Strona główna 0_Slider Wojciech Murdzek: Z drużyną PiS-u mu po drodze

Wojciech Murdzek: Z drużyną PiS-u mu po drodze [cz. II]

12

Były prezydent Świdnicy od listopada 2015 roku zasiada w ławach poselskich i  należy do klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości. W obszernym wywiadzie dla Swidnica24.pl komentuje najważniejsze wydarzenia w Polsce. W drugiej części padają odpowiedzi na pytania zawiązane z działaniami posła dla Świdnicy i o współpracę z obecnymi władzami miasta. Rozmawia Agnieszka Szymkiewicz.

Przeczytaj pierwsza część wywiadu TU.

WOJCIECH MURDZEK - 02.08.2016 - (1)Zdjęcie Anna Pawłowska

– Czy zamierza pan wstąpić do partii?

– Nie, na razie nic się nie zmieniło. Jednak generalnie nigdy się nie zarzekałem, że nie wejdę na ścieżkę przynależności partyjnej.

– Jeśli jednak zmieni pan zdanie, to z jaką partią się pan zwiąże?

– Współpracujemy z Polską Razem i Jarosławem Gowinem. Zobaczymy jak będzie, jeśli będzie taka potrzeba, to nie wykluczam udziału.

W wyborach do sejmu poparła pana Anna Zalewska, obecna minister edukacji narodowej. Pani minister jest autorką projektu zmiany systemu oświaty, a raczej powrotu do starych rozwiązań, czyli 8-klasowej podstawówki i 4-letniego liceum. Co pan o tym sądzi? Był pan przez wiele lat samorządowcem, wdrażał pan poprzednią zmianę systemu, która powołała do życia gimnazja.

– Pomysł, żeby coś zrobić z systemem oświaty jest koniecznością, bo wszyscy widzimy, że nie ma pełnej satysfakcji ani po stronie rodziców, ani nauczycieli, ani dzieci. Już po pierwszym roku funkcjonowania gimnazjów oczekiwałem rzetelnej oceny tego systemu kształcenia, ale lata mijały, a ze strony rządu, ministerstwa ani środowiska nauczycielskiego nie było rzetelnej debaty i oceny gimnazjów. Taka rzetelna dyskusja być może spowodowałaby, że pojawiłyby się pomysły na korektę, modyfikację, które by ten system poprawiały czy optymalizowały. Jako rodzic dziecka, które już przez gimnazjum przeszło oraz aktualnego gimnazjalisty, widzę mankamenty w systemie zwłaszcza wychowawczym. W bardzo trudnym okresie dojrzewania następuje przejście z dobrze znanego środowiska szkoły podstawowej do gimnazjum. Jako rodzic, bardziej niż prezydent czy poseł, nie byłem i nie jestem zadowolony z takiego systemu. Oczywiście w momencie, gdy zaczęła się dyskusja o reformie, nastąpiło to, czego mi brakowało, czyli odezwali się dyrektorzy bardzo porządnie prowadzonych gimnazjów, odezwali się nauczyciele, którzy wiedzieli co z tą młodzieżą gimnazjalną zrobić. Pozytywnych przykładów jest wiele i nie można ich zanegować. Rozumiem, że jeśli ktoś z pasją i efektami prowadził szkołę i teraz słyszy, że ma być reforma, to pewnie pojawia się znak zapytania czy żal. Natomiast generalnie, jako rodzic i po rozmowach z innymi rodzicami mam przekonanie, że ten system nie mógł być zostawiony bez korekty. Jak pani pamięta, jeszcze jako prezydent podejmowałem próby, by zachować ciągłość kształcenia i stworzyć system stabilnego prowadzenia młodych ludzi przez to samo grono pedagogiczne (Wojciech Murdzek proponował przejęcie najpierw jednego liceum od powiatu i otworzenie zespołu złożonego z gimnazjum i liceum, z dalszą możliwością włączania do podobnych działań kolejnych szkół, przyp. red.). To się nie udało.

Czy pana zdaniem propozycja minister Zalewskiej jest optymalna? I jak sobie z wprowadzeniem nowego systemu poradzą samorządowcy?

– Pamiętam, jak przejmowaliśmy oświatę dawno, dawno temu. Myślę, że samorządowcy są takim środowiskiem, które jest tak mocno zahartowane, że nie ma takiej reformy i nie ma takiej dziedziny, z którą by sobie nie poradzili. Jest natomiast pytanie, jak szybko i jakim kosztem. Jak uszanować to, co było dobrym dorobkiem obecnego systemu, jak stworzyć przestrzeń dla najlepszych nauczycieli? Dla mnie najważniejsza jest kwestia  nauczycieli, a na drugim miejscu stawiam system.

A pieniądze? Często pan jako prezydent Świdnicy podkreślał, że nakładane są obowiązki, a nie idą za tym wystarczające środki. Wciąż mówimy o projekcie nowego systemu oświaty, ale już teraz stawiane są i te pytania.

– To jeszcze daleka droga.

– Niezupełnie daleka, minister mówi o roku szkolnym 2017/18. Czy myśli pan, że będą pieniądze?

– Będą. Dyskusja trwa, a ponadto deklaracja, którą wszyscy słyszeliśmy, czyli nie zmniejszy się subwencja, a przecież demografia pokazuje, że liczba uczniów stale się zmniejsza. Gdyby mniejsza liczba uczniów miała oznaczać mniejszą subwencję, pewnie minister finansów wiedziałby natychmiast, co zrobić z tą górką. No ale zostawienie tej subwencji przy zmniejszającej się liczbie uczniów jest wzmocnieniem finansowym. Jasne, że jest to daleko nie na miarę takich ambitnych samorządów jak Świdnica i powiat świdnicki, gdzie przecież dokładaliśmy wielkie, wielkie pieniądze. To są jednak suwerenne decyzje samorządów. W naszym nigdy nie było dyskusji nad tym, czy dokładać, czy nie, bo przecież w mieście jest mnóstwo innych potrzeb. Była zgoda ponad podziałami politycznymi i na oświatę nikt nie żałował. Mam nadzieję, że praktyczny dialog będzie trwał, pani minister nadal będzie się spotykała z wieloma osobami i rozmawiała o planowanych zmianach. Na pewno te pomysły globalne będą dopracowywanie i będzie przestrzeń na korekty, bo przecież nie jest tak, że można ex katedra wygenerować ideał, trzeba stawiać na dialog i korekty.

– Gdyby ten samorząd najbliższy panu, czyli świdnicki, potrzebował pana pomocy, to udzieliłby jej pan?

– Reaguję na każde prośby we wszystkich dziedzinach i przez te parę miesięcy z różnymi samorządami z naszego terenu współpracowałem i na tyle, na ile mogłem być pomocny, to jasne, że się angażowałem. Pierwsze miesiące były bardzo intensywne, ale to nie znaczy, że chciałbym się wpisać do scenariusza, który kiedyś sam obserwowałem: samorządowcy idący do parlamentu o samorządzie zapominają. Każdy sygnał, każdy temat od samorządów lokalnych traktuję z pełną powagą.

Nie tylko dla samorządów, ale dla wszystkich, poczynając od przedsiębiorców, na zwykłych mieszkańcach kończąc, ważna jest kwestia ogromnej biurokracji i masy nieżyciowych przepisów. Rozpoczął pan pracę jako szef Nadzwyczajnej Komisji Sejmowej ds. Deregulacji. Podczas pierwszego posiedzenia mówił pan, że macie nieograniczone pole do popisu, ale biorąc pod uwagę choćby doświadczenia poprzednich komisji, które miały walczyć z biurokracją i zbędnymi przepisami, nic odczuwalnego dla Polaków (może poza krytykowaną deregulacją zawodów) się nie wydarzyło. Czy pana komisja jest przygotowana? Czy dysponuje konkretnymi badaniami, opracowaniami, analizami, co tak naprawdę szwankuje i co trzeba zmienić? Czy komisja wie, za co się bierze?

– Na pewno bierze się za olbrzymi obszar. Poprzednia kadencja Sejmu to rzeczywiście komisja, która wprost była powołana do deregulacji zawodów i tylko z tym się kojarzy. Natomiast przygotowując zakres działań obecnej komisji starałem się, by był on jak najszerszy. Opracowań gotowych nie ma; takich, że otwieramy książkę i kartka po kartce zabieramy się do deregulacji. Dobrze przygotowanym środowiskiem, wiedzącym, co przeszkadza, jest środowisko gospodarcze, które ma przekonanie, jakie przepisy najbardziej dokuczają, jakie dają przestrzeń do niekoniecznie korzystnych interpretacji, jaka jest ilość kontroli itp. Te tematy środowisko gospodarcze ma pospisywane i gotowe, stąd podjąłem inicjatywę, żeby zaprosić do ścisłej współpracy przedsiębiorców. Ciekawa będzie współpraca z ministerstwami, bo legislacja przygotowywana przez komisję deregulacyjną idzie szybszą ścieżką i być może będzie podobnie jak w VI kadencji Sejmu, gdy niektóre projekty ustaw powstawały przy udziale komisji. Zwróciłem się także do wszystkich korporacji samorządowych i do wielu instytucji, w świat poszły dziesiątki zaproszeń. Liczę na aktywność wszystkich środowisk i wspólne wyłapywanie przeszkód oraz absurdów. Później będziemy szukać konkretnych rozwiązań.

– Będą konkretne rezultaty? Wierzy pan w to?

– Jakbym nie wierzył, to nie zgodziłbym się na udział w tej komisji.

Zmniejszy się armia urzędników?

– Może się tak zdarzyć, natomiast to jest bardzo czuły punkt. Premier Morawiecki powiedział: gdy urzędnikowi, obojętnie z jakiego urzędu, zabiera się papiery, to u urzędnika włącza się sygnał ostrzegawczy – skoro zabierają mi papiery, to może za chwilę mi biurko zabiorą! I pewnie to jest siła napędowa biurokracji.

– Pzrecież to nie urzędnicy ustanawiają prawo, tylko parlament.

– Mamy projekty rządowe i na komisjach często obecni są urzędnicy. Trzeba czasem  mocno się spierać, żeby urzędnikowi wytłumaczyć, że życie może być prostsze, a prawo nie musi być pisane skomplikowanym językiem. To nie jest „bułka z masłem” i potrzeba sporej determinacji, żeby urzędników przekonać.

Może zacząć od ministerstw? Pan rozpoczyna walkę z biurokracją, a tymczasem przybyły cztery nowe ministerstwa.

– Nie kwestia liczby jest ważna, a kwestia przyzwyczajeń. Często słyszymy od obsługujących komisje osób: państwo się zmieniają,  a ten pan, ta pani (urzędnik, przyp. red.), zawsze tu przychodzili. Jeśli ktoś od lat pełni funkcję w ministerstwie, to na pewno jest profesjonalistą, ale wzrasta ryzyko rutyny.

– Przejrzałam pana wystąpienia i interpelacje. Nie zauważyłam wśród nich żadnej w sprawach lokalnych, dotyczących Świdnicy czy powiatu. Praca parlamentarzysty to przede wszystkim legislacja, ale wyborcy czekają również na działania w ważnych dla nich sprawach. Przypomnę obwodnicę Świdnicy i kwestię ratowania świdnickiej katedry.

– Droga oficjalna to ostateczność, kiedy skutku nie przynoszą rozmowy. Te tematy na pewno są ważne. W dalszym ciągu z panią minister Anną Zalewską próbujemy przekonać ministra Adamczyka do ważnych inwestycji drogowych jak świdnicka obwodnica, drogi S3, S8, konieczna była również interwencja w sprawie obwodnicy Kłodzka. Rozmowy są prowadzone właśnie w takim wymiarze, bez oficjalnych, trochę na pokaz, wystąpień. Natomiast jeśli chodzi o katedrę, to mam nadzieję, że w przeciągu 2 tygodni będzie podpisana lista uzupełniająca, rekomendująca zabytki na listę prezydencką (do której aspiruje katedra, przyp. red.). To jest niezwykle ważne, bo w każdym projekcie oznacza to dodatkowe punkty. W tej kwestii trzeba trzymać rękę na pulsie. Są też rozmowy dotyczące kolei. Nie jest tak, że zupełnie przypadkowo znalazło się przejście z listy rezerwowej na podstawową (mowa o remoncie linii Świdnica-Jaworzyna oraz Wrocław-Sobótka-Świdnica-Jedlina). Nie ujmując nikomu zasług, ale na pewno istotne jest, by cały czas odnawiać wiedzę o tym, jak ważne są to projekty, o co się staram. Wśród innych spraw są m.in. spotkania z celnikami w związku ze zmianami w prawie. Są także spotkania z przedsiębiorcami, bardzo pokrzywdzonymi w tzw. aferze outsourcingowej. Dla niektórych to jest walka o przetrwanie. Zaangażowałem się też w prace podkomisji, która próbuje znaleźć rozwiązanie tego tematu. A cała sprawa zaczęła się od sygnału lokalnego. Ponadto angażuję się w kwestie związane z ochroną środowiska, z zabytkami z całego regionu.

– Nawiązując do pana aktywności. W samej Świdnicy jest ona bardzo skromna. Poza uroczystościami o charakterze religijnym lub związanymi z wyjątkowo ważnymi wydarzeniami, nie widać pana.

– Był taki okres, że nie pojawiały się zaproszenia z Urzędu Miasta, nie chcę tego komentować. Nastąpiła też skokowa zmiana w liczbie zaproszeń, które niegdyś jako prezydent otrzymywałem od kolegów i koleżanek z sąsiednich samorządów. Nie przyjąłem stylu nachalnego wpraszania się, po to, by zaistnieć.

Ale też niewiele pan inicjuje tutaj na miejscu, nawet biura nie pokazał pan oficjalnie…

– Otwarcie bez otwarcia było. Tak jak rozdawałem ulotki wyborcze swego czasu, tak wziąłem  pakiety ulotek informujących o biurze i rozdawałem je na targu, na ulicach miasta, na Rynku. Nie chodzi o to, by obracać się w gronie politycznym, tylko by przekaz dotarł do ludzi. Ileś osób do biura dociera. Wiele dramatów – a to ZUS, a to mieszkanie, a to komornik – udało się rozwiązać. Nie są to spektakularne rzeczy, ale wiem, jak ważne dla tych poszczególnych osób.

– Przy takim stylu pan pozostanie?

– Pewnie informacje o działalności będą się pojawiały. Faktem jest, że pierwsze miesiące związane były z bardzo intensywną pracą w Warszawie. Był to okres nieprzewidywalny, nigdy nie było wiadomo, kiedy nadejdzie zaproszenie na komisję. W tej chwili wchodzimy w rytm przewidywalny i wróci system: tydzień sejmowy – tydzień pracy w okręgu. Przy okazji: zdarzało się w ostatnim czasie, że więcej miałem zaproszeń z Kotliny Kłodzkiej niż ze Świdnicy. Są sygnały, że to się powoli zmienia. Z ogromną radością przyjąłem zaproszenie na otwarcie II turnusu Miasta Dzieci. Cieszę się, że wydarzenia, które z determinacją inicjowałem, są kontynuowane, rozwijają się.

– Czy to jest jaskółka zapowiadająca współpracę z prezydent Beatą Moskal-Słaniewską?

–  Zawsze mówiłem o współpracy i nic się nie zmieniło, ta deklaracja jest cały czas aktualna. Działania dla dobra Świdnicy, świdniczan – w tej kwestii zmiany nie ma. Natomiast myślę, że okazji powinno przybywać.