Ludzie z pasją: Norbert Karwowski

    7

    Niedźwiedź polarny potrafi się rozpędzić do 40km/h.  Widział takiego miśka z bardzo niedużej odległości, ale postanowił nie sprawdzać jego „osiągów”. Krokodylowi natomiast bez wahania uścisnął łapę. – Ech, nie ma o czym mówić, akurat był po śniadaniu – śmieje się Norbert Karwowski. Od roku do dzikich zwierząt, egzotycznych miejsc i ludzi dociera jachtem, który kupił wraz z dwójką przyjaciół. – Świat mi się otworzył –  pokazuje zdjęcia z lodowcami w tle i z afrykańskimi portami. – Moje marzenia nie mają już granic.


    Urodzony w 1975 roku świdniczanin, absolwent Akademii Ekonomicznej i wydziału prawa na Uniwersytecie Wrocławskim, członek Świdnickiego Klubu Żeglarskiego QBRYG. Przygodę z żeglarstwem rozpoczął na jeziorze w Olejnicy. – Wtedy  zrodziła się myśl, że pływanie to świetna sprawa, więc może warto pojechać na obóz żeglarski – wspomina ten pierwszy moment. Obozy żeglarskie były praktycznie co roku, a pod koniec nauki w podstawówce Norbert miał już w garści patent. Wakacje bez wody przestały wchodzić w rachubę. Najpierw były   małe  jeziora, potem Mazury, Bałtyk aż przyszedł czas na znacznie odleglejsze morza i oceany. Oprócz żeglarstwa także podróże lądowe  stały się kluczem do świata. – Połączyłem żeglarstwo z podróżami po Ameryce Południowej, a kraj, do którego zawsze chciałbym wracać, to Argentyna.

    W pierwszy rejs popłynął do Szwecji, Danii i  Niemiec. To było zderzenie z kolorowym światem. – Nigdy nie byłem zwolennikiem ciągłego siedzenia na jachcie. On pozwala dotrzeć do miejsc, do których inaczej nie da się dostać, często bardzo odludnych i nieskażonych cywilizacją, czasem niezwykle barwnych. Pływanie po morzach wzmagało apetyt, by zobaczyć coraz więcej i więcej. Zawsze gdzieś z tyłu głowy miałem marzenie o własnym jachcie, ale nie sądziłem, że tak szybko nadarzy się okazja, by je zrealizować. Okazało się, że podobne marzenie ma dwoje moich wspólników, Lucyna Pleśniar i Jerzy Kosz. Wspólnie znaleźliśmy interesującą nas jednostkę, która stała w Norfolk w USA. Gdy już udało nam się kupilć S/Y Spirit One, wybraliśmy się w dziewiczy rejs  przez Nowy Jork, Halifax w  Kanadzie do Anglii, w końcu dopłynęliśmy do Polski. Początkowo chcieliśmy zmienić nazwę na „żeńską”, bo taka podobno przynosi szczęście, lecz po kilku dniach spędzonych na pokładzie, stwierdziliśmy, że Spirit – czyli Duch, ma w sobie dobrą karmę i nie należy tego ruszać. W nazwie miał być po prostu Spirit, ale okazało się, że jest już zarezerwowana dla małej łódki, pływającej gdzieś po Mazurach, stąd dodatek „one”.


    SPIRIT to Kanter-Benford 65 aluminiowy slup do żeglugi oceanicznej. Został zaprojektowany jako 65 stopowy  Pilothouse na bazie projektu Kanter 65 przez Jay Benforda – znanego amerykańskiego projektanta, założyciela Benford Design Group . Jacht został wykonany w Kanadzie przez Kanter Yachts, należącego do najbardziej uznanych budowniczych jachtów z aluminium – fachowy opis czytamy na oficjalnej stronie S/Y Spirit One. (www.spiritone.pl) Dla niewtajemniczonych – to piękny, komfortowy jacht, który bez trudu radzi sobie i na zimnych, i na gorących morzach.

    Pływali najpierw po Morzu Bałtyckim, a później było  Morze Północne, Norweskie, Barentsa i Atlantyk. – Wybieramy też kierunki na południe, bo od czasu do czasu trzeba się wygrzać pod palmą – uzupełnia Norbert. – W lecie nasza łódź pływa na północ – Spitzbergen, Norwegia, Islandia, w tym roku celem jest Grenlandia. Zimą jednak tam nie można się wybierać jachtem, ze względu na sytuację lodową i wówczas obieramy kierunek na południe, Afryka Zachodnia i Wyspy Zielonego Przylądka, żeby przeczekać najgorsze.


    Najchętniej Norbert wybiera wyspy; były już  Islandia, Wyspy Owcze, Bermudy, Galapagos, Azory oraz najciekawsze brytyjskie Falklandy. – Wolę nazwę argentyńską Malviny – dodaje. – Niewielkie kawałki lądu rozsiane po oceanach, gdzie jest zupełnie inaczej niż na stałym lądzie, gdzie ludzie żyją w małych tradycyjnych społecznościach i gdzie nie ma McDonaldsa – tłumaczy. Uwielbia lato na północy. – To mit, że trzeba się nie wiadomo jak grubo ubierać. Temperatura jest zawsze  powyżej zera i czasem można założyć nawet  koszulkę w krótkim rękawem.

    Na Spitzbergenie widział niedźwiedzia polarnego. W Gambii głaskał groźne na ogół krokodyle – A fiordy to po prostu mi z ręki jadły – Norbert nie może podarować sobie żartu. – Spotkania z egzotycznymi dla nas zwierzętami są fascynujące. Równie ciekawe jest poznawanie ludzi z zupełnie innych niż nasza kultur. Bardzo często spotykaliśmy się z ogromną życzliwością, byliśmy tak po prostu zapraszani do domów – wspomina i dodaje, że na szczęście nigdy nie stali się celem piratów.  – Staramy się zawsze przygotować się do każdej wyprawy, dowiedzieć się jak najwięcej o miejscach, do których zmierzamy. A prawdę mówiąc, to przecież okradzionym można być wszędzie, choćby na ulicy czy w każdym z  centrów handlowych.

    W podróż na Spirit One może wybrać się każdy chętny, załoga więc co rejs ma inny skład. Jacht jest bardzo dobrze wyposażony, ma wygodne kajuty, kambuz,  ogrzewanie, klimatyzację, prysznice, a przestrzeń dla 10 osobowej załogi  jak na tej wielkości jachty jest duża. – Każdy, kto decyduje się na rejs z nami, zna warunki i nie zdarzyło się, by doszło do jakichś poważnych zgrzytów. Wszyscy mamy ten sam cel – pływać i oglądać świat. Zimą jacht popłynął pod dowództwem kpt. Jerzego Kosza na wyspy Cabo Verde (Republika Wysp Zielonego Przylądka), od maja do października będzie zmierzał z Teneryfy przez Lizbonę, Dublin, Islandię  do największej na świecie wyspy Grenlandii  /więcej o rejsie na www.spiritone.pl/.

    – Podróż jachtem jest wyzwaniem, w którym wciąż uczymy się czegoś nowego. Za nami pierwszy rok, myślę, że daliśmy radę i jesteśmy gotowi na następne trudy i radości. Robię to, co lubię, bo w życiu trzeba mieć jakąś pasję.  A plany podróży? Nie ma takich miejsc,  w których nie chciałbym być…

    Wysłuchała Agnieszka Szymkiewicz

    Zdjęcia z archiwum Norberta Karwowskiego

    [photospace]