Tajemniczy klient nawiedził …

    59

    Swidnica24.pl rozpoczyna nowy cykl. Tajemniczy klient systematycznie będzie sprawdzał, jakie są warunki i jak traktowani są klienci w najróżniejszych placówkach – od handlowych, przez medyczne, usługowe, telekomunikacyjne po gastronomiczne.  Czekamy także na Państwa podpowiedzi, kogo wziąć pod lupę? Dzisiaj odcinek pierwszy:

    Nikt już nie pamięta wojny o handel. Niektórzy mają wciąż sentyment do okresu kartkowego i reglamentacji made in Peerel. Dzisiaj króluje prawo rynku i pełen portfel. Jeśli go masz, to nie szukasz okazji i nie zwracasz uwagi na niedociągnięcia i lipę, którą mimo wszystko chce się nam wcisnąć przed ladą.

    Odwiedziliśmy ostatnio jedną ze świdnickich galerii handlowych. Choć nazwa mogłaby sugerować coś wyjątkowego i na odpowiednim poziomie, to rzeczywistość była mniej zachęcająca. Galeria nosi nazwę „Stokrotka”. Zbudowano ją dwa lata temu i położona jest na początku Osiedla Młodych. Spory parking wyłożony betonową kostką zachęca do robienia w niej zakupów. Dość przestronne wejście i obok marketu spożywczego o powierzchni około 2 tys. metrów kwadratowych jest jeszcze optyk, apteka i kilka butików.

    Od pewnego czasu dochodziły do nas krytyczne głosy na temat tego marketu. Postanowiliśmy sami sprawdzić, jak traktuje się w „Stokrotce” klientów. Wejście nie wypada dobrze. Po prawej stronie na „warzywach” mocno „zmęczona” rzodkiewka nie zachęca do kupienia. Podobnie jest z sałatą lodową, która musi już leżeć na półce dość długo. Świadczą o tym brunatno-czarne miejsca wycięcia sałaty od korzenia. Zaprzyjaźniona właścicielka „warzywniaka” uważa, że to oznaka nieświeżego warzywa. Niezbyt zachęcająco prezentują się także pomidory. Choć o tej porze roku kupi je wyjątkowy desperat, bo nie mają w sobie nic poza kolorem i kształtem. Te na półce w „Stokrotce” wyglądają jak po solidnej walce. Mają sporo zniekształceń i uszkodzeń skórki. Zdecydowanie nie zachęcają do kupienia. Idziemy dalej. Asortyment jest spory, ale ważnym mankamentem są ceny. Nie należą od niskich i przeznaczonych na przeciętną kieszeń. Dochodzimy do kilkudziesięciometrowej lady chłodniczej, w której wyłożone są ryby, sery, wędliny i mięso. Jej rozmiar może oszołomić, ale zdecydowanie bardziej oszołamiające jest zaproponowane rozwiązanie obsługi klienta. Całą ladę i cztery asortymenty obsługuje jedna pracownica. Kiedy byliśmy tam w czwartek, akurat był czas na sery. Kilkuosobowa kolejka z anielską cierpliwością poddawała się temu eksperymentowi. Stanęliśmy kilka metrów dalej i chcieliśmy dowiedzieć się czegoś na temat wyłożonego mięsa indyczego. Niestety, pani ekspedienta nie miała dla nas czasu, a innego odpowiedzialnego pracownika nie było. Przyznam, że robię zakupy w wielu miejscach i czegoś podobnego nie widziałem nigdzie. Np. w delikatesach w Pasażu Grunwaldzkim  we Wrocławiu przy takiej samej ladzie pracuje około 7 ekspedientek. Pewnie, że Wrocław to nie Świdnica. Ale handel jest handlem. Jak się nie umie tego robić, to lepiej się za handlowanie nie brać. Rozumiem, że w czasie mniejszego ruchu klientów nie muszą być czynne wszystkie z ośmiu kas. Ale pozostawianie jednej ekspedientki w miejscu, w którym proponuje się klientom kilka różnych produktów wymaga chyba przestrzegania odpowiednich wymogów sanitarnych i organizacyjnych. Wyszliśmy ze sklepu zniesmaczeni i lekko rozczarowani. Obiekt jest niezły, ale organizacja fatalna.

    TK