Tkanie życia: Zdzisław Grześkowiak

    43

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

    Kiedy 36 lat temu dowiedziałem się o jego istnieniu, już wówczas bardzo chciałem go poznać. Powód był dość prozaiczny, ale i typowo męski. Wszystkie moje ówczesne koleżanki podkochiwały się w nim. Dlatego potrzebowałem sprawdzić, jaki jest ten świdnicki „łamacz” nastoletnich serc. Okazało się, po latach, bo poznaliśmy się na początku nowego wieku, że jest to niezwykle sympatyczny, otwarty na ludzi i świat człowiek. Nie ma w nim za grosz tzw. „belfra”, choć przez cały swój świdnicki życiorys uczył języka polskiego w pierwszy liceum ogólnokształcącym i też tam wicedyrektorował. Pochodzi z Miejskiej Górki koło Rawicza w Wielkopolsce. A dokładnie z terenów przed wojną znajdujących się przy granicy polsko-niemieckiej, które w XVI – wieku były mocno związane z ruchem protestantyzmu w Polsce.

    Na Dolny Śląsk przeprowadził się po to, by zostać górnikiem. Przez zupełny przypadek rozpoczął naukę w technikum górniczym w Wałbrzychu. Po jej ukończeniu przez kilka miesięcy „fedrował” na przodku, do chwili, gdy przestała mu zagrażać obowiązkowa służba wojskowa. A później były studia na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, polonistyce Uniwersytetu Wrocławskiego, które ukształtowały go wewnętrznie. Był i jest jednym z najbardziej lubianych i szanowanych nauczycieli w szkole. Jak twierdzi, przez zupełny przypadek związał się z polityką. Był radnym powiatowym i miejskim, startował w wyborach parlamentarnych, i przez wiele lat przewodniczył miejskim strukturom Unii Wolności. W wolnych chwilach najczęściej zaszywa się w fotel i czyta. Interesuje się filozofią, religioznawstwem, kulturą Dalekiego Wschodu, a także kulturą romską. Jest honorowym członkiem Stowarzyszenia Twórców i Przyjaciół Kultury Romskiej w Polsce. Uwielbia turystykę, zwłaszcza górską i długie spacery po parku. Od pewnego czasu zagłębia się w historię najbliższych mu miejsc tj. ziemi rawickiej, tej, z której pochodzi. Uważa, że w życiu człowieka przychodzi czas na szukanie i poznawanie swoich korzeni. Choć emocjonalnie nie jest związany tak mocno ze Świdnicą, to jest zauroczony jej architekturą, środowiskiem i klimatem. Odpowiadają mu miasta tej wielkości, gdzie ma swoje miejsce i nie czuje się anonimowy. Nie lubi w życiu bylejakości. Uważa, że jeśli ma się czymś zajmować to albo porządnie, albo wcale. Mając świadomość przemijania czasu i tego, że wiele rzeczy się kończy fascynuje się seksem. Uważa, że jest na takim etapie, kiedy radość i spełnianie się w tym jest niezbędne. Przyznaje, że to jest integralna część jego życia.

    Czy żyjąc tak intensywnie, ale może nie w pędzie, ma Pan czas na marzenia? Jakieś prozaiczne, wywołujące uśmiech i napędzające chęci do ich zrealizowania?

    Do odpowiedzi na to pytanie idealnie nadaje się cytat z filmu „Brzezina” – „Spokój, spokój, prawie szczęście”. Każdy człowiek musi mieć moment na wyciszenie się. I ze mną jest podobnie. Wiem, na jakim etapie swojego życia jestem dzisiaj. Nikt nie oszuka fizjologii i wiadomo, że kiedyś przyjdzie nam odejść. Mam świadomość upływającego czasu i stąd moje rozsmakowywanie się w nim. Chcę i staram się nadać mu jakąś sensowną treść. I stąd wynikają moje marzenia, by nie marnować czasu. Jak wierszu Różewicza – „Czas umierać, a jeszcze by się chciało…”. Zawsze będzie się jeszcze coś chciało. Nawet z tymi marzeniami. Chciałby się jeszcze napisać coś… chciałoby się jeszcze wypić lampkę dobrego wina…Chciałoby się jeszcze czegoś zasmakować…

    Wacław Piechocki