Strona główna Magazyn Kino Idziemy do kina: BFG Bardzo Fajny Gigant

Idziemy do kina: BFG Bardzo Fajny Gigant

0

Spielberg wie, jak oczarować młodego widza. Sam zachwycałem się przygodami „Indiany Jonesa” oraz wzruszałem się przy „E.T.” i, choć z perspektywy czasu utraciły one swoją wyjątkowość, pozostają w umyśle przyjemnym wspomnieniem. Po bezpłciowym, lecz warsztatowo solidnym „Moście Szpiegów” reżyser przełamuje realizm i z obietnicą baśniowego eskapizmu po raz kolejny zwraca swe oblicze ku dzieciom. Bo właśnie one mogą w pełni docenić przedstawiony świat, pochłonąć jego umowność, bez przesiąkniętego cynizmem ciała zanurzyć się w coś, co w przyszłości stać się może nostalgiczną wzmianką.

BFG

„BFG” spełnia wszelkie warunki, by zaskarbić przychylność najmłodszych – jest odpowiednio zabawny, wystarczająco klarowny i wyważony, by przykuć uwagę każdego, kto znalazłby się na seansie. Damska protagonistka ma w sobie lekkość, urok i determinację, a gdy trafia do Krainy Olbrzymów, także umiejętność podkreślenia specyfiki nowych realiów – jej niewielkie rozmiary, w opozycji do ogromnych elementów, doskonale oddają wielkość odrealnionej rzeczywistości. Nie jest to jednak zabieg czysto estetyczny, bowiem z różnicy wzrostu film korzysta nagminnie, nierzadko czyniąc go kręgosłupem naprawdę pomysłowych sekwencji. Niemniej, polot ten wpisany jest w kameralność opowieści, toteż oczekiwanie nadmiernego rozmachu wydaje się być nie na miejscu, a powolniejsze tempo uznać można za odtrutkę na współczesne, często zbyt szybkie animacje.

Sam obraz poświęca sporo czasu, aby między małą Sophie a tytułowym Bardzo Fajnym Gigantem zrodziło się pewne uczucie. Ich relacja, choć nieco uproszczona, znajduje swoje odzwierciedlenie w… przestrzeni. BFG składa się z trzech sfer – jego izby, pracowni alchemicznej oraz miejsca, gdzie łapie sny. Odwiedzanie kolejnych pomieszczeń pozwala wytworzyć intymniejszą perspektywę, a samym bohaterom umożliwia zacieśnienie więzi. To proces stosunkowo intensywny, ale dzięki świetnemu duetowi Mark Rylance – Ruby Barnhill otrzymuje on wystarczającą dozę wiarygodności.

Sam film jednak zdaje się być zbyt bezpieczny. Jego żarty, mimo iż urocze, mają w sobie wyraz niegroźnej ameby, a poważniejsze aspekty historii nie dostają należytej atencji. W końcu motywy wychodzenia z toksycznych zależności, przełamywania uprzedzeń, czy zrozumienie własnych potrzeb są niesłusznie pomijane; zakopywane pod optymistyczną iluzją, tracą swoje nieoczywiste właściwości, a odrobina mroku mogłaby poszerzyć nasze pojęcie o ciekawe dylematy. Natomiast sam morał, w myśl baśniowej konwencji, jest zaskakująco niewyraźny i trochę niejasny, co znowu przyjemnie odświeża – młodych nie uraczy prostacka, dosłowna odpowiedź, a sens i wartość tego zamieszania odnaleźć muszą sami. Nie ma nic lepszego niż myślący człowiek.

Kacper Poradzisz