Strona główna 0_Slider Antarktyda oczami mieszkańca Świdnicy. Daleka wyprawa do krainy lodowców i pingwinów

Antarktyda oczami mieszkańca Świdnicy. Daleka wyprawa do krainy lodowców i pingwinów [FOTO]

0

Wyprawa wzdłuż lodowców i unoszących się po morzu brył lodu tworzących jedyne takie i nie do powtórzenia krajobrazy. Obserwacja unikalnej fauny – wysepek zasiedlanych przez kolonie pingwinów, morskich zwyczajów wielorybów i innych stworzeń tego najbardziej surowego i ekstremalnego obszaru kuli ziemskiej. Świdniczanin Marcin Jaxa-Rożen miał możliwość aż 15 razy na własne oczy poznawać Antarktydę. Swoimi doświadczeniami z rejsów wycieczkowych i niesamowitymi fotografiami podzielił się na tegorocznym Świdnickim Festiwalu Podróżników i Odkrywców „Kolumby”.

Podróże, które stały się pracą

Niedzielne spotkanie w klubie Bolko – 15 marca – było jednym z wydarzeń zamykających tegoroczny festiwal „Kolumby”. Salę wypełniły ciekawe opowieści o jednym z najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi. W niezwykłą podróż na południowy kraniec świata – wśród lodowców, sztormów i kolonii pingwinów – zabrał publiczność Świdniczanin Marcin Jaxa-Rożen.

Spędziłem prawie 20 lat na statkach wycieczkowych jako kierownik biura wycieczek. Zacząłem w 1994 roku, a skończyłem w pandemii w 2020 roku. Wtedy zamknięto biznes i przeniosłem się do Świdnicy – mówił pochodzący z Jeleniej Góry podróżnik.

Możliwość oglądania świata była naturalnym efektem pracy, jaką wykonywał. – Miałem szczęście trochę podróżować właśnie dzięki temu, że pracowałem na statkach wycieczkowych. One pływają właściwie po całym świecie, więc mogłem zobaczyć wiele zakątków świata. Pracowałem w biurze wycieczek, tym bardziej więc byłem tym zainteresowany, ale też dlatego, że lubię poznawać miejsca i rozmawiać z ludźmi. Pomógł mi też odziedziczony dobry słuch i dogadywanie się z ludźmi w różnych językach – opowiadał.

Piętnaście razy na Antarktydzie

Jednym z najbardziej niezwykłych kierunków jego zawodowych rejsów była Antarktyda. Na siódmym kontynencie był aż piętnaście razy.

Byłem tam w pracy i spędziłem w sumie pięć sezonów antarktycznych, które trwają od września, października do marca. W sezonie statek, na którym pracowałem, zwykle pływał wokół Przylądka Horn, ale trzy razy w roku, w samym środku lata na półkuli południowej, kierował się właśnie na Antarktydę. W ten sposób w latach 2009–2015 udało mi się odwiedzić ją piętnaście razy wspominał.

Jak podkreślał podróżnik, to jedno z ostatnich naprawdę dzikich miejsc na Ziemi. – Uważam, że Antarktyda w dzisiejszych czasach jest ostatnim miejscem naprawdę dzikim. Do większości miejsc na świecie można jakoś dotrzeć – promem, pociągiem, rowerem. Na Antarktydę można się dostać tylko samolotem lub transportem wodnym. Są tam właściwie tylko naukowcy. To miejsce wyjątkowe także pod względem klimatycznym i meteorologicznym tłumaczył.

Przez sztormy Cieśniny Drake’a

Sama podróż w te rejony świata nie jest łatwa. Statki wypływają najczęściej z południowego krańca Ameryki Południowej i kierują się przez jedne z najbardziej niespokojnych wód na świecie – Cieśninę Drake’a.

Najkrótszy odcinek z końca świata, czyli z Ziemi Ognistej, z Ushuaii, do półwyspu antarktycznego przez Cieśninę Drake’a to około 1100 kilometrów. To miejsce, gdzie zderzają się wody Atlantyku i Pacyfiku, tworząc bardzo silne prądy morskie wyjaśniał.

Podróżnik przywoływał również jeden z najbardziej ekstremalnych momentów ze swoich rejsów.

Miałem okazję być w sztormie, w którym skala Beauforta właściwie się skończyła. Wiatr przekraczał 200 kilometrów na godzinę, a fale – według chłopaków z mostka – miały nawet 25 czy 27 metrów wysokości. W takich warunkach fale dochodzą do siódmego czy ósmego pokładu statku. Nie jest to przyjemne, kiedy czujesz jak statek nurkuje w fale. Na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało – poza nieostrożnymi osobami, które postanowiły spacerować po pokładzie. Skończyło się to złamaną ręką – wspominał.

Lodowy krajobraz i niezwykłe kolory

Choć podróżnik wielokrotnie dopływał w pobliże kontynentu, nigdy nie wysiadł na jego lądzie – i, jak przyznał, wcale nie stracił na tym zbyt wiele. – Nie udało mi się postawić nogi na Antarktydzie, ale w ogóle tego nie żałuję. Widziałem bardzo dużo rzeczy i byłem bardzo blisko, między innymi kolonii pingwinów mówił.

Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów krajobrazu są oczywiście góry lodowe. – We wszystkich rejsach najbardziej fascynowały mnie różne formy gór lodowych i odłamków lodu, śniegu, które unoszą się na wodzie. W lecie jest ich szczególnie dużo, ponieważ lód się łamie i odrywa. Lód objawia się w różnych kolorach – od zielonkawego po głęboki niebieski – oraz w wielu rozmiarach – od małych brył po góry lodowe, wyższe od statków mających 10–12 pokładów opowiadał.

Królestwo pingwinów i wielorybów

Na Antarktydzie nie ma niemal żadnej roślinności i dominuje świąt zwierząt. – Flory praktycznie nie ma, poza szczątkowymi porostami. Natomiast fauny jest bardzo dużo. To chociażby zwierzęta morskie takie jak – foki, wieloryby, orki. W przypadku ptaków – najwięcej oczywiście będzie pingwinów, choć pozornie. Na niebie również zobaczymy mnóstwo ptactwa. Jednym z największych jest albatros mówił.

Szczególne wrażenie robią także wieloryby. Warto więc jak najwięcej czasu spędzać na pokładzie. – Miałem kiedyś okazję oglądać tak zwany bubble-net feeding, czyli polowanie za pomocą kurtyny z bąbelków. Wieloryby okrążają ławicę ryb lub kryla, wypuszczają powietrze, a potem wynurzają się z otwartymi paszczami. Niesamowicie to wygląda – wspominał.

Antarktyda – jak podkreślał – jest wyjątkowa. – Tam jest naprawdę bardzo cicho. Najbardziej słychać trzeszczący lód, który pęka i się roztapia. Niekiedy wieloryby oddychające przy powierzchni albo hałasujące kolonie pingwinów. Jest to spokojny, cichy świat. Ciężko znaleźć coś podobnego w innych miejscach – mówił.

Ratunek dla polskiej załogi na krańcu świata

Podczas jednego z rejsów Marcin Jaxa-Rożen spotkał także załogę polskiego jachtu „Polonus”. To była niezwykła historia wokół wyprawy z 2014 roku, która upamiętniała stulecie ekspedycji Ernesta Shackletona.

Spotkałem ich na Falklandach. W pewnym momencie „Polonus” utknął na Antarktydzie i chłopaki znaleźli się na stacji Arctowskiego bez możliwości powrotu. Akurat byliśmy w tym rejonie i udało mi się namówić kierownictwo, by zabrać ich na pokład i pomóc. W końcu powitaliśmy ich na naszym statku. Przygotowaliśmy nawet prezentację dla pasażerów, żeby opowiedzieć kim są i po co się tam znaleźli – relacjonował.

Podróż na koniec świata i powrót na Dolny Śląsk

Na zakończenie spotkania podróżnik przyznał, że choć wyprawa na Antarktydę jest kosztowna, to dla wielu osób może być podróżą życia. – Uważam, że Antarktyda jest warta zobaczenia. Niestety trzeba zebrać trochę funduszy. Ale może czasami warto zrobić coś szalonego – powiedział.

Jak dodał, mimo licznych podróży po świecie dziś szczególnie docenia miejsce, w którym mieszka. – Można powiedzieć, że zwiedziłem cały świat, ale Dolny Śląsk jest najlepszy. Tu jest pięknie – jest historia, góry, przyroda i naprawdę ciekawe miejsca – podsumował.

Spotkanie odbyło się w ramach trzeciej edycji Festiwalu Podróżników i Odkrywców „Kolumby”. Organizatorem wydarzenia był Świdnicki Ośrodek Kultury.

/Tekst: Agnieszka Nowicka/
/Zdjęcia: JD, AN/

Poprzedni artykułRuszają przygotowania do przebudowy ulicy Przemysłowej. Projektanci mają uwzględnić postulaty mieszkańców
Następny artykułSpłonął skuter [FOTO]