Strona główna Magazyn Refleksje Piękniejszy świat Beaty: Życie lnu

Piękniejszy świat Beaty: Życie lnu

0

Z początku, gdy pan Mariusz zamówił pościel lnianą, bałam się kilku rzeczy. Po pierwsze jak to będzie z tym lnem. Bo do tej pory miałam okazję pracować jedynie z tkaninami dekoracyjnymi – grubymi, sztywnymi materiałami o luźnym, nierównym splocie. Jeśli piszą w klechdach domowych o zgrzebnych szatach Piasta Kołodzieja, to mam w wyobraźni właśnie taki len. Nie bardzo potrafiłam sobie wyobrazić, że można pod czymś takim spać  i nie podrapać przy tym naskórka. 

Rustykalne lniane1

 Postanowiłam jednak zaufać sprzedawcy, który w telefonicznej rozmowie zapewniał mnie, że len, jaki mi dostarczą, jest pod każdym względem inny od tego  z moich dotychczasowych doświadczeń – bo polski, bo pościelowy, bo równy i cienki, delikatny i najszlachetniejszy ze szlachetnych. I przyjechała paczka z materiałem – ciężka jak jasna cholera. Nic dziwnego. Miała z niego powstać wielka poszwa na kołdrę, dwie poszewki na poduszki oraz prześcieradło o powierzchni Camp Nou. A przy tym droga jak pół płacy minimalnej.

 Szyć z tej tkaniny to była czysta przyjemność. Pościel wyszła śliczna. Bardzo szlachetna i luksusowa. Pan Mariusz zadowolony i już planuje zakup następnych kompletów. Oby to zrobił przed pierwszym praniem. I prasowaniem – ma się rozumieć. Bo gdy tylko zobaczy, z czym się wiąże pielęgnacja takiej tkaniny, nieprędko zawita znowu w progi mojego sklepu.

 Z resztki tkaniny postanowiłam uszyć wiejskie poszewki. Do wiejskiej chatki. Tak to sobie wymyśliłam. I pomyślałam, że gdybym miała taką chatkę, to taką właśnie pościel bym chciała do łóżka.

 Miałam z tymi poduszkami trochę kłopotu. Przesuwały mi się tkaniny w ornamencie, jaki sobie wymyśliłam, aby te poszewki trochę uwieśniaczyć. Nie pomogła wzmożona uważność ani przypinanie szpilkami. A błędu, ani najdrobniejszego choćby przesunięcia w delikatnej pepitce nie mogłabym sobie wybaczyć. Stawałoby mi to ością w pamięci, jak literówki w ostatniej książce, jaką zdarzyło mi się połknąć w kolejce do pocztowego okienka. Z całej lektury pamiętam właśnie najbardziej te denerwujące literówki. Znaczy, że książka nie mogła być dobra aż tak.

 Nie chciałam więc pamiętać o tych pogubionych kratkach w tych nowych poszewkach. Prułam więc, zaprasowywałam wstawki na nowo i znowu przyszywałam. Jak się przesunęło, to znowu – z uporem maniaka – prułam, zaprasowywałam, przyszywałam. Aż wyszło jak należy.

 Len był nad wyraz cierpliwy. Żadnego śladu po pruciu. Wystarczyło rozgonić igłą delikatne miejsca po poprzednich przeszyciach i tkanina była jak nowa. Z tkaniną więc zupełnie jest inaczej niż ze mną. Ja też czasami wymagam poprawek. Nie jestem jednak tak cierpliwa jak ten len. Nie te włókna i nie to tkanie. Na mnie widać każde prucie. I nawet jak sobie wątek z osnową igiełką poprawię – nitka po nitce, rządek po rządku,  to i tak widać ślady po wkłuciach, gdy się mnie weźmie pod światło. Pamiętliwa jestem i co niektóre błędy (moje lub cudze) tkwią we mnie całe lata, nad czym bardzo ubolewam. Takie tkaniny to mają jednak łatwiejsze życie…

Beata Norbert

Po piękne drobiazgi Beaty zapraszamy do sklepu na  atrillo.pl