rano zabrali nas na śniadanie do jakiegoś lokalu. Przy jednym stoliku usiedli milicjanci, my przy drugim. Podeszła do nas kelnerka mówiąc, że możemy zamówić co tylko chcemy. Do jedzenia wybrałem jajecznicę, a do picia – ku zdziwieniu Antka – piwo. Postanowiłem zamówić też piwo dla niego, jednak on się zmieszał i poprosił o herbatę. Zamówiłem więc dwa piwa i dwie herbaty. Ostatecznie sam wypiłem oba piwa i w jakiś sposób byłem zasolony z tego, ze pod okiem milicjantów, którzy  mnie eskortuje popijam piwo, palę fajurę i udaję, że się niczym nie przejmuje.

Okazało się, że jednak nie pojechaliśmy przez Świdnicę, tylko dookoła. Przed wieczorem przyjechaliśmy do Kamiennej Góry. Na miejscu już siedzieli „nasi”. Wewnątrz całego kompleksu było osobne więzienie (później się okazało, że to dawna filia obozu Gross-Rosen). W środku – co bardzo mnie ucieszyło – spotkaliśmy m.in. Andrzeja Piesiaka, którego pamiętałem ze Strzebielinka. Pojawiliśmy się tam pod koniec stycznia, w czasie, kiedy cele były już otwarte. Wzorem Strzebielinka zaprowadziliśmy w Kamiennej Górze „ład moralny”; prowadziliśmy dyskusje, swego rodzaju kursy, założyliśmy nawet gazetę. Po jakimś czasie pojawiło się też radio – chowane w sienniku.

 26  lutego obchodzę imieniny i w tym dniu miałem widzenie z żoną. Żona jakimś cudem (nie sprawdzali jej) przeniosła przez bramę butelkę koniaku. I jakimś drugim cudem mnie się udało tę butelkę koniaku przemycić na pawilon w którym siedzieliśmy. Niestety, nie mogłem tym koniakiem obdzielić wszystkich, ale udało mi się świętować z kilkoma najbliższymi osobami. Był też Karol, który pamiętał wszystkie pieśni patriotyczne; wspólnie śpiewaliśmy także np. piosenki wrocławskiego kabaretu „Elita”. Ba, otwieraliśmy okno i pieśni niosły się po okolicy.

Były też momenty grozy. Kiedyś usłyszeliśmy  przejazd czołgów, klawisz straszył, że Syberia nas nie minie. Pewnego dnia żona jednego z internowanych, przyniosła informację, że każdego trzynastego we wszystkich więzieniach będzie głodówka. Ale do nas trafiła niepełna wiadomość: okazało się, że wszyscy głodowali jeden dzień, a my aż trzy dni. To była moja pierwsza więzienna głodówka. Raczej nikt się nie wyłamywał, a jeśli już – to po cichu, tak, żeby nic nie można było zauważyć. Na taboretach przed salą wystawialiśmy miski na znak, że nie będziemy jeść. Wtedy też zapanowało dobre poczucie jedności. Można było odczuć wspólny, wewnętrzny spokój, otwarcie na drugiego człowieka. Pasuje tu słowo solidarność.

Do więzienia trafił Jacek Drobny, przyszły prezydent Świdnicy, którego zwinęli odrobinę później. Siedział przez jakiś czas ze mną w celi. W ogóle w całym zakładzie było sporo ruchu – część ludzi wychodziła, nowych wsadzali. Każdy, mniej lub bardziej po cichu liczył na to, że wkrótce wyjdzie. Tęsknota za rodziną mocno doskwierała – zwłaszcza, kiedy człowiek był młody.

W Kamiennej Górze nauczyłem się, że albo zwariuję, albo zaakceptuję to, co tutaj jest. Nie jestem przecież w stanie przebić ani tego muru, ani drzwi od celi. Jedyne, co mogę, to czekać. Oczywiście, była też opcja „przyspieszenia” – pójście na współpracę z esbekami, podpisanie lojalki. Z tego co wiem, kilku moich kolegów ją podpisało – licząc na to, że szybciej wyjdą. Trzecie wyjście to deklaracja chęci wyjazdu na Zachód. Nie chcę tu nikogo osądzać, mówiąc, że jest lepszy lub gorszy – podpisując lojalkę albo wyjeżdżając.

Ktoś nam kiedyś przyniósł na widzenie podziemny numer „Niezależnego słowa” chyba to był Edward Bielaszewski, dostarczył nam je do więzienia.  „Niezależne słowo” . Moja gazeta. Włożyłem w nią całe serce. Spędziłem sporo nocy w redakcji śpiąc na krzesłach. Kiedy zobaczyłem konspiracyjne wydanie „Niezależnego słowa” wiedziałem, że po wyjściu na wolność  będę prowadził dzielność w podziemiu. Po prostu czułem, że tak mam postąpić.  Wiedziałem jakie mogą być konsekwencje tej decyzji. Ale, działalność w konspiracji wydawała mi się naturalną koleją moich dalszych losów.

 ***

[Czy był Pan kiedyś bity przez esbecję?]

Słyszałem raz historię od Jurka Langera, że podczas przesłuchania w Wałbrzychu założono mu maskę na głowę. Kiedy ją ściągnęli, zapytał esbeków, czy się dobrze bawią i wtedy dostał w twarz. Jak byłem  już na wolność, esbecy robili akcje rewizyjne w całej Świdnicy. Zawsze dokładnie czyściłem dom, ale podczas jednego z nalotów znaleźli u mnie jakąś starą ulotkę. Oczywiście, zwinęli mnie, zawieźli na komendę na Jagiellońską. Na miejscu spotkałem nieznajomego chłopaka, który opowiedział mi, że przesłuchanie prowadzą „przyjezdni”, nietutejsi esbecy (co było dosyć częstą praktyką). Powiedział, że podczas przesłuchania dostał w brzuch.

Nie doświadczyłem bicia. Była natomiast przemoc psychiczna; podczas internowania proponowano mi podpisanie lojalki, kiedy odmówiłem, mówili mi, że  jestem złym ojcem, że w domu żona z dziećmi a ja nie chcę wyjść  i opiekować się rodziną..

W Kamiennej Górze wśród kolegów krążyła  opowieść.  Podobno jeden z przesłuchiwanych zapytał, kto będzie widział o podpisanej lojalce. Esbek odpowiedział, że on, komendant wojewódzki i Warszawa. Na co kolega odpowiada, że to o jedną osobę za dużo. O kogo – dopytują esbecy. O mnie – pada odpowiedź.

[Jak wyglądały przesłuchania esbeckie?]

Nie byłem zbyt często przesłuchiwany przez esbeków; łącznie trzy razy. Nie wiem, na czym to polega, ale w moim przypadku nie były ciężkie. Przede wszystkim próbowano wybadać, jak wygląda sytuacja w więzieniu. Pytano mnie, jak czuję się w Kamiennej Górze. Oczywiście, odpowiadałem, że bardzo dobrze, ale mogłoby być lepiej. To byli ludzie, których później nigdy nie spotkałem. Najprawdopodobniej pracowali w Wałbrzychu, nie w Świdnicy. Za każdym razem rozmowa była bardzo jałowa. Ja oczekiwałem od nich tylko jednego – że wręczą mi papier z informacją o wypuszczeniu mnie na wolność. Esbecy lubi z nami pogrywać – przywozili zwolnienia, ale ich nam nie wręczali. Kiedy w trakcie drugiego przesłuchania ponownie zapytali mnie, jak siedzi się w więzieniu, powiedziałem im, że jest kilka wolnych cel – proszę bardzo – mogą sami sprawdzić. Podczas trzeciego próbowali mnie zastraszyć; opowiadali, że stan wojenny może potrwać kilka lat, mogą przewieź   mnie do więzienia o zaostrzonym  rygorze, mogę zrobić wiele rzeczy aby dokumentnie spieprzyć  mi życie, więc lepiej byłoby abym żył z nimi w zgodzie.

 Siedząc w celi, w Kamiennej Górze, dochodziły do nas informacje o działaniach konspiracyjnych. Ważna była świadomość, że podziemie funkcjonuje. Oprócz wiadomości przemycanych przez odwiedzających, mieliśmy także radioodbiornik. Słuchaliśmy przede wszystkim Radia Wolna Europa. Z Jackiem Rydeckim  robiliśmy też gazetkę – biuletyn wewnątrz więzienia. Za mojej „kadencji” w Kamiennej Górze wyszły co najmniej dwa-trzy numery. Zasada była prosta – trzeba to było możliwie ładnie wypisać, a później dawaliśmy gotowy biuletyn do czytania chłopakom.

Choć byliśmy więzieni, to było dosyć niezwykłe miejsce. Traktowano nas inaczej niż pospolitych przestępców. Niecodzienna była też atmosfera wśród współwięźniów. Anie w Strzebielinku, gdzie siedziałem w  szesnastoosobowej celi, ani w Kamiennej Górze gdzie już było znacznie luźniej  nie pojawiały się napięcia między nami.

Przyszedł taki dzień, że ni stąd, ni z owąd – wypuszczono mnie z Kamiennej Góry. „Takiego klienta jak ja wypuściłbym ostatniego” – tego typu myśli przychodziły do mnie, gdy sam rozmyślałem o wolności.  Walczyło się słowem. Ulotki, pisma podziemne. To była wtedy „pierwsza linia frontu” . Wydawało mi się, że   solidarnościowego dziennikarza powinno się więzić do końca stanu wojennego. Jednak stało się inaczej. Antek Matuszkiewicz wyskoczył już miesiąc wcześniej. Zaczęto też wypuszczać ludzi, którzy decydowali się na wyjazd, ale także np. górników. Któregoś dnia kazali i mnie po prostu się spakować. To były okolice kwietnia, jeszcze przed Świętami Wielkanocnymi. Łącznie spędziłem w więzieniu mniej więcej trzy miesiące. Pod koniec było już na tyle luźno, że razem z Jackiem Rydeckim puszczaliśmy wodze fantazji na temat wydostania się z Kamiennej Góry. Ucieczka? To może podkop i łodzią podwodną? Ale było też trochę smutniej; nie było tylu znajomych. Każdy miał swoją celę, jednak kosztem braku towarzystwa. Tym bardziej odczuwalna była tęsknota za wolnością. Poza tym – warunki w więzieniu były okropne:  brudno i śmierdząco, po korytarzach biegały szczury. Znacznie gorzej niż w Strzebielinku, to był Grand Hotel w porównaniu z Kamienną Górą.

Po drodze musiałem przespacerować się z kartą obiegową i udowodnić, że nie zabieram żadnego mienia więziennego z sobą. Udało mi się jednak wynieść jakąś ulotkę, wziąć od kolegi list do jego żony (sam z resztą podobnie prosiłem ludzi, których wypuszczali przede mną, żeby przekazywali listy do mojej żony). Wyszedłem za bramę i nagle zrozumiałem, czym jest wolność. Mogę iść – gdziekolwiek chcę i mogę zrobić – cokolwiek chcę. Wszystko zależy ode mnie.  Chyba po policzku ciekły mi łzy radości. Z Kamiennej Góry trzeba było dostać się do Wałbrzycha, później do Świdnicy. Było już popołudnie, piątek albo sobota. Chciałem wziąć taksówkę, ale nie miałem wystarczająco dużo pieniędzy. Lubiłem  podróżować stopem. Nosiłem wtedy brodę, a wówczas tajemnicą poliszynela było to, że internowani noszą brody. Doszedłem do okolic dworca w Kamiennej Górze i stwierdziłem, że spróbuje pojechać właśnie autostopem. Człowiek, który się zatrzymał, był bardzo szczęśliwy; dopytywał mnie, czy wypuszczają internowanych  z więzienia. Zawiózł mnie do Wałbrzycha, stamtąd pojechałem już autobusem  do Świdnicy. Wszedłem do domu. W środku siedzieli żona i dzieci. Rzuciliśmy się sobie w ramiona. To była jedna z najradośniejszych chwil  w moim życiu. Wszyscy płakaliśmy.

 W  poniedziałek żona poszła do pracy. Po jej wyjściu usłyszałem pukanie do drzwi. Kiedy je otworzyłem, zobaczyłem trzech młodych ludzi. Powiedzieli, że są klerykami; dowiedzieli się, że mieszka tu człowiek internowany i przynieśli paczkę. Powiedziałem im, że wyszedłem już na wolność, oni jednak zostawili pakunek.

Odwiedziłem kilku kolegów i po dwóch-trzech dniach trafiłem do Antka Matuszkiewicza.  Nie zdążyłem dobrze się przywitać gdyby rozległ się  dzwonek do drzwi. Okazało się, że dzwonił Janek  Pełka  szef „Solidarności Nauczycielskiej” w Świdnicy. Wiedział, że Antek jest już wolny, ale nie wiedział, że ja też już wyszedłem. Janek powiedział, że działała w konspiracji. Bez chwili wahania powiedziałem, że wchodzę. Janek przekazał mi pierwsze nazwisko; był to Jacek Sługocki. Tak oto rozpoczęła się moja działalności konspiracyjna.  Zajmowałem się tym, co potrafiłem najlepiej, czyli pisałem. Kiedy zobaczyłem pisma konspiracyjne ukazujące się wówczas w Świdnicy,  znalazłem kilka rzeczy, które mi się nie podobały. W związku z tym, że władza gnębiła i kneblowała społeczeństwo, pismo konspiracyjne było jedyną możliwością odreagowania. Czasami w gazetkach konspiracyjnych pojawiły się nazwiska ludzi „złych”. Ci  ludzie nie mogli przyjść do podziemnej redakcji i prosić o sprostowanie. Wprowadziłem zasadę, że umieszczamy czyjeś nazwisko tylko wtedy, jeżeli mamy niezbite dowody.

Jacek Sługocki, Mietek Sajko, Janek Pełka, Andrzej Patejczuk, śp. Jadwiga Kowalska, Bożena  Łysoń, śp.Krystyna Matuszkiewicz , Staszek  Walczak, śp. Halena Stefanicka, Helena Leusz  to osoby, z którymi najczęściej miałem kontakt w świdnickim solidarnościowym podziemiu. Trzeba też tuj wspomnieć o księżach, którzy nam pomagali, mam na myśli księdza Augustyna  Oleksego i księdza Kazimierza Jandziszaka.

W miarę szybko udało mi się znaleźć kontakt z ludźmi, których poznałem w Gdańsku i w Strzebielinku.  Przez kilka lat podczas na swoich wizyt w Warszawie zatrzymywałem  się u Krzysztofa Czakańskiego, który był redaktorem „Tygodnika wojennego” , częto też spotykałem się z Krzysztofem Wyszkowskim. Z dwa, trzy razy spotkałem się z śp. Tadeuszem Mazowieckim.

Do dziś pamiętam też jedną scenę, jak pewnego dnia przyszła do mojego mieszkania Helena Stefanicka  z „Renifera”. Kiedy ktoś przychodził do mnie, żona robiła nam  herbatę i wychodziła z pokoju.  Helena weszła do mojego pokoju. Poprosiłem ja aby usiadła za stołem, ale ona  rozpięła bluzkę, odsunęła stanik i w tym momencie weszła  żona z tacą na której stały szklanki z herbatą. Helena zamarła na chwilę, następnie wyjęła ze stanika karteczkę  złożoną na czworo i mi ja podała. Szybko poprawiła stanik, zapięła bluzkę i usiadła na krześle. Po chwili wszyscy się serdecznie śmieliśmy.

Z czego się utrzymywałem w tamtym czasie? Jak się okazało, socjalizm ma swoje zalety. Byłem etatowym pracownikiem Solidarności. Po wprowadzeniu stanu wojennego  urząd wojewódzki przejął rolę mojego zakładu pracy. Po wyjściu z wiezienia  rodzina była zaniepokojona stanem mojego zdrowia. Udałem się do jednej z lekarek, która zajmowała się w Świdnicy chorobami płuc. Zbadała mnie i wypisała czternastodniowe zwolnienie. Z tym zwolnieniem pojechałem do urzędu wojewódzkiego. Jednak, tu nie mam pewności, oprócz pieniędzy za czas zwolnienia lekarskiego, dostałem również wypłatę za okres internowania. Po jakimś czasie trafiłem do sanatorium przeciwgruźliczego w Rościszowie. Odczuwałem wyraźnie przychylność lekarzy, którzy z wielką życzliwością pochylali się nad facetem, który był internowany. Kilka miesięcy spędziłem w Rościszowie; na miejscu dogadałem się z dyrektorem, który pozwolił mi na dużą swobodę.  Częściej byłem w domu niż w sanatorium.

Czas chorowania się skończył. W Świdnicy nikt nie chciał przyjąć do pracy człowieka, którym miał zaliczone internowanie, o którym było wiadomo, że przez ponad rok był redaktorem  solidarnościowego tygodnika i swoimi tekstami raczej nie umilał życia władzy ludowej. Zostałem bez środków do życia..

 W związku z tym, że miałem czasu pod dostatkiem, zacząłem pisać m.in. sztuki teatralne, scenariusze telewizyjne, powieść. Po dwóch latach zgarnąłem nawet wyróżnienie w konkursie za sztukę na debiut, ale nie doczekała się ona swojej premiery – cenzura jej nie przepuściła. W podziemiu mogłem wydać, co tylko chciałem. Ale ja się uparłem, że  chcę publikować normalnie. Jeden z moich scenariuszy kupiła później telewizja („Sunia i siostrzyczki”; film ostatecznie nie powstał).

Jednakże, w domu nie było lekko. Kiedy sytuacja zaczęła się robić bardzo trudna,  przyjął mnie do pracy człowiek, który miał mały zakład. Dwie tokarki, kilka prostych ręcznych pras do wyginania uchwytów. Chwała mu, że odważył się przyjąć mnie do pracy. Pensje były minimalne, ale ważne, że były. Pracowaliśmy w piwnicy, marznąc dosyć mocno. Na moją prośbę szef ocieplił ją nieco styropianem. Jednak po dwóch miesiącach urządziłem mu coś na kształt strajku. Poprosiłem go o podwyżkę dla pracowników. Nic z tego nie wyszło i ku przerażeniu rodziny – zwolniłem się. Na szczęście po jakimś czasie Lubek Schmid zatrudnił mnie w Gminnym Ośrodku Kultury.

Moja powieś pt. „Podejrzany, porucznik śmierć”  miała bardzo dobre recenzje „Czytelniku” (wtedy było to najlepsze wydawnictwo w Polsce) ale jednym z opisanych przeze mnie bohaterów był porucznik SB. Powieści nie wydano z powodów cenzury. Poszedłem więc do Wydawnictwa Dolnośląskiego (jesteśmy mniej więcej w 1986 roku; „Solidarność” zaczyna pomału wychodzić na powierzchnię). Tam powiedzieli mi, że napisałem genialną rzecz; wydadzą ją, wystarczy, że wprowadzę drobne poprawki. Zapytałem co będzie jak oddam poprawiony tekst. Odpowiedziano mi, że skierują  publikację na tzw. „szybką ścieżkę druku”. Kiedy zapytałem, co to oznacza, dowiedziałem się, że mogą wydać moją powieść  tak osiem lat.  Zabrałem maszynopisy i wyszedłem.  Wtedy byłem przekonany, ze raz  na zawsze skończyłem z pisaniem.

Później zacząłem pracować w spółdzielni mieszkaniowej. Przy klubie zajmowałem się kulturą. Nadeszły w końcu czasy Okrągłego Stołu i zaczął się zupełnie nowy etap.

***

[Czy był pan nękany przez esbecję?]

Po wyjściu z internowania  musiałem zameldować się na komendzie wojewódzkiej (nie miejskiej, ponieważ oficjalnie pracowałem w Wałbrzychu). Podczas przesłuchania sugerowano,  że w każdej chwili mogę stać się „ich przyjacielem”, że na takich ludziach jak ja bardzo im zależy. Odpowiedziałem jak zwykle, że nie ma mowy o współpracy. Kilka razy udzielałem takiej odpowiedzi i zawsze było to jakieś takie naturalne. Bez wysiłku, tak jakbym miał do czynienie z jakimś komiwojażerem, który proponuje mi jakieś nędzny towar, a nie z ludźmi z aparatu przemocy, którzy mogą zrobić ze mną co chcą.  Esbecy,  którzy prowadzili wtedy  ze mną rozmowę ostrzegali   żebym nawet nie myślał o wchodzeniu w konspirację, bo jestem już całkowicie rozpracowany. Sugerowali   że jako człowiek piszący, a więc i myślący, doskonale powinienem wiedzieć, że wszelki opór jest bezsensowny. Miałem świadomość, że esbecy są zdolni do wszystkiego. Zawsze mogą np. sfabrykować dowody, podrzucić mi jakiś materiał.

Oczywiście, kiedy działałem w podziemiu, bałem się. Przed stanem wojennym legalnie zakupiłem maszynę do pisania „Łucznik”. Po grudniu ’81 posiadanie takiego sprzętu chyba było nielegalne. Podczas jednej z rewizji, już po wprowadzaniu stanu wojennego, esbecy weszli do mojego domu, a maszyna do pisania stała na stole.  Gęby im się rozpromieniły – możemy zamknąć faceta! Jednak dzięki temu, że pisałem do  teatrów – i co jakiś czas otrzymywałem odpowiedzi. Pismo z teatru, w którym dziękowano mi za przesłanie sztuki   pt „Przyszliśmy po pana, panie S.” uratowało mi maszynę do pisania. Jeden z robiących rewizje stwierdził, że nie zabiorą maszyny ponieważ jest źródłem zarobkowania. Bardzo mądrze to brzmiało – w przyszłości korzystałem z tego stwierdzenia.

Życie w konspiracji to była rosyjska ruletka. Ciągły strach. W każdej chwili i mogą przyjść po mnie. Każde że pukanie  do drzwi – to mogą być ONI. A czasami działało się wbrew zdrowemu rozsądkowi. Na przykład okazało się, ze aresztowali drukarza. Trzeba przygotować numer do druku. Nie było wyjścia. Wkręcałem w swoim mieszkaniu w maszynę matryce i pisałem. Gdyby wtedy przyszli – trzy lata mam zagwarantowane.  ONI mogli przyjść zawsze. Mogli aresztować  kogoś z moich kolegów i wystarczyło aby ktoś nie wytrzymał przesłuchania. Teraz, kiedy minęły lata, myślę, że miałem  sporo szczęścia. Miałem  dobrych kolegów, kiedy przyszedł czas próby prostu mnie nie wydali.

Jedyna „wpadka” miała miejsce podczas jednej z rewizji, kiedy znaleziono u mnie starą ulotkę. Wtedy też mnie zwinęli. Jednak podczas przesłuchania zgodnie z prawdą mówiłem, że ulotkę dostałem od pana Janka Pełki, który wówczas przebywał już w Stanach. .

***

[Jak stan wojenny wpłynął na pańskie życie?]

Zabrano mi kilka lat życia. Życie w wiezieniu, życie w konspiracji wyniszcza. Można się przyzwyczaić do wszystkiego ,ale gdzieś tam z tylu głowy tyka mała bomba ze strachem. I odzywa się  najmniej niespodziewanych chwilach. Co będzie jak mnie mocniej przycisną podczas przesłuchania? Wytrzymam? Co będzie jak przyjdą juro rano? Na pewno dobrze wyczyściłem  czcionki maszyny do pisania? Nie ma tam śladów matrycy? Może warto wstać i sprawdzić?. Co z tego, ze jest trzecia nad ranem? … To tylko jeden z przykładów. A co się myśli jadąc  do Warszawy gdy wiezie się konspiracyjne materiały. Raz to są artykuły, innym razem kasata z wywiadami. Przez Ileś godzin ma się przy sobie materiał za który można dostać kilka lat pierdla . I trzeba się zachowywać  spokojnie, jak gdyby nigdy nic …

W stanie wojennym trzeba było mieć dobrą pamięć – do zapamiętania było sporo haseł, numerów telefonów, itp. Nie można tego zapisać – trzeba od razu zapamiętać. Jako brydżysta  nie miałem z tym trudności, ale kiedy nastała już wolność, na jakiś czas mój mózg się zbuntował i prawie na dwa lata odmówił zapamiętywania czegokolwiek. Zapamiętanie prostego numeru telefonu graniczyło z cudem.

Do życia ze „stanem wojennym w świadomości” można się oczywiście przyzwyczaić. Ale – kiedy przychodzi chwila na rozmyślanie; obserwację np. dzieci na placu zabaw, pojawia się refleksja, że moje nie mogą bawić się tak spokojnie i beztrosko. Moja żona powinna być wzięta żywcem do nieba. Stan wojenny i lat późniejsze  to najtrudniejsze dla nas czas. Teresa miała świadomość, że mogą  mnie zamknąć. Mało tego.  Prawie przez dwa lata sama utrzymywała dom. Ja nie przynosiłem ani grosza bo nie chciano przyjąć  mnie do pracy. Przez te lata nie usłyszałem od Teresy  ani jednego złego słowa. Nigdy nie narzekała. Mało tego, jak mogła – tak mi pomagała. Ani razu się nie poskarżyła, że jej ciężko. Może dlatego było mi tak łatwo bo miałem oparcie w Teresie. Ona była ostoją domu. Dostałem od życia świętą kobietę. Dzięki niej mogłem robić to, co uważałem za słuszne.

***

[Jak stan wojenny przeżyły; jak reagowały na niego pańskie dzieci?]

Moja córka, w piątej klasie szkoły podstawowej, napisała wypracowanie, dla którego tematem przewodnim miało być pytanie „Czy w życiu jest jak w bajkach – zawsze dobro zwycięża nad złem?”. Sama z siebie, bez niczyjej podpowiedzi napisała, że nie zawsze tak jest, bo tato nie zrobił nic złego, a trafił do więzienia. Syn Michał szybko odkrył w sobie szachową pasję. Pomagałem mu ją zrealizować.  Może moje dzieci mogłyby mieć lepsze dzieciństwo, ale nie wydaje mi się, żeby w związku z całą sytuacją aż tak bardzo cierpiały. W domu było całkiem normalnie – nie rozmawialiśmy na temat konspiracji czy polityki. Nie było napięć. Było zrozumienie. Raz jeszcze o tym powiem. Moja żona Teresa uczyniła z naszego domu taką małą twierdzę spokoju. Trafiła mi się najlepsza żona na świecie. Raz jeszcze za to dziękuję .