Na kanapie siedzi leń

    1

    Oj, zdziwilibyście się! Sporo jest tych, którzy mogli być inspiracją dla pana Jana, gdy tworzył ten cudowny wierszyk. Jest ich aż do dzisiaj cała masa. Nie czytają, nie myślą, nie pracują nad sobą i nie tylko. Na nic nie mają ochoty. Takie produkty współczesnej filozofii życiowej, dla której podstawą jest pytanie – „A po co mi to?”|

    Mnoży się tych myślących inaczej. Martwi mnie to, choć w stopniu umiarkowanym. W końcu każdy żyje na własny rachunek. A ja nie mam żadnej misji do spełnienia. Ostatnio podczas drylowania śliwek mirabelek zwanych mądrze ałyczami zastanawialiśmy się z moją NN, czy jeszcze ktoś dzisiaj zajmuje się wytwarzaniem tzw. domowych przetworów? Oczywiście w mieście, bo na wsi to obowiązkowe zajęcie. Tam ludzie znają cenę produkcji i szanują wszystko to, co rodzi ziemia. Mieliśmy wątpliwości, bo wszyscy znajomi podczas wizytacji naszego domu z niedowierzaniem zajadali się własnego wyrobu ogórkami w sosie curry czy wytrawnymi śliwkami z imbirem. Padało wówczas pytanie – A gdzie to można kupić? Nie wierzyli, że można samemu zrobić, że można czuć potrzebę. Dla nich było to zbyt pracochłonne i szkoda na to życia.

    Niestety, tak to zwykle bywa. Nie robimy, nie czytamy, nie myślimy – uważamy, że można znacznie przyjemniej spędzić chwile. Tylko jak? Zazwyczaj przed TV lub na dłubaniu w nosie i pleceniu dyrdymałów. Ludzie stają się leniwi i przez to cofają się w rozwoju. Nie myślą o sobie, o otoczeniu. O tym, co będzie z nimi za kilka lub kilkadziesiąt lat. Wszystko ma się dziać tu i teraz. A najlepiej, by było jeszcze miło, łatwo i przyjemnie. Doczekaliśmy się jakiegoś bałwochwalczego czczenia lenistwa i bylejakości. To chyba czasy nie dla mnie. Ale jest i iskierka nadziei. Obserwuję internetowe szaleństwo na punkcie starych ręcznie wytwarzany drobiazgów. Moja NN prezentowała mi ostatnio drużynę zakochanych w płóciennych torbach. Młode dziewczyny z zachwytem przekazują sobie wzajemnie linki do stron, na których prezentuje się takie cacuszka. Sam widziałem i jestem pod wrażaniem. A na marginesie – wczoraj, 12 sierpnia, mieliśmy Światowy Dzień Pracoholika. Groźna choroba, uzależnienie od pracy, na które narażone są osoby mające wręcz chorobliwą potrzebę osiągnięcia sukcesu w życiu. Choć jest jeszcze druga przyczyna, potrzeba zastępowania sobie pracą czegoś, czego się nie ma – rodziny, kontaktów osobistych. Pracoholik nie ma innego sposobu na spędzanie wolnego czasu, więc spędza go w pracy. A efekt? Przewidywalny – samotność, zaniedbani przyjaciele, zdrowie, brak czasu, zmęczenie i stres. W Japonii ukuto nawet termin karoshi, czyli śmierć z przepracowania. Podobno, by stać się pracoholikiem, trzeba posiadać pewne predyspozycje charakterologiczne i osobowościowe. Najbardziej narażeni na uzależnienie od pracy są przedsiębiorcy działający na własny rachunek, menedżerowie, a także ludzie wykonujący wolne zawody. W pracoholizm popadają najczęściej osoby przesadnie ambitne, perfekcjoniści nastawieni na sukces i podatni na stres. Zjawisko to prowadzić może do depresji czy uzależnień np. od alkoholu.

    Pierwszym grzechem pracoholika jest zapominanie o odpoczynku, co powoduje nadmierny stres. To z kolei może mieć poważne następstwa zdrowotne takie jak: bezsenność, zaburzenia trawienia, bóle głowy, problemy z ciśnieniem, utrzymaniem prawidłowej wagi – przestrzegają lekarze. Zaburzenia snu mogą prowadzić do rozdrażnienia, problemów z koncentracją, pamięcią i myśleniem. Niewskazane są także, częste wśród pracoholików, pośpieszne posiłki spożywane “w biegu”. Kolejnymi problemami są brak czasu na ćwiczenia fizyczne, praca mimo choroby, lekceważenie regularnych badań kontrolnych. Gdy już ktoś zorientuje się, że jest pracoholikiem, powinien zastanowić się, co jest tak naprawdę przyczyną jego choroby. Już na tym etapie powinien wkroczyć specjalista i zaoferować pomoc terapeutyczną. Jak już sobie to uświadomimy, to trzeba próbować szukać jakiejś aktywności pozazawodowej. Na przykład raz na tydzień spędzić kilka godzin ze znajomymi a także uprawiać sport, bez względu na to, co się dzieje. Konieczna jest zmiana dotychczasowego, związanego z pracą trybu życia, a nawet zmiana środowiska.

    I może wówczas przychodzi czas na drylowanie mirabelek lub kiszenie ogórków, ewentualnie kapusty. Nic lepiej nie relaksuje. A przy tym, ile z tego jest pożytku. Docenimy to w długie zimowe wieczory.

    Wacław Piechocki