Strona główna 0_Slider Smutne życie, tragiczna śmierć. Znajomi czekają na sprawiedliwość dla sprawcy potrącenia bezdomnego...

Smutne życie, tragiczna śmierć. Znajomi czekają na sprawiedliwość dla sprawcy potrącenia bezdomnego w Świdnicy

6

Było ciemno, dzień deszczowy. Adam S., który nigdy nie miał prawa jazdy, uderzył samochodem w przechodzącego po pasach na ul. Westerplatte pieszego. Nie zatrzymał się, nie pomógł. Bogusław M. zmarł w męczarniach dwa miesiące później. – Był bezdomny, ale był dobrym, spokojnym człowiekiem. Teraz leży gdzieś pod płotem na cmentarzu aż w Dzierżoniowie. Czy sprawcę dosięgnie sprawiedliwość? – pyta pani Ewa.

O Bogusława M. od lat nikt się nie upominał. Mama zmarła na nowotwór, ojciec wziął drugą żonę i miał kolejnego syna. Mieszkali w domu przy Okrężnej, który wiele lat temu został wyburzony. – Macocha też zmarła, został przyrodni brat, ale jak zadzwoniłam, że Boguś nie żyje, tylko podziękował za informację i o nic nie pytał – mówi pani Ewa. – Był sam jak palec. Nie znalazł żony, bo twarz niezbyt ładną miał.  I pił, to prawda, ale nigdy nikomu nic złego nie zrobił. Bardzo był uczynny, nie odmawiał przyniesienia węgla czy innych drobnych prac. Znaliśmy się ponad 30 lat, a tak od czterech był bardziej obecny w naszym życiu – opowiada pani Ewa.

Bogusław po stracie mieszkania rodziców pomieszkiwał u kolegów, schronienie znalazł też w komórce przy ul. Garbarskiej. – Któregoś razu spadł ze schodów, potem nie mógł się ruszać, a tu żadnego ubezpieczenia zdrowotnego, on nawet dowodu nie miał. Znajoma nosiła mu w słoikach jedzenie. Jakoś tak stało się, że nasze drogi się zeszły. Mąż pomógł mu wyrobić dowód, kupowaliśmy odzież, mógł się u nas wykąpać, czasem coś zjeść. On pomagał przy opiece nam naszymi psami i w drobnych pracach. Miał problem z alkoholem, ale był dobrym człowiekiem. Bardzo nas boli to, jaki spotkał go los – z żalem mówi pani Ewa.

4 maja 2020 roku około 21.30 64-letni Bogusław przechodził na drugą stronę ul. Westerplatte, na wysokości cukierni. – Jak auto w niego uderzyło, to jeszcze jechało z nim na masce, aż spadł kilkanaście metrów dalej. Kierowca nawet się nie zatrzymał. Ludzie od razu rzucili się na pomoc, ktoś go okrył, a jedna pani pojechała za tym sprawcą. Potem kierowca sam zgłosił się na policję, z tego co dowiedziałam się od znajomych, najpierw normalnie pojechał na nocną zmianę do pracy, ale to pracodawca kazał mu jechać na komendę – mówi pani Ewa, a prokurator rejonowy Marek Rusin potwierdza, że 25-letni Adam S. tego samego dnia zgłosił się na policję. – Wówczas zeznał, że deszcz ograniczał widoczność. Pieszy według kierującego miał wtargnąć na jezdnię. Poczuł, że uderzył w niego, ale nie zatrzymał się – potwierdza prokurator rejonowy w Świdnicy.

Bogusław M. w chwili wypadku był nietrzeźwy, miał w organizmie 1,5 promila alkoholu.  – Ale na pewno nie wtargnął na jezdnię! Przecież tam są specjalne ograniczniki, zanim pieszy znajdzie się na środku, to kierowcy widzą, że się wchodzi! Ulica jest oświetlona – denerwuje się pani Ewa. Jak się okazało jeszcze tego samego dnia, kierowca był trzeźwy, nie brał narkotyków, ale nie nie miał uprawnień do kierowania. – A wiem, że jeździł, i to jeździł bardzo niebezpiecznie. Koledzy z pracy nie raz ostrzegali go, że kiedyś dojdzie do tragedii – dodaje znajoma Bogusława.

Bogusław M. po wypadku trafił do świdnickiego szpitala. Okazało się, że ma złamaną miednicę, uszkodzone narządy wewnętrzne i krwiak mózgu. – Nie miał tu nikogo. Jego telefon zniszczył się podczas wypadku, kupiliśmy mu niedrogi aparat, żeby można się było kontaktować. Mój mąż dostał upoważnienie, żeby dowiadywać się o stan zdrowia. Trwała już pandemia, kontakt był możliwy tylko telefoniczny – opisuje pani Ewa. Po kilku tygodniach Bogusław został wypisany, a pod swój dach przygarnął go kolega. Pani Ewa z mężem wykupili leki, pomagali w opiece, załatwili obiady w Caritasie. – Ale to trwało kilka dni, bo nerki przestały pracować. Znów trafił do szpitala. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że miał atak padaczki z powodu krwiaka i już w bardzo złym stanie, bez kontaktu, został zawieziony do szpitala w Rościszowie. 17 lipca o szóstej rano dostaliśmy telefon, że zmarł. Pogrzebem zajął się najbliższy Ośrodek Pomocy Społecznej. Nie udało się uprosić, żeby pochowali go w Świdnicy obok ojca i macochy. Miał trafić na cmentarz do Pieszyc, ale po prośbach stanęło na Dzierżoniowie. I tam ma grób, gdzieś na samym końcu, pod płotem. Na pogrzebie byliśmy z mężem i jeszcze kilku kolegów. Odmówili “Wieczne odpoczywanie” i tyle. Został tam i kto teraz będzie odwiedzał jego grób? – martwi się pani Ewa i mówi z żalem – Po tym wypadku była krótka wzmianka, ale o tym, że umarł, nikt się nie dowiedział oprócz paru osób. A ten sprawca dalej jest na wolności, dalej jeździ samochodem i za nic nie odpowiedział. Pewnie jakby potrącił kobietę z dzieckiem to byłoby wielkie halo! A tak, bezdomny, kogo może obchodzić… Ale nas obchodzi!

Jak zapewnia prokurator Rusin, po wypadku zostało wszczęte dochodzenie. – Powołaliśmy biegłego w zakresie ruchu drogowego. Oczekiwanie na opinię trwało kilka miesięcy. Otrzymaliśmy ją w lutym. Biegły ustalił, że kierowca nie zachował należytej ostrożności dojeżdżając do przejścia dla pieszych i naruszył zasady bezpieczeństwa. Adam S. usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku komunikacyjnego ze skutkiem śmiertelnym, za co grozi kara do 8 lat pozbawienia wolności. Do zarzucanego czynu przyznał się – mówi prokurator i dodaje, że postępowanie jest na ukończeniu. Sprawa trafi do sądu. Osobno mężczyzna odpowie za jazdę bez uprawnień.

Agnieszka Szymkiewicz