Debiut Makowieckiego

    13

    W ubiegłym tygodniu wspominałem debiutanckie płyty laureatów programów telewizyjnych, gdzie rodziły się nowe, polskie gwiazdy, ale zapomniałem o jednym z najciekawszych uczestników pierwszej edycji – Tomku Makowieckim. Kiedy w połowie cyklu programów finałowych polsatowskiego IDOLA decyzją widzów musiał odejść z programu, Robert Leszczyński, jeden z jurorów, nie mógł w to uwierzyć. Twierdził, że to jest jakaś straszna pomyłka i widzowie musieli pomyśleć, że na Tomka Makowieckiego wysyła się wiele sms-ów, więc nie trzeba go dodatkowo wspierać. Pamiętam, że miał chyba najwięcej fanek pośród wszystkich uczestników IDOLA, dlatego dziwne, że nie otrzymywał oszałamiającej ilości głosów. W każdym razie Tomek nie załamał się odejściem i tuż po wydaniu płyty przez zwyciężczynię, Alę Janosz, zaprezentował swoje wydawnictwo zatytułowane „Makowiecki Band”.

    Kiedy pojawił się singiel „Spełni się”, wszyscy fani Tomka nucili „Wierzę w moje sny, tyryryryry”. Numer bardzo przyjemny, jednak za spokojny. Obawiałem się, że taka będzie cała płyta, ale na szczęście obawy były zbędne. Utwór „Wejdź”, który wita słuchacza zachęca już swoim rockowym pazurem i już nie trzeba specjalnie zachęcać do słuchania. Kolejny singiel „Miasto Kobiet” powalił jeszcze bardziej na kolana niż poprzedni. To wesoły, dynamiczny pop-rockowy kawałek. Kolejne dobre piosenki to „Somewhere in the middle”, „Wszystkie odpowiedzi” czy „Better you”. Są też piękne ballady, takie jak „Odejdę tam” oraz moja ulubiona piosenka na płycie „Takie samo niebo”. Są też, niestety, utwory, które uważam za tandetne, a o to bym Makowieckiego nie podejrzewał. Nie przypadły mi więc do gustu utwory takie jak „Złap mnie”, „Tak mało nam trzeba” oraz „Piosenka o niczym”, która faktycznie jest o niczym. Płytę kończy wspaniała wersja hitu Kylie Minogue „Can’t get you out of my head”, która również była singlem promującym debiutancki album Tomka.

    Śledząc dalej karierę Makowieckiego, zauważyłem, że każda następna płyta była coraz bardziej niszowa. Cieszy mnie to, że już od drugiej płyty postanowił robić taką muzykę, na jaką ma ochotę i tam już nie pojawiły się tandetne utwory o tym, że wszystko już ma i na błędach uczy się, tylko zawierające już o wiele głębsze emocje i przemyślenia. Serdecznie polecam trzecią płytę Tomka „Ostatnie wspólne zdjęcie”, która jest bardzo osobista i liryczna. Już wtedy, kiedy był w IDOLU, widziałem w nim duże chęci i ambicje, które nie kończyły się na tworzeniu piosenek do radia. Teraz zupełnie robi swoje i nie ogląda się na innych. Tworzy dla wiernego grona swoich fanów. Według mnie to właśnie znaczy być na szczycie swojej kariery.

    Kamil Franczak