Tkanie życia: Henryk Niedźwiecki

    11

    Przychodzi taki moment w życiu, najczęściej dojrzałym, gdy zaczynamy odczuwać potrzebę sięgania do korzeni. Zaczynamy przeglądać stare fotografie, listy, dokumenty rodzinne. Niezdarnie i z obawą tworzymy drzewa genealogiczne swoich rodów. Na takim etapie jest właśnie bohater dzisiejszego “Tkania życia” – Henryk Niedźwiecki. Do tej pory doszukał się blisko tysiąca siedmiuset krewnych, dalszych i bliższych. A najstarszy, udokumentowany zapis z jego bliskim o nazwisku Gruzdis pochodzi z roku 1798. Nazwisko Niedźwiecki odnotowane jest przy parze Cecylia i Benedykt, prawie jak u bohaterów powieści Elizy Orzeszkowej. Podobieństwo dotyczy także miejsca i czasu historycznego, w którym żyli przodkowie naszego bohatera.

    Na przełomie lat osiemdziesiątych, po pracy w PKS-ie i Polmozbycie, zostaje taksówkarzem. W czasie pierwszej Solidarności współtworzy związki zawodowe i bierze czynny udział w działalności opozycyjnej. W maju 1983 roku zostaje pozbawiony koncesji na uprawianie zawodu i zatrudnia się na najniższej stawce w cukrowni. Gdy zaczynają się zmiany ustrojowe, bierze w nich czynny udział. Zostaje wybrany do pierwszej Rady Miejskiej Świdnicy, a przez pewien okres zasiada także w zarządzie miasta.

    Aktualnie Henryk Niedźwiecki szuka potwierdzenia tych osób w dokumentach, by mieć dowód na ich autentyczność. Rodzina traktuje pasję pana Henryka z przymrużeniem oka, dla niego jest to jednak wyjątkowo interesujące zajęcie. A miał ich w swoim ponad pół wiecznym życiu sporo. Był i taksówkarzem, i mechanikiem samochodowym, i cukrownikiem, i prawnikiem. Obecnie jest na rencie z powodu poważnej choroby. Pasjonat samorządu i polityki. I to ona często decydowała o jego losach. Jak sam mawia, jest naiwnym idealistą. Wśród znajomych uchodzi za prawego, lojalnego i solidnego człowieka. Jest wyjątkowo konsekwentny i rzetelny w tym, co robi. Jeden z moich znajomych wspominał, że w stanie wojennym na Henryka Niedźwieckiego można było zawsze liczyć. Bezinteresownie pomagał wielu potrzebującym. I taki jest do dzisiaj. Prowadzi m.in. portal pomagający ludziom represjonowanym w czasie stanu wojennego internowani.pl; wcześniej, będąc radnym Rady Powiatu świdnickiego, bezpłatnie udzielał porad prawnych w Świdnicy i innych miastach powiatu. Świdniczanin od ponad trzydziestu lat, ale urodzony na Białorusi. Do Polski wraz z rodzicami i czwórką rodzeństwa przyjechał jako trzyletni chłopiec w roku 1959. Najpierw był Czerwieńsk w województwie lubuskim. Później trafili do Nowic koło Jaworzyny Śląskiej, gdzie mieszkała siostra ojca. Tam mieszkali cztery miesiące. Dalej były Kuźnice Świdnickie, Jaworzyna Śląska. Od dwudziestego pierwszego roku życia został mieszkańcem Pszenna, a później Świdnicy. Zawodowo jest na trzecim roku aplikacji radcowskiej. Prawnikiem został z powodu choroby. Po pierwszym udarze mózgu, który przebył, lekarz kazał wycofać mu się z polityki i intensywnie ćwiczyć mózg. I tak też się stało.

    Wcześniej intensywnie udzielał się z polityce. Na przełomie lat osiemdziesiątych, po pracy w PKS-ie i Polmozbycie, zostaje taksówkarzem. W czasie pierwszej Solidarności współtworzy związki zawodowe i bierze czynny udział w działalności opozycyjnej. W maju 1983 roku zostaje pozbawiony koncesji na uprawianie zawodu i zatrudnia się na najniższej stawce w cukrowni. Gdy zaczynają się zmiany ustrojowe, bierze w nich czynny udział. Zostaje wybrany do pierwszej rady miejskiej Świdnicy, a przez pewien okres zasiada także w zarządzie miasta. Ma swoją koncepcję zarządu mieniem komunalnym i jest jej wierny po dzisiaj. Wielu ma mu to za złe, ale on wytrwale i konsekwentnie stoi przy swoim. Później jest czas Rady Powiatu i kolejne utarczki o swoje racje. Ostatecznie choroba uniemożliwia mu czynną działalność samorządowca. Życie prywatne układa się różnie. Dwukrotnie żonaty, stara się budować swoje relacje z najbliższymi jak najlepiej. Choć ma do siebie pretensje o to, że te z dziećmi z pierwszego małżeństwa zbyt mocno się poluźniły. To dzisiaj mocno leży mu na sercu. Problemy zdrowotne kształtują jego dzisiejszą rzeczywistość. Po skomplikowanych operacjach dochodzi do siebie, ale jakoś nie ciągnie go do polityki. Zniechęcił się do niej będąc radnym powiatowym. Wówczas wyraźnie zaczął widzieć, jak można z samorządu zrobić pole walki politycznej i gry przeróżnych interesów. Dzisiaj z niezwykłą pasją „grzebie” po archiwach polskich i białoruskich parafialnych, szukając kolejnych potwierdzeń istnienia rodu Niedźwieckich, Błaszków czy Gruzdisów.

    Czy żyjąc tak intensywnie Henryk Niedźwiecki ma czas na marzenia? A jeśli tak, to na jakie?

    – Najważniejsze marzenie oczywiście dotyczy zdrowia. Bo od tego wszystko się zaczyna. Drugie to Polonez Maturzystów, w którym zatańczył mój syn. Chciałbym, by jak najlepiej zdał maturę. A za dwa lata czeka to moją córkę, przyszłą maturzystkę. No i ostatnie marzenie, to byśmy się zbliżyli z moimi dziećmi z pierwszego małżeństwa. I to by było wszystko.

    Wacław Piechocki