Tkanie życia: Daniel Bukowy

    10

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

    Na początku istnienia cyklu wydawało mi się, że tkać życie powinni ludzie doświadczeni, wiekowi – tacy, co to z nie jednego pieca chleb jedli. Bagaż doświadczeń miał być cenzusem do zajęcia miejsca przy tkalni życia. Później powoli zmieniałem zdanie i zapraszałem tych, którzy potrafili zadziwić mnie lub moich najbliższych swoją wyjątkowością, choćby polegała ona nawet na mistrzowskim lepieniu pierogów. Bo to, że siadam z moim bohaterem i zaczynamy tkanie jego życia jest oznaką, że jest on tego wart. I tak jest z Danielem Bukowym.

    Choć ma dopiero dwadzieścia sześć lat, to swoją dojrzałością, konsekwencją i pracowitością może zadziwić niejednego „staruszka”.  Jest najbardziej utytułowanym zawodnikiem Świdnickiego Klubu Karate Kyokushinkai. Występował na matach niemal całego świata. Od Europy, po Amerykę i Azję. Ostatnio powrócił z dalekiej Japonii, gdzie z małymi przerwami trenuje od trzech lat. Dzieciństwo i wczesną młodość spędził w okolicach ulicy Ofiar Oświęcimskich. Uczył się w Szkole Podstawowej nr 2, później w zespole szkół budowlano-elektrycznych i ukończył studia informatyczne. Zaraz po studiach wyjechał do Japonii. Dlaczego właśnie tam? Jak uważa nasz bohater, jeśli chce się coś osiągnąć w karate, to takich umiejętności można się nauczyć tylko w kolebce sportów walki. Swoją przygodę z karate kyokushinkai rozpoczął mając osiem lat. Jak wspomina Lukas, jeden z internetowych komentatorów – „ Szacunek dla Daniela, to bardzo ambitny i pracowity facet, gdy trenowałem pamiętam, jak taki malutki Danielek (miał chyba z 9 lat) przychodził na treningi i nigdy nie zaprzestał (w przeciwieństwie do mnie).  To jest sport i to bardzo wymagający. Nie ma się z czego śmiać, w szczególności biorąc pod uwagę, że Daniel doszedł do swoich umiejętności sam, ciężką długoletnią pracą wymagającą bardzo wielu wyrzeczeń. Oczywiście miał wsparcie trenera i kolegów. Jednak nie zapominajmy, że koło Daniela nie biega stado masażystów, lekarzy, psychologów, dietetyków itp., jak to jest w innych dziedzinach sportu.”

    Jak niemal każdy grywał w piłkę nożną, jeździł na deskorolce, ale w wieku 14 lat sprecyzował swoje sportowe fascynacje. W karate pociąga go wszystko. Ten sport stał się jego życiem i przez jego pryzmat widzi swoje życie. W Japonii są najlepsi zawodnicy i najlepsze kluby do treningu. Wyjechał tam trzy lata temu i uważa, że była to właściwa decyzja. Wiedział, co umie, na jakim etapie jest i miał świadomość tego, co chce jeszcze osiągnąć. Marzył o Japonii i to, co sam sprawdził niewiele różniło się od wyobrażeń. Nie zaskoczyła go ciężka praca. Ale zdumiewająca była, i jest, serdeczność Japończyków. To coś zupełnie wyjątkowego i niepowtarzalnego. Uważa, że mógłby tam mieszkać na stałe. Choć bywało czasami, że japońska perfekcyjność może nas Europejczyków, męczyć. Ważne jest jednak, że był w kolebce karate.

    Masutatsu Oyama – najwybitniejszy karateka tego stulecia definiuje karate jako „sztukę i filozofię walki”. W naszym kręgu kulturowym pojęcie sztuki kojarzy się raczej z muzyką, malarstwem, czy rzeźbą. W Japonii również z karate, judo, aikido, kendo. Te dyscypliny sztuki łączy ze sobą idea perfekcji i pełnego wewnętrznego zaangażowania. Człowiek szuka w sztuce ideałów, sztuka, zatem zaspakaja jego potrzebę estetyczną i ułatwia znajdowanie dróg ich urzeczywistniania. Zaspokajanie potrzeby sztuki łączy się bezpośrednio z wykrywaniem wartości. Powszechnie uważa się, ze tylko dominowanie ideałów nad potrzebami materialnymi może wytworzyć pełne i subtelne potrzeby. Jednak oprócz pracy człowiek potrzebuje przeżyć wewnętrznych i dlatego rodzi się zapotrzebowanie nie tylko na poznanie rzeczywistości, ale i na własną sztukę. Wielu ludzi, szczególnie z wyższym wykształceniem utożsamia tę myśl właśnie poprzez sztukę karate, muzykę, czy taniec. Dlatego karate nie może być traktowane, jako jedynie umiejętność pokonania przeciwnika, ale jako droga do samorozwoju – tak w fizycznym, jak i duchowym sensie. W sumie właściwie rozumiane karate jest sposobem doskonalenia własnego charakteru. Myślę, że tak pojmuje swój wybór Daniel Bukowy. Pasja, z jaką robi to, co kocha przynosi efekty. Wielokrotnie stawał na najwyższych stopniach podium Mistrzostw Europy i Świata. Jest uznanym sportowcem i dojrzałym mężczyzną, który wie, czego chce od życia. A to naprawdę rzadkie w tym wieku. Postawił sobie bardzo ambitny cel – zostać mistrzem świata.

    Czy prócz tego wyjątkowego celu, masz jeszcze jakieś marzenia, które może nie spędzają snu z powiek, ale gdzieś tam się plączą w głowie?

    – Kiedy byłam młodszy, i to dużo młodszy, chciałem być piłkarzem. Ale zawsze wszyscy mówili, że jestem za mały i dlatego chciałem być jak najszybciej duży. Podobnie był wówczas, gdy postanowiłem uprawiać akrobatykę. Wtedy też byłem za mały. A w karate to nie ma znacznie. Czy jesteś mały, czy duży. Stary, czy młody. Trafiłem dobrze i dlatego karate jest dla mnie wszystkim, co kocham. Oczywiście prócz mojej dziewczyny. Marzę, by żyć spokojnie i jak najdłużej trenować, i żyć karate. Bo to jest całe moje życie.

    Wacław Piechocki