Witaj w Burlesque

    0

    Do kina zazwyczaj wybieramy się na komedie, filmy akcji, science fiction, horrory itd. Te właściwie przodują w repertuarach. Jednak raz na jakiś czas pojawiają się musicale. To dość rzadkie wydarzenie w porównaniu do innych premier, dlatego zazwyczaj wiąże się z ogromną promocją i cieszy się dużą popularnością. W dodatku producenci takich przedsięwzięć prześcigają się w dobieraniu obsady, w tworzeniu scenografii oraz zatrudniają najlepszych na świecie choreografów, by taniec powalał na kolana. W ostatnich latach mieliśmy okazję obejrzeć „Chicago” z Renee Zelweger oraz Catherine Zeta-Jones, „Mamma Mia!” z Meryll Streep, czy „Nine” z Fergie, wokalistką Black Eyed Peas. Niedawno w kinach pojawiła się kolejna musicalowa propozycja, „Burlesque”. Dobór aktorek do dwóch głównych postaci zachęcił mnie do obejrzenia tej produkcji bez zaglądania do recenzji. Młodą, piękną i utalentowaną Al, zagrała Christina Aguilera, natomiast Tess, właścicielkę klubu Burlesque, zagrała Cher. Ten wybór właściwie zaciekawił mnie najbardziej. Chciałem zobaczyć, w jakiej formie jest legendarna gwiazda muzyki pop.

    Zdecydowanie drażniącą rzeczą jest sama fabuła musicalu. Jest niezwykle przewidywalna i właściwie już po pierwszych 30 minutach filmu wiedziałem mniej więcej, jak się rozwinie i jak się skończy. Głównym motywem jest ucieczka młodej, utalentowanej Ali z małego miasta, w którym gniła pracując jako barmanka. Ali przytłoczona swoim nudnym życiem postanawia przeprowadzić się do Los Angeles i zostawić za sobą wszystko, co dotychczas miała. Gdy trafia do L.A., poszukuje pracy jako wokalistka, chórzystka, tancerka. Oczywiście żaden pracodawca nie przyjmuje jej i nagle, błądząc po ulicach wielkiego miasta, zatrzymuje się przed ogromnym napisem „Burlesque”. Tam rozpoczyna się jej praca artystyczna. Jak to bywa w tego typu fabułach, na początku młoda amatorka nie cieszy się zaufaniem, ale sukcesywnie udowadnia, że jej talent przebija talenty wszystkich zatrudnionych tam dziewcząt. Wszystko jest przeplecione romantycznym wątkiem miłosnym z kelnerem oraz romansem z milionerem. Wówczas Ali staje przed wyborem, który z mężczyzn najbardziej na nią zasługuje. Nie trudno się domyślić, kogo wybrała.

    Muzyka w przeciwieństwie do fabuły jest fenomenalna! Już pierwszy utwór, który wykonuje Christina Aguilera wywołuje ciarki i to całkiem nie małe. Cher również dała naprawdę wielki popis. Aguilera wykonuje więcej utworów i każdy jest na bardzo wysokim poziomie. Dla jej fanów to naprawdę wielka gratka. Na szczęście Cher w zamian za małą ilość utworów dostała kilka konkretnych. Absolutną perełką jest jej piosenka „Last of me”. Aż trudno mi opisać emocje, jakie mną targały gdy usłyszałem tę kompozycję w takim wykonaniu. Cher jest jednak niezniszczalna. Obu paniom podczas wykonywania piosenek towarzyszą piękne dziewczyny w świetnych układach choreograficznych, oczywiście rewelacyjnie zatańczonych. Całe show mieści się na scenie „Burlesque”, gdzie świetnymi przyprawami do klimatu są światła, scenografia oraz stroje. To wszystko zebrane w jedną całość robi niesamowite wrażenie.

    Sądzę, że mimo błahej fabuły, film ogląda się lekko i przyjemnie. Może pozostać jedynie wrażenie, że dałoby się z tego wyciągnąć jeszcze więcej. Cher i Christina nie odbiegają jakoś specjalnie od tych uznanych i wykształconych aktorek i oglądając je w tych rolach widzę Ali i Tess. Zero prywaty. Aguilera ponownie popisała się jako tancerka. Suma tych zalet i wad powoduje, że film jest warty obejrzenia. Jeśli ktoś lubi dużo tańca i dużo dobrego śpiewu, ten musical jest właśnie dla niego.

    Kamil Franczak