Ani do tańca, ani do łez

    1

    Na polskim rynku muzycznym często obserwujemy, jak znani muzycy, korzystając ze swoich znajomości nabytych w rodzimym projekcie, tworzą projekty solowe, promując przy tym nowych artystów. Tak było z Robertem Chojnackim, muzykiem DeMono, który po kolei nagrywał płyty z Andrzejem Piasecznym, później z Maćkiem Molędą. W ślady Chojnackiego poszedł Robert Janson, który wydał płytę z Kubą Badachem, znanym obecnie jako frontman grupy Polucjanci. Dziś również możemy obserwować takie zjawisko w postaci płyt produkowanych przez Adama Konkola, gitarzystę zespołu ŁZY. Najpierw dzięki niemu „zabłysnęła” gwiazda Paulli. Teraz łzawy wioślarz zdecydował się napisać płytę dla jakiegoś wokalisty. Z tego, co wiem, to projekt dość długo wisiał w powietrzu, bo Adam poszukiwał odpowiedniego głosu. Po długich poszukiwaniach znalazł i w sklepach pojawiła się płyta zatytułowana „Czekając na miłość”, a solistą został Michał Kaczmarek, młody student katowickiej Akademii Muzycznej.

    Byłem bardzo ciekaw, jak wypadła ta płyta, bo wiem, że Adam Konkol to zdolny muzyk, więc i jego kompozycje powinny być fajne. Nie myliłem się, jeśli o to chodzi. Każda piosenka, którą przesłuchałem na tej płycie, to bardzo dobra muzycznie rzecz. Te najprostsze dźwięki są bardzo często trudne do napisania w taki sposób, by zapadały w pamięć i podobały się słuchaczom. Adam również zajął się pisaniem tekstów. Co prawda nie jest to jakaś literatura z wysokiej półki, ale jest lekka i przyjemna. Słowa łatwe do zapamiętania, niosące ze sobą pewne przesłania o miłości. Zanim pojawiła się płyta, w mediach zaistniał pierwszy singiel promujący ten album „Halo, ja czekam na ciebie”. Utwór zdecydowanie jest dobrym materiałem na singiel i tam mogłem po raz pierwszy usłyszeć, jak Michał poradził sobie z tymi piosenkami. Słyszałem kilka razy tego wokalistę na żywo i myślałem o nim raczej dobrze, jednak po pierwszym singlu miałem mieszane uczucia, bo było coś dziwnego w tym wykonaniu. Powstrzymałem się jednak od wyciągania wniosków i postanowiłem poczekać na płytę. Większość to naprawdę dobre, pop-rockowe kawałki, które podane w niebanalny sposób napawać powinny optymizmem. Dlaczego więc mnie nim nie napawały? Wręcz przeciwnie. Przy takich utworach, jak „Miłość, cały mój świat”, „Ja kocham tylko ciebie”, „Moje serce nie ma czasu na miłość”, czy „Gdy wstanie dzień”, powinienem mieć ochotę poskakać, albo przynajmniej potupać nogą. Nie tańczyłem ani nie tupałem. Oprócz tych skocznych numerów, Konkol napisał wiele z założenia pięknych ballad. Do takich należą „Małżeństwo na odległość”, „Cicho, tych słów nikt nie cofnie już”, „Nic nie zmienisz już”, czy singiel „Halo, ja czekam na ciebie”. Nie poczułem nawet potrzeby, by przeżyć te ballady. Po przesłuchaniu całej płyty zacząłem się zastanawiać, dlaczego mam takie wrażenie. Przecież Michał jest dobrym wokalistą, dobrze śpiewa technicznie i teraz już wiem. Z przykrością stwierdzam, że ten wokalista nie przekonuje mnie totalnie swoją ekspresją, która sprawia wrażenie fałszywej. Wydaje mi się, że kiedy trzeba było mocno śpiewać, to po prostu Kaczmarek mocno zaśpiewał, nie zastanawiając się zbytnio, z czego ma wynikać to mocne śpiewanie. Żadna ballada nie porusza, bo sam wokalista jej nie rozumie, a co dopiero jeśli miałby przekazać jej treść. W dodatku w każdej piosence słychać jakąś dziwną wadę wymowy wokalisty, która bardzo drażni, dokładnie zmiękczone spółgłoski „ś”, „ć”. Podejrzewam, że bardzo chciał wyraźnie zaśpiewać i po prostu przesadził.

    Znam wielu wokalistów po tej samej akademii muzycznej i w większości przypadków to ludzie, którzy mimo podobnych technik nauczania przez wykładowców, kończą tę uczelnię jako świadomi artyści, którzy mają swój styl. Niestety, po Michale póki co widzę jedynie poprawne śpiewanie, bez charakteru i emocji. Wiem, że do tej płyty nie raczej nie wrócę.

    Kamil Franczak