Strona główna Bez kategorii Lokatorzy kontra urzędnicy

Lokatorzy kontra urzędnicy

47

Mimo że przez ponad 30 lat sumiennie płacili rachunki i dbali o swoje mieszkanie, o mało nie wylądowali na bruku. Bogumiła i Janusz Głąbiakowie ze Świdnicy oskarżają władze miasta, urzędników miejskich i Miejski Zarząd Nieruchomości o szykanowanie. Miasto i MZN odpierają zarzuty, twierdząc, że to lokatorzy stanowią zagrożenie.W tle jest wspólny przedpokój i rura, zwana szlągiem.

Bogumiła i Janusz Głąbiak

Bogumiła i Janusz Głąbiakowie są oburzeni działaniami Urzędu Miejskiego i Miejskiego Zarządu Nieruchomości.

Przy ulicy Chrobrego 3/7 zamieszkali 34 lata temu. – Miało być na chwilę, bo zbierałam pieniądze na książeczce mieszkaniowej i czekałam na własne M – wspomina Bogumiła Głąbiak. – Dwa pokoje z kuchnią przydzielił mi zakład pracy, nieistniejąca dziś Dolnośląska Fabryka Mebli. W latach 90-tych cały budynek przeszedł na własność miasta, a ja już wiedziałam, że z moich marzeń o własnym lokalu nic nie będzie. Wtedy z mężem postanowiliśmy mieszkanie przy Chrobrego wykupić. No i przez lata nie mieliśmy na to szans. Szokiem dla nas stała się sprzedaż pokoju sąsiadowi. Wtedy zaczęła się nasza gehenna, która prawie skończyła się eksmisją. A szykanom nie ma końca.

Tuż po wojnie niezniszczona Świdnica była rajem dla polskich osiedleńców. W opuszczanych przez Niemców mieszkaniach można było przebierać. Jednak wkrótce, wraz z rozwojem przemysłu i napływem nowych ludzi, zrobiło się ciasno. Olbrzymie mieszkania zaczęto dzielić i tak po dwie, trzy rodziny musiały radzić sobie z życiem przy wspólnym przedpokoju, kuchni czy łazience. Lata mijają, a ten podział pozostał. Tak jest w przypadku państwa Głąbiaków. 130-metrowe mieszkanie dzielą z sąsiadem. Przez lata żyli w harmonii. – Choć zawsze ten wspólny przedpokój był zmorą – przyznaje pani Bogumiła. – Nigdy nie mogliśmy się czuć swobodnie, zawsze drzwi do pokojów i kuchni zamykaliśmy na zamek. Najprościej byłoby się wyprowadzić, ale dokąd? Nie stać nas! Chcieliśmy więc choćby wykupić swoją część mieszkania i zainwestować w nie, choć i tak stale przeprowadzamy remonty.

Kiedy zaczęli dopytywać o możliwość kupna, usłyszeli od urzędników, że w przypadku wspólnego przedpokoju konieczna jest zgoda obu najemców. Tę kwestię reguluje ustawa o sprzedaży mieszkań lokatorskich. – Sąsiad nie był zainteresowany. Kiedy więc nagle dowiedzieliśmy się, że w 2009 on został właścicielem swojej części, przecieraliśmy oczy ze zdumienia – mówi pani Głąbiak. – Jak to, nas tyle lat odsyłano z kwitkiem, a tu nagle doszło do transakcji? Bez pytania nas o zgodę? Bez oferty dla nas? I jeszcze z zarzutem, że byliśmy za granicą, kiedy doszło do transakcji! To nieprawda!

Zarzuty o ukrywanie możliwości sprzedaży odpiera Arkadiusz Sobczak, dyrektor departamentu mienia komunalnego w Urzędzie Miejskim. – Lokal  Chrobrego 3/6-7 zajmowany przez Państwa Głąbiak i Pana M. stanowi konstrukcyjną całość i w całości spełnia wymóg samodzielności.  Posiada jedną księgę wieczystą i Pan M. nabył udział w tym lokalu. Państwo Głąbiak mogli, jak wielu innych mieszkańców nabyć swoją część na takich samych zasadach – przekonuje. – Informacja o takiej możliwości nie była żadna tajemnicą. Państwo Głąbiak jak i wszyscy ich sąsiedzi  byli zaproszeni na spotkanie w tej sprawie pismem z dnia 12.01.2006. Spotkanie odbyło się 18.01.2006r.  Pierwszego wyodrębnienia własności lokalu i założenia dla niego księgi wieczystej umożliwiającego sprzedaż udziału Miasto dokonało  31.08.2005r. Trudno chyba stwierdzić, że byli w czymkolwiek pomijani zwłaszcza, że wcześniej na bieżąco informowani byli o warunkach sprzedaży (pismami z 10.04.2001 i 17.09.2004, choć wtedy jeszcze nie było możliwości kupna udziału  tzn. że do kupna musieli przystąpić równocześnie oboje najemcy).

Państwo Głąbiakowie nie tylko byli oburzeni sprzedażą części mieszkania sąsiadowi. – To powinien być samodzielny lokal, a tymczasem w naszej kuchni został szląg, rura odprowadzająca spaliny z pieca centralnego ogrzewania sąsiada. Zażądaliśmy jej usunięcia. Przez tę rurę od lat nie możemy założyć żadnego ogrzewania w kuchni i łazience. Skoro lokal ma prywatnego właściciela, to niech on sam zatroszczy się o swoje ogrzewanie, nie naszym kosztem! – mówi pani Bogumiła. – Po kategorycznych odmowach MZN-u sprawę rury złożyliśmy do sądu. I wtedy zaczęły się szykany, które omal się dla nas nie skończyły eksmisją.

szląg

Szląg, czyli rura, która omal nie doprowadziła do eksmisji.

Szląg był tam od ponad 30-tu lat – tłumaczy Eugeniusz Grzesik, dyrektor MZN-u. – Rura jest takim samym wyposażeniem mieszkania jak choćby instalacja kanalizacyjna czy wodociągowa. Nie można jej usunąć, bo pozbawilibyśmy pana M. ogrzewania. W jego części mieszkania nie ma żadnej innej możliwości wpięcia się do przewodów kominowych.

– Nieprawda – odparowują państwo Głąbiakowie. – W pokoju pana M. był kiedyś normalny piec kaflowy i tam jest komin. Na własny koszt wynajęliśmy fachowca, by ocenił, czy można się wpiąć do tego komina. I mamy pismo, że można. Poza tym w oficjalnych dokumentach nie ma mowy o tym, że pan M. w ogóle ma ogrzewanie co!

– Nie można nic zmienić, bo wszystkie przewody kominowe są zajęte przez piece z oficyny! – odpowiada dyrektor MZN-u. – Nic na to nie poradzimy, że kilkadziesiąt lat temu każdy na własną rękę robił przeróbki, jakie chciał. Państwo Głąbiakowie też mają ogrzewanie co, którego formalnie nie ma. Musimy poruszać się w takim stanie, jaki jest. A szląg z pieca pana M. wymaga natychmiastowej wymiany, bo zagraża zdrowiu i życiu państwa Głabiaków. Od trzech lat nie możemy rury wymienić, bo oni się na to nie zgadzają.

I ów szląg omal nie doprowadził do eksmisji państwa Głąbiaków. Po wielu nieudanych próbach wymiany rury (nawet w asyście policji i straży miejskiej) miasto wypowiedziało najem lokalu, a wreszcie skierowało do sądu wniosek o eksmisję bez zapewnienia mieszkania tymczasowego z powodu stwarzanego przez lokatorów zagrożenia. Sprawa oparła się nawet o Sąd Najwyższy. Ostatecznie Sąd Okręgowy w Świdnicy w kwietniu tego roku oddalił w całości powództwo miasta, choć w uzasadnieniu czytamy, że zagrożenie jest. – To jest skrajne szykanowanie porządnych obywateli – oburzenia nie kryją państwo Głąbiakowie. – Miasto i urzędnicy tak się zapiekli w złości na nas, że chcą się nas pozbyć za wszelką cenę, a przecież przez lata sumiennie płaciliśmy i nikomu nie wadziliśmy. Nadal chcemy wykupić naszą część mieszkania, już w 2011 roku złożyliśmy wniosek. Ale na pozostawienie rury się nie zgodzimy!

Efekt jest taki, że pan M. od trzech lat nie używa ogrzewania co, a MZN doprowadził do jego części mieszkania dodatkową linię energetyczną i opłaca rachunki za ogrzewanie elektryczne. Jak zapowiada dyrektor Grzesik, jeśli państwo Głąbiakowie przegrają w sądzie sprawę o usunięcie rury, będą musieli MZN-owi zwrócić pieniądze.

Na tym nie koniec konfliktu. – W ostatnich dniach otrzymaliśmy z MZN-u pismo z zakazem korzystania z urządzeń gazowych w kuchni i z pieca. Powód? Niewłaściwe wpięcie do przewodów wentylacyjnych i kominowych – żalą się państwo Głabiakowie. – Czyli mamy nie gotować i nie grzać. No jak to? Przecież te instalacje są tak wpięte od dziesiątek lat! Nagle są złe? I jak mamy nie mówić o szykanach?

– Te nieprawidłowości kominiarze stwierdzali już od lat – przekonuje dyrektor Grzesik i pokazuje na dowód protokoły z 2013 i 2014 roku. Wcześniejszych protokołów już nie ma. – To nie jest tak, że chcemy się zemścić. Po prostu dbamy o bezpieczeństwo państwa Głąbiaków.

Sytuacja jest patowa i na razie bez rozwiązania. Jak informuje Arkadiusz Sobczak, dotychczas w Świdnicy z powodzeniem udało się doprowadzić do sprzedaży części mieszkań ze wspólnym przedpokojem w około 30-tu przypadkach.

asz