Strona główna Wydarzenia Świdnica Wspomnienia Wacława Sulińskiego

Wspomnienia Wacława Sulińskiego

1

Wiceprzewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w ZEM w Świdnicy, internowany 13.12.1981-13.12.1981, 17.12.1981 – 11.01.1982

Dla mnie stan wojenny zaczął się nad ranem. Gdzieś około godz. 3.00 czy 4.00 wpadł do domu kolega z komisji zakładowej z informacją, że jest jakaś łapanka i powinienem uciekać. Zacząłem się pospiesznie ubierać, gdy rozległo się łomotanie do drzwi. Natychmiast wypchnąłem kolegę na balkon i poszedłem otworzyć. Było ich trzech – dwaj mundurowi i cywil. Nie zdążyłem się nawet pożegnać z żoną, bo od razu mnie zabrali. A ja swoją drogą też chciałem jak najszybciej wyjść z domu, bo gdyby zaczęli myszkować po mieszkaniu, to mogliby znaleźć kolegę, więc nie chciałem przeciągać tej sytuacji.

waclaw-sulinski
Nawet nie pytałem dlaczego mnie zabierają, bo od kilku dni mówiło się, że coś się szykuje, może wprowadzą jakiś stan wyjątkowy. Były nawet instrukcje, żeby powoływać zastępców jakby mieli nas pozamykać.

Na dole w budzie, do której mnie wsadzili, też siedziało kilku milicjantów. Zawieźli mnie na Jagiellońską, a tam na placu przed komendą stało mnóstwo samochodów, biegali milicjanci w panterkach z długą bronią. I wtedy ogarnęło mnie przerażenie, a pierwsze co mi przyszło do głowy, to że chyba Ruscy wkroczyli, tak jak w Czechosłowacji i na Węgrzech. Potem zaprowadzili mnie do jakiegoś pokoju, na korytarzach którymi szedłem panował tłok i gwar, bez przerwy zwozili jakichś ludzi. Tuż przed godz. 6.00 zabrał mnie do pokoju nasz opiekun zakładowy z SB, nazywał się chyba Miśkiewicz. Był spokojny, nie krzyczał, nie straszył, zaczął tak po przyjacielsku. Powiedział, że musimy poczekać do godz.6.00 i włączył radio, a tam właśnie Jaruzelski przemawiał. Potem stwierdził, że chyba wszystko jest już jasne i wyciągnął jakieś papiery – jeden to był nakaz internowania, a drugi to oświadczenie, czyli lojalka, że zaniecham działalności na szkodę państwa i będę przestrzegał wymogów stanu wojennego. Jak to zobaczyłem w pierwszej chwili ogarnęła mnie konsternacja – podpisywać, nie podpisywać, diabli wiedzą co robić. On zaczął wyjaśniać, że jeśli podpiszę to zobowiązanie, będę mógł wyjść, a jeżeli nie to zostanę internowany. Zapytałem, za co mam być internowany, a on odpowiedział, że jest stan wojenny i takie zapadły decyzje. Trochę się wahałem, ale jednak podpisałem. To nie była łatwa decyzja, ale wiedziałem, że jako przewodniczący związku powinienem być razem z załogą, że to jest mój obowiązek. A oprócz tego miałem niepracującą żonę z trójką malutkich dzieci. Jak podpisałem to mnie jeszcze chwilę potrzymali, po czym wypuścili.

Najpierw poszedłem do domu, wziąłem jasiek, trochę jedzenia i ruszyłem do zakładu. Wiedziałem, że gdyby mnie złapali na jakiejkolwiek działalności, to nie byłoby internowanie, ale normalna odsiadka – tak przynajmniej straszył „mój’ esbek. Dopiero potem się dowiedziałem, że za złamanie jak to się wówczas nazywało „rygorów stanu wojennego” groziło minimum trzy lata.

A wcześniej zanim to wszystko się zaczęło, ustaliliśmy w związku, że gdyby coś się wydarzyło, to w sobotę, albo w niedzielę cała komisja stawia się obowiązkowo w zakładzie. Nie miałem żadnych problemów z wejściem, bo strażnicy byli jeszcze ogłupiali, nie wiedzieli co robić, a esbeków nie było. Do zakładu tego przy Westerplatte przyszły trzy osoby spośród sponad osiemdziesięciu, które działały w komisji zakładowej – Bolek Marciniszyn, Dominik Słowiński i ja, potem dołączył do nas jeden z działaczy z Magnezytów. Zaczęliśmy rozmawiać i czekaliśmy, choć tak naprawdę nie wiedzieliśmy na co, potem z kościoła przyniesiono nam jakieś ulotki do drukowania. W pewnym momencie przyszedł do nas dyrektor Ogrodnik. I tak główkowaliśmy – uruchamiać matrycę i drukować, czy może jednak nie. Wspólnie zadecydowaliśmy, że skoro dostarczyli nam te ulotki, to jednak je zrobimy. W pewnym momencie zauważyliśmy, że pod zakład zjeżdżają samochody, a ponieważ hala znajdowała się na parterze, po prostu uciekliśmy przez okno i poszliśmy do dużego kościoła. Na plebanii przesiedzieliśmy do wieczora, a potem któryś z księży wyprowadził nas przez ogród, bo od frontu plebania była obstawiona i trudno byłoby się prześliznąć. Wróciłem do domu i rano w poniedziałek poszedłem normalnie do pracy. Ponieważ byłem przewodniczącym, poszedłem do zakładu na Westerplatte coś organizować. Zacząłem gadać z chłopakami z narzędziowni, choć nie bardzo wiedzieliśmy co robić, prawdę mówiąc, trochę czekaliśmy na jakieś wieści z innych zakładów, czy strajkują, czy nie.

Próbowałem zachęcić chłopaków, żeby nie podejmowali pracy, a gdyby w zakładzie pojawiło się wojsko to mieli stanąć przy maszynach i udawać, że coś robią. Potem do protestu dołączyły się też kobiety na halach produkcyjnych. To był taki strajk niezorganizowany, nie było żadnych komitetów strajkowych, taka inicjatywa oddolna. Na tych rozmowach w zakładzie spędziłem jakieś 2 albo 3 godziny. W końcu jeden z kierowników narzędziowni ostrzegł mnie, że jak nie opuszczę terenu zakładu, to on będzie musiał, bo ma takie polecenie, zadzwonić na milicję. Ponieważ byłem etatowym działaczem związkowym i widziałem, że zaczyna się robić gorąco, czmychnąłem do drugiego zakładu, bo tam też chciałem spróbować poderwać ludzi do strajku. Ale to nie był jedyny powód, po prostu chciałem być z nimi, bo wiedziałem, że wtedy nie poczują się pozostawieni sami sobie.

Kiedy przechodziłem koło ŚFUP-u natknąłem się na Janka Pełkę i Tadka Romanowskiego, oni też jeździli po zakładach zobaczyć co się dzieje i chyba mieli jeszcze jakieś ulotki. Pech chciał, że wtedy zjawili się esbecy i nas zwinęli. Ja się wytłumaczyłem, że już byłem zatrzymany i podpisałem lojalkę, więc mnie wypuścili. Oczywiście natychmiast poszedłem do tego drugiego zakładu, ale nie wchodziłem przez bramę, bo wiedziałem, że mogą na mnie czekać, tylko przeskoczyłem przez płot. Tam też rozmawiałem z ludźmi, próbowałem nakłonić ich do powstrzymywania się od pracy. Oczywiście cały czas miałem świadomość, że mogę sobie narobić poważnych kłopotów, dlatego uzgodniłem z ludźmi z pierwszej zmiany, że to co postanowiliśmy, przekażą drugiej zmianie. Bo ten strajk miał wyglądać na inicjatywę samych pracowników. Nie wiem dokładnie, czy na tej drugiej zmianie rzeczywiście udawali że pracują do końca, czyli do 22.00. Oczywiście po południu też spotkałem się z kolegami i trochę się błąkaliśmy po kościołach, do póki nie zaczęła zbliżać się godzina policyjna. Do domu też się za bardzo nie śpieszyliśmy, bo nie wiadomo było, czy tam przypadkiem nie czekają na nas.

We wtorek 15 grudnia, wyszedłem jak zwykle jakoś tak po 5.00 do pracy i na wysokości drugiego piętra zobaczyłem dwóch milicjantów i cywila. Już mnie mijali, gdy nagle cywil kazał mi się wylegitymować. Pokazałem przepustkę do pracy, a on mówi, że właśnie po mnie idą. Poprosiłem o chwilę, żebym mógł jeszcze wrócić i powiedzieć żonie, że mnie zabierają. Ale się nie zgodzili, znów pojechaliśmy na komendę i tam zaczęło się maglowanie. Pytali, co robiłem w zakładzie i dlaczego próbowałem organizować strajk. Odpowiedziałem, że nic o tym nie wiem i nikt żadnego strajku nie organizował, a jeśli ludzie zaczęli protest, to znaczy że sami się zorganizowali. Trzymali mnie wtedy na komisariacie przez półtorej doby. Siedziałem razem z Bolkiem Marciniszynem i jakimiś dwoma kryminalistami, a w środę po południu ni stad ni zowąd wypuścili mnie do domu.
W czwartek poszedłem do pracy, ale już ani mnie ani Bolka Marciniszyna nie dopuścili do załogi, tylko od razu kazali iść do gabinetu kierownika zakładu, który powiedział, że zaraz przyjedzie po nas samochód, który zawiezie nas do dyrektora, bo siedziba dyrekcji mieściła się w drugim zakładzie. I rzeczywiście przyjechał po nas polonez i ledwo co wyjechaliśmy za bramę, gdy z naprzeciwka nadjechał samochód, zamrugał światłami i nasz się zatrzymał. Z tego drugiego wysiadł esbek i kazał nam się przesiąść. Okazało się, że oni nie chcieli nas zabierać z zakładu, bo obawiali się reakcji załogi.

Zawieźli nas na komendę i wyciągnęli nakazy internowania, a potem przewieźli nas do aresztu na Trybunalską, oczywiście rodzinom nie powiedzieli, gdzie jesteśmy. Warunki w tym areszcie były znośne, ale cały czas towarzyszyła nam ta niepewność, co zamierzają z nami zrobić. Najbardziej baliśmy się, że mogą nas wywieźć do Rosji. Na Wigilię przyszedł do nas ksiądz, jak ktoś chciał mógł się wyspowiadać i przyjąć komunię. Rozmawiałem z tym księdzem o podpisaniu lojalki, bo miałem wyrzuty sumienia. Tak naprawdę nie wiedziałem do końca czy zrobiłem dobrze, czy źle. A ksiądz, nie pamiętam już jego nazwiska powiedział mi, żebym się nie przejmował, bo jak coś jest podpisane pod przymusem to nie ma znaczenia. Istotne jest to, żeby być człowiekiem. A ja jak tylko poszedłem do zakładu od razu powiedziałem, że podpisałem, wiedziałem przecież że jak nie podpiszę to mnie nie wypuszczą i nie będę mógł być wśród załogi.

W areszcie przesiedzieliśmy kilka tygodni, a na początku stycznia wywieźli nas do Kamiennej Góry. Oczywiście nie powiedzieli nam dokąd nas wiozą, po prostu wsadzili nas w sukę i pojechaliśmy. Po drodze jednak auto się popsuło, więc zaczęliśmy krzyczeć, żeby nas wypuścili to popchamy. Ale się nie zgodzili, więc musieliśmy czekać na następny samochód, który wziął nas na hol i tak zajechaliśmy do Kamiennej Góry. Jak zobaczyłem, w jakich warunkach będą nas trzymać, to się przeraziłem. To było coś strasznego, szyby były powybijane, wszędzie totalna demolka, szczury biegające niemal stadami. To miejsce w ogóle nie było przygotowane do przyjęcia więźniów, oni nam farbę dawali, żebyśmy sobie sami cele wymalowali. Na szczęście długo mnie tam nie trzymali, bo mniej więcej w połowie stycznia zostałem zwolniony. Oczywiście miałem propozycje wyjazdu na zachód, ale się nie zgodziłem. Muszę się przyznać, że ja nigdzie za granicą nie byłem, nie pojechałem nawet do Czechosłowacji. Nie znalem języka, w domu miałem trójkę małych dzieci, a sam nie chciałem jechać.

Nie wiem, dlaczego mnie wypuścili, może dlatego, że zakończyli już śledztwo w sprawie tego strajku w zakładzie. Po wyjściu wziąłem na kilka dni zwolnienie lekarskie, bo chciałem to wszystko jakoś spokojnie ogarnąć. Nie wiedziałem, co zastanę po powrocie do pracy, czy jeszcze będę ją miał, bo liczyłem się z tym, że mogą mnie wyrzucić. Na szczęście nie zostałem zwolniony, chcieli mnie co prawda przesunąć na dział sprężarek, bo zanim zostałem v-ce przewodniczącym zakładowej Solidarności, pracowałem jako ślusarz. Z racji wykonywanego zawodu trochę po tym zakładzie chodziłem, a sprężarnia to był budynek poza halą, na zmianie pracowały tam 2-3 osoby i nie mogły opuszczać budynku. To miała być taka kara dla mnie. Ale w końcu kierownik, z którym miałem dobre układy kazał mi obiecać, że nie będę „rozrabiał”, bo wtedy oberwiemy obaj i zostawił mnie na hali. Oczywiście, byłem karany w inny dotkliwy sposób – finansowy, chyba przez rok nie dostawałem premii, ani trzynastki, a przy podwyżkach też mnie pomijano. Miałem jednak świetnych kolegów, za każdym razem, gdy mi coś zabierano, oni robili zrzutkę dla mnie. Jak wyszedłem z internowania, wycofałem się z działalności. Miałem trójkę dzieci i niepracującą żonę, a byle wpadka groziła mi już więzieniem. Jedyne co robiłem, pomagałem w kolportażu ulotek. Znajdowałem je w zawsze szafce na ubrania i do tej pory nie wiem, kto mi je podrzucał, ale rozprowadzałem je w łaźni, czy na przystankach autobusowych. Oczywiście przez cały czas trwania stanu wojennego byłem co jakiś czas wzywany na przesłuchanie, zwłaszcza przed jakimiś marszami rocznicowymi, miewałem też rozmowy ostrzegawcze, czy dywaniki u dyrekcji. Ale nie było już żadnych szykan, żona oprócz nerwów też nic nie straciła, i jakoś przetrwaliśmy przy pomocy Boga i kolegów.