Rockman na rewii

    0

    Po pracy w Teatrze Muzycznym mam ogromny głód uczestniczenia w innych wydarzeniach tego typu jako widz. Nie ukrywam, że trochę się wkręciłem w świat musicali i rewii i ciężko mi się z niego wyplątać. Gdy byłem w Warszawie na sesji nagraniowej Zero Procent, dostałem zaproszenie do Teatru Studio Buffo na rewię „Hity Buffo” w reż. Janusza Józefowicza i pod kierownictwem muzycznym Janusza Stokłosy. Byłem trochę podekscytowany, bo nigdy jeszcze nie byłem w Buffo, a wiem, że to jest jeden z lepszych teatrów muzycznych w Polsce, a jeśli nie z lepszych, to na pewno jeden z najpopularniejszych. W tym teatrze praktycznie nie ma czegoś takiego jak odwołany spektakl, bilety zawsze są sprzedane.

    Obaj Panowie, Józefowicz i Stokłosa, wzięli udział w tym koncercie. Józefowicz jako konferansjer oraz występujący artysta, a Stokłosa, jako pianista oraz dyrygent teatralnej orkiestry. To już był dla mnie miły akcent, bo zastanawiałem się zawsze, czy twórcy takich spektakli są na nich chociaż na widowni, a oni nie dość, że są, to jeszcze czynnie biorą w nim udział. Na samo przywitanie, konferansjer zapowiedział, że na widowni będzie rozdawane co jakiś czas wino w plastikowych kubkach. Plastik dlatego, że na początku tej akcji były lampki, które po prostu nie wracały do właścicieli, gdyż służyły za pamiątkę z Buffo. Pomyślałem, że Józefowicz chce podpić widzów trochę, by na „niedoróbki” przymykali oko. Postanowiłem nie napić się ani kropli. Po chwili zrozumiałem, dlaczego było to wino. Po niespełna trzech piosenkach konferansjer uczył widzów choreografii, by mogli bawić się razem z artystami na scenie. To było fajne doświadczenie, bo nie było ani jednej osoby, która nie dała się porwać do zabawy i to kilkakrotnie.

    „Hity Buffo” to fragmenty znanych już w tym teatrze wieczorów takich, jak wieczór bałkański, wieczór latynoski itd. Można je było śledzić w cyklu programów „Przebojowa noc” i „Złota Sobota”, emitowanych przez TVP kilka lat temu. Występują w nich gwiazdy tamtejszego teatru Natasza Urbańska, Artur Chamski, Natalia Krakowiak, Krzysztof Rymszewicz, Jerzy Grzechnik, Natalia Srokocz, czy Monika „Dzidzia” Ambroziak. Podczas tego wieczoru można było usłyszeć wiele hitów od „Prawy do lewego”, poprzez „Opa Opa”, „She bangs”, czy „Rasputin”, do „Bohemian Rapsody”. Każdy z nich miał swoją oprawę sceniczną w postaci choreografii, świateł, scenografii i taniego efekciarstwa, które w wielu przypadkach psuło mi kompletnie odbiór. Nie przepadam za dosłownością w teatrze, a w Buffo jest jej wiele. Chodzi mi przede wszystkim o tanie sztuczki takie jak wylatujące co chwilę konfetti, śnieg na scenie, wiatry, dymy i ludzie na linach nad publicznością. Na mnie działa to jak płachta na byka, ale większości się podoba i to chyba jest najważniejsze. Z resztą ze względu na genialne wykonania wokalne artystów, fajne, często zabawne choreografie i humor Józefowicza jako konferansjera, to efekciarstwo da się wybaczyć. Podsumowując, z Buffo wyszedłem mimo wszystko zadowolony, wytańczony i rozśpiewany.

    Rewia typu „Hity Buffo” w takiej oprawie, w jakiej przyszło mi ją oglądać, może kojarzyć się jedynie z Eurowizją na małej scenie. Trzeba jednak zaznaczyć, że to taka Eurowizja na o wiele wyższym poziomie wykonawczym niż ta docelowa. Po prostu za dużo kiczu i tandety, jednak w ogólnym obrazku efekt jest zadowalający. Nakręciłem się nieco na odkrywanie Teatru Studio Buffo, więc podejrzewam, że na dwa największe ich hity „Metro” oraz „Romeo i Julia”, wybiorę się niebawem i coś na ten temat wspomnę na Swidnica24.pl

    Kamil Franczak