Świdniczanie kontra bachantki i harpie

    3

    – Wcale nie jest takie trudne –  uczestnicy VI Świdnickiego Dyktanda śmiechem skwitowali zapewnienia Elżbiety Dudziak z Ligi Kobiet Polskich. Punktualnie o 10.00 w budynku przy ulicy Franciszkańskiej  20 śmiałków zmierzyło się z najeżonym pułapkami zadaniem, które przygotowała polonistka, Magdalena Szalecka. Główną nagrodę, lodówko-zamrażarkę firmy Whirpool,  zdobył Stanisław Gajos.

    Dyktando zatytułowane “Lokalny patriotyzm”, mimo pozorów, wcale do łatwych nie należało. Nikomu nie udało się napisać dyktanda bezbłędnie. Zwycięzca zrobił 4 błędy ortograficzne. II miejsce zajął i otrzymał w nagrodę fotograficzny aparat cyfrowy Krzysztof Odachowski (5 błędów). III miejsca jury nie przyznało. Równorzędne wyróżnienia otrzymały 4 osoby, które zrobiły po 10 błędów: Bożena Kloc, Agata Szarek, Katarzyna Bzdeń i Wanda Śliwowska. Drobne upominki otrzymały także dwie najmłodsze uczestniczki, Ewelina Rynkiewicz i Weronika Śliwowska.

    Liga Kobiet Polskich, która organizuje Świdnickie Dyktanda, jest trochę zmartwiona niską frekwencją. W ubiegłym roku uczestników było 2 razy więcej. Może lepiej będzie za rok?

    asz

    Treść dyktanda:

    Lokalny patriotyzm

    Naprawdę lubię moje rodzinne niespełna dwudziestodwutysięczne nadodrzańskie miasteczko. Zmienia się ono w okamgnieniu i rokrocznie potrafi mnie czymś zaskoczyć: a to nową przytulną knajpką (“)Pod Czarodziejską Chochelką(“) przy alei Purpurowych Róż, a to nowoczesną drogerią na osiedlu Zawodzie, a to kompletnie surrealistycznym pomnikiem Listonosza (bez skrupułów bezczeszczonym przez wszędobylskie gołębie), który wyrósł znienacka w Alejach Pocztowych.

    Wolne od katorżniczej pracy w przedszkolu poranki spędzam najchętniej z książką na mosiężnej ławeczce w parku Radość. Ostatnio, za sprawą pana Parandowskiego, zawarłam bliższą znajomość z Eryniami, bachantkami, harpiami, Amazonkami, satyrami i Argonautami, wcześniej zaś z zapartym tchem śledziłam losy starożytnych bohaterów Sienkiewiczowskiego “Quo vadis”. Z rzadka sięgam po czasopisma, chyba że jest to praktyczny “Poradnik Domowy” z przepisami na supersmakowite spaghetti, sos winegret czy pstrąga à la flaczki.

    W słoneczne popołudnia z kolei uwielbiam wmieszać się w małomiasteczkowy tłum i obserwować codzienne życie ulicy: sprężystym krokiem podążającego dokądś młodego franciszkanina w przykusym habicie, zakochanych narzeczonych ciągniętych na smyczy przez nader żywotnego smolistoczarnego pudla czy uroczą blondyneczkę w turkusowej minispódniczce, która, pobrzękując posrebrzanymi bransoletkami, jednym haustem wypija duży kufel świeżo warzonego pszenicznego piwa. Często zatrzymuję się też przy lokalnym niby-artyście. Bazgrząc z rozmachem esy-floresy, próbuje on odtworzyć akwarelami na rozpostartym płótnie nibyliście brunatnych glonów porastających obrzeża zapuszczonej fontanny. Dużo radości przysparza mi też lektura ogłoszeń drobnych, czyli przypiętych pinezkami (pineskami) do słupów niechlujnych świstków następującej treści: “Krawcowa. Owerlok (Overlock). Tanio” lub “Cebulki kosaćców, sprzedaż hurtowa”. Wieczorami natomiast chodzę albo do kina (“Heca w zoo” to ostatni hit), albo do klubu jazzowego (dżezowego) niedaleko mojego domu. Cudowny relaks!

    Chybabym się zapłakała, gdyby los rzucił mnie gdzie indziej.

    [photospace]