Tkanie życia: Zygmunt Wajda

    1

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

    Udało mi się poznawać smak różnych produktów. Należały one i do grupy tych zwyczajnych, ale i czasami były dziwnie oryginalne. Jakby spoza naszej strefy kulinarno – smakowej. Zawsze jednak najwyżej cenię prostotę i jakość tego, co mam włożyć do ust. Szynka parzona autorstwa Zygmunta Wajdy bezsprzecznie znajduje się na samym szczycie tych najlepszych, najsmaczniejszych  i najszczerzej polecanych wyrobów sztuki masarskiej. Ale to tylko jeden  z przykładów mistrzostwa naszego rozmówcy. Każdy wyrób pochodzący  z wędliniarni świdnickiego Intermarche, której szefuje nasz dzisiejszy bohater „Tkania życia” „znaczony” jest czymś wyjątkowym, bo i on, Zygmunt Wajda, to prawdziwy mistrz. Posiada wiedzę i dar równy prawdziwej sztuce. By nauczyć się tej sztuki, trzeba kochać zawód. A bez tego nie będzie kunsztu, artyzmu, piękna, no i wyjątkowych doznań smakowych. Jak do tego doszło, że skromny mieszkaniec pobliskich Marcinowic potrafi tworzyć takie „cuda” masarskie?

    Chyba to wynik wyznawanej filozofii życiowej. Pan Zygmunt kieruje się jedną sprawdzoną zasadą – „ważna jest przede wszystkim jakość, a nie ilość”. Jak mówi, w tej zalewie tandety, chemii, sztuczności ludzie tęsknią za czymś sprawdzonym, zwyczajnym i po prostu zdrowym. Zna się na tym, co robi, bo nie jest w tym zawodzie z przypadku, jak to zwykle bywa. Szkolił się najpierw pod okiem fachowców we wrocławskim technikum spożywczym, gdzie uzyskał tytuł technika technologa produktów rolno-spożywczych ze specjalizacją przetwórstwo mięsa.

    Trzydzieści pięć lat temu zaczął pierwszą swoją praktykę w małej przetwórni w Marcinowicach pod okiem nieżyjącego już Kazimierza Ochockiego. To był jego pierwszy mistrz. Nauczył się wówczas podstaw prawdziwego rzemiosła. Jak po zapachu, wyglądzie i smaku rozpoznać dobry towar, a później zrobić z niego prawdziwy smakołyk. Zygmunt Wajda wie, jak dzisiaj wygląda typowa produkcja mięsna. Robi się źle, dużo, by osiągnąć jak największy zysk i nie ma to nic wspólnego z tym, czym kieruje się on w swojej pracy. Pracował w tym fachu w wielu krajach i na kilku kontynentach. Przez jakiś czas zarządzał przetwórnią mięsną w Stanach Zjednoczonych, w Chicago. Prowadził także małą przetwórnię w Niemczech. Wszędzie stosował swoje metody pracy, które były akceptowane przez tamtejszy rynek i konsumentów. Zygmunt Wajda kierował wieloma zakładami mięsnymi w okolicy. Ceni sobie fachowość i dobre przygotowanie. Irytuje go, że dzisiejszy tzw. fachowiec może znać się na wieprzowinie, ale inny gatunek mięsa jest dla niego tajemnicą. On potrafi pracować na każdym etapie produkcji. Od rozbiórki tusz po wędzenie ostateczne gotowego wyrobu. Kieruje działem mięsnym świdnickiego Intermarche od samego początku. Zna swoich klientów i ich smaki. Jest pierwszym mistrzem masarskim w rodzinie. Ma niewielkie gospodarstwo rolne i dziwi się tym, którzy mówią, że czasami nudzą się. Ma trójkę dzieci. Najstarsza córka ukończyła studia, syn pracuje w straży pożarnej (jak ojciec pana Zygmunta) i najmłodsza 11 – letnia córka zdobywa wiedzę  w szkole. Zygmunt Wajda jest zadowolony z życia. Zawsze był aktywny i nie usiedział w miejscu. Grał w piłkę nożna i uprawiał boks w Gwardii Wrocław. Zwiedził trochę świata, ale najlepiej czuje się w siebie w domu.

    Czy mając tyle zajęć i tutaj w przetwórni, i po południu w domu, ma pan czas na jakieś marzenia?

    – Moim największym marzeniem jest dożyć w zdrowiu do emerytury. To będzie najmilsza chwila, gdy przyjdzie ten dzień. Ale oczywiście są i inne. Chciałbym zwiedzać świat, bo moje podróże do rodziny za oceanem rozbudziły takie pragnienia. Pewnie dobrze byłoby zostać może dziadkiem, ale na to na razie się nie zanosi. Myślę, że tych marzeń na razie wystarczy.

    Wacław Piechocki