Tkanie życia: Tadek Golińczak

    0

    Wywiad z, niekoniecznie tylko, jednym pytaniem

    Przez wielu znany, jako „Gacek”. Tadek śmieje się, że pewnie przez odstające uszy albo podobieństwo do brata. Ale wg mnie bardziej z powodu energii, która zawsze go rozpierała. „Gacka” było wszędzie pełno. Bez względu na porę roku, dnia i aurę. Pamiętam, jak chyba w czerwcu 1972 roku zjawił się u podnóża dolnego schroniska pod Ślężą, przed wieczorem, w strugach deszczu, gdy zmoknięci i zziębnięci czciliśmy dopiero co zdaną maturę. Tadek przyjechał taksówką z Wrocławia, by nas wspierać i rozgrzać odpowiednimi środkami. Niespożyta energia pozostał mu do dzisiaj. Pewnie, dlatego, jak przyznaje wciąż gna go po świecie. I cierpi na tym z pewnością rodzina, bo nigdy nie ma go na miejscu. Wciąż w rozjazdach w poszukiwaniu czegoś nowego. Ma świadomość tego, że żyje w ciekawych czasach i wbrew temu, co jest przesłaniem chińskiego przekleństwa (Obyś żył w ciekawych czasach) on uważa, że jest to dla jego pokolenia wyróżnienie. Zawsze chadzał własnymi drogami i przykładem tego może być czas nauki. Szkoła ówczesna to był dryl i dyscyplina. „Gacek” nie mieścił się w tym. Wyrzucono go z obu świdnickich liceów – i z „pierwszego”, i z „drugiego”. Skończył naukę w średniej szkole w IX liceum we Wrocławiu. Tam była znacznie luźniejsza atmosfera. Mógł dzięki temu nosić wówczas długą brodę i włosy do ramion. W klasie maturalnej dorabiał w Operze Wrocławskiej pracą na reflektorze punktowym. Był też inicjatorem powołania i prowadził w Operze Wrocławskiej Towarzystwo Wyższej Użyteczności Społecznej Klub Antyalkoholowy. Wspomina te czasy z olbrzymim sentymentem. Wówczas też rozpoczął swoją przygodą ze sztuką. Najpierw było malarstwo. Malował we Wrocławiu i jeździł ze swoimi obrazami do Krakowa. Tam, na murach obok Barbakanu, najpierw na „dziko” wystawiał i sprzedawał swoje dzieła. Teraz jest to jedna z bardziej szacownych krakowskich galerii. Odszedł do malarstwa, bo nie do końca się w nim realizował. Zaczął rzeźbić. To dawało mu pełnię szczęścia. Pewnie dzięki sporemu wysiłkowi fizycznemu, który jest nierozerwalnie związany z rzeźbiarstwem. W malarstwie nie można się tak po prostu „urobić”. „Gacek” twierdzi, że dopiero gdy poczuje fizyczne zmęczenie, uzyskuje spokój wewnętrzny i jest w pełni szczęśliwy. Szukał swojego miejsca w życiu uporczywie i konsekwentnie. Jako siedemnastolatek był m.in. ratownikiem wodnym na plaży w Pucku i Władysławowie. Wciąż jednak wiedział, że może się spełniać mając poczucie wolności i braku jakichkolwiek więzów. Jak mówi – praca w kieracie był nie dla niego. I sztuka dała mu poczucie wolności. Wyjechał z kraju mając trzydzieści lat. Celem, jak wielu ówczesnych rodaków, był Ameryka. Ostatecznie zamieszkał na północny Niemiec, w Molln pod Hamburga. Tam rzeźbił, mieszkał i żył przez dwadzieścia dwa lata. I nadal tam jest, bo Świdnica przestała spełniać rolę gniazda. Przyjeżdżał tu, bywał, ale nie odczuwał wówczas niczego szczególnego. Podróżując po Europie miał poczucie, że wszędzie jest gościem i że brakuje mu miejsca stworzonego dla siebie. I przyszedł czas, gdy wiele spraw okrzepło i wtedy pojawiła się znów Świdnica. Choć równie dobrze mógł być to Berlin, którym jest urzeczony. Postanowił zrobić coś dla siebie i swoich najbliższych. Zaczął inwestować ostatecznie w Świdnicy i tak niechcący wrócił do miejsca, z którego wyszedł. Dzisiaj wraz z żoną prowadzą klub muzyczny – restaurację „Łaźnia” przy placu Ludowym. Lokal działa od marca 2007 roku. Posiada salę główną, salę bankietową – utrzymaną w konwencji sali rycerskiej oraz salę małych przyjęć. Dysponuje rozległym tarasem kaskadowym z widokiem na park miejski i przepływającą obok rzekę, gdyż sam lokal znajduje się na obrzeżu największego parku w mieście. Jednocześnie nadal ma pracownię rzeźbiarską w Molln, którą sponsoruje mu miasto i tam wciąż eksponuje swoje praca. W Niemczech jest znany jako rzeźbiarz, a w Świdnicy, jako właściciel klubu muzycznego „Łaźnia”.

    Czy prowadząc tak intensywne życie zawodowe, towarzyskie jest czas na marzenia? A jeśli tak, to jakie one są?

    – Pewnie, że jest czas. Największym marzeniem, takim, które jak mawia mój brat realizuję wciąż, jest zbudowanie swojego miejsca – siedliska. To, co jest teraz, to właśnie coś na kształt tego. Ale jest też pewien paradoks związany z marzeniami. Otóż  moje życie poszukiwacza swojego miejsca i ciągłe podróże, i wyjazd z kraju zagranicę, to wszystko element spełniania się jednego niespełnionego marzenia. Kiedy opuszczałem Polskę, jak wspomniałem, to nie wyjeżdżałem ze względów ekonomicznych, czy politycznych. Zawsze marzyłem, by spędzić Karnawał w Rio de Janeiro. To było pierwsze marzenie, naczelne. Mogłem już wielokrotnie tam być, jeszcze nie dojechałem, ale dojadę. Rytm samby, który przez całe życie siedział mi w głowie. No i te Brazylijki. W takim rytmie i towarzystwie można przeżyć życie.

    Wacław Piechocki

    [photospace]

    Przez wielu znany, jako „Gacek”. Tadek śmieje się, że pewnie przez odstające uszy albo podobieństwo do brata. Ale wg mnie bardziej z powodu energii, która zawsze Go rozpierała. „Gacka” było wszędzie pełno. Bez względu na porę roku, dnia i aurę. Pamiętam, jak chyba w czerwcu 1972 roku zjawił się u podnóża dolnego schroniska pod Ślężą, przed wieczorem, w strugach deszczu, gdy zmoknięci i zziębnięci czciliśmy dopiero, co, zdaną maturę. Tadek przyjechał taksówką z Wrocławia, by nas wspierać i rozgrzać odpowiednimi środkami. Niespożyta energia pozostał mu do dzisiaj. Pewnie, dlatego, jak przyznaje wciąż gna go po świecie. I cierpi na tym z pewnością rodzina, bo nigdy nie ma go na miejscu. Wciąż w rozjazdach w poszukiwaniu czegoś nowego. Ma świadomość tego, że żyje w ciekawych czasach i wbrew temu, co jest przesłaniem chińskiego przekleństwa (Obyś żył w ciekawych czasach) on uważa, że jest to dla jego pokolenia wyróżnienie. Zawsze chadzał własnymi drogami i przykładem tego może być czas nauki. Szkoła ówczesna to był dryl i dyscyplina. „Gacek” nie mieścił się w tym. Wyrzucono do z oby świdnickich liceów – i z Równej, i z Kasprowicza. Skończył naukę w średniej szkole w IX liceum we Wrocławiu. Tam była znacznie luźniejsza atmosfera. Mógł dzięki temu nosić wówczas długą brodę i włosy do ramion. W klasie maturalnej dorabiał w Operze Wrocławskiej, pracą na reflektorze punktowym. Był też inicjatorem powołania, i prowadził, w operze wrocławskiej Towarzystwo Wyższej Użyteczności Społecznej Klub Antyalkoholowego. Wspomina te czasy z olbrzymi sentymentem. Wówczas też rozpoczął swoją przygodą ze sztuką. Najpierw było malarstwo. Malował we Wrocławiu i jeździł ze swoimi obrazami do Krakowa. Tam, na murach obok Barbakanu najpierw na „dziko” wystawiał i sprzedawał swoje dzieła. Teraz jest to jedna z bardziej szacownych krakowskich galerii. Odszedł do malarstwa, bo nie do końca się w mim realizował, do rzeźby. Ta zaczęła dawać mu pełnię szczęścia. Pewnie dzięki sporej fizyczności, która jest nierozerwalnie związana z rzeźbą, a brak jej w malarstwie. „Gacek” twierdzi, że dopiero jak się fizycznie „urobi” uzyskuje spokój wewnętrzny i jest w pełni szczęśliwy. Szukał swojego miejsca w życiu uporczywie i konsekwentnie. Jako siedemnastolatek był m.in. ratownikiem wodnym na plaży w Pucku i Władysławowie? Wciąż jednak wiedział, że może się spełniać mając poczucie wolności i braku jakichkolwiek więzów. Jak mówi – „Praca w kieracie był nie dla niego. I sztuka dała mu poczucie wolności”. Wyjechał z kraju mając trzydzieści lat. Celem, jak wielu ówczesnych rodaków, był Ameryka. Ostatecznie zamieszkał na północny Niemczech, w Molln pod Hamburga. Tam rzeźbił, mieszkał i żył przez dwadzieścia dwa lata. I nadal tam jest, bo Świdnica, jako miejsce przestała spełniać rolę gniazda. Przyjeżdżał tu, bywał, ale nie odczuwał wówczas niczego szczególnego. Podróżując po Europie miał poczucie, że wszędzie jest gościem i że brakuje mu miejsca stworzonego dla siebie. I przyszedł czas, gdy wiele spraw okrzepło i wtedy pojawiła się znów Świdnica. Choć równie dobrze mógł być to Berlin, którym jest urzeczony. Postanowił zrobić coś dla siebie i swoich najbliższych. Zaczął inwestować ostatecznie w Świdnicy i tak niechcący wrócił do miejsca, z które wyszedł. Dzisiaj wraz z żoną prowadzą klub muzyczny – restaurację „Łaźnia” przy Pałacu Ludowym. Lokal działa od marca 2007 roku. Posiada sale główną, salę bankietową – utrzymaną w konwencji sali rycerskiej oraz salę małych przyjęć. Dysponuje rozległym tarasem kaskadowym z widokiem na park miejski i przepływającą obok rzekę Bystrzycę, gdyż sam lokal znajduje się na obrzeżu największego parku w mieście. Jednocześnie nadal ma pracownię rzeźbiarską w, Molln, którą sponsoruje mu miasto i tam wciąż eksponuje swoje praca. W Niemczech jest znany, jako rzeźbiarz, a w Świdnicy, jako właściciel klubu muzycznego „Łaźnia”.

    Czy prowadząc tak intensywne życie zawodowe, towarzyskie jest czas na marzenia? A jeśli tak, to, jakie one są?

    – Pewnie, że jest czas. Największym marzeniem, takim, które jak mawia mój brat realizuję wciąż jest zbudowanie swojego miejsca – siedliska. To, co jest teraz to właśnie coś na kształt tego. Ale jest też pewien paradoks związany z marzeniami. Otóż to moje życie poszukiwacza swojego miejsca i ciągłe podróże, i wyjazd z kraju zagranicę, to wszystko element spełniania się jednego niespełnionego marzenia. Kiedy opuszczałem Polskę, jak wspomniałem, to nie wyjeżdżałem ze względów ekonomicznych, czy politycznych? Zawsze marzyłem by spędzić Karnawał w Rio de Janeiro. To było pierwsze marzenie, naczelne. Mogłem już wielokrotnie tam być, jeszcze nie dojechałem, ale dojadę. Rytm samby, który przez całe życie siedział mi w głowie. No i te Brazylijki. W takim rytmie i towarzystwie można przeżyć życie.