Strona główna Magazyn Kino Idziemy do kina: Creed.Narodziny legendy

Idziemy do kina: Creed.Narodziny legendy

0

Bennett Miller („Foxcatcher”) udowodnił, że zapasy mogą mu posłużyć do wnikliwej obserwacji psychiki sportowca, jakby przy okazji nakreślając portret narastającego szaleństwa. Ron Howard („Wyścig”) potrafił wpleść w brawurowo nakręcone wyścigi Formuły 1 angażującą rywalizację między skrajnościami, zaś Ryan Coogler znowu przypomniał widzom, ile jeszcze możliwości drzemie w porządnie wykonanym dramacie sportowym.

Creed03163.dng
Jego „Creed” nie tylko udanie odświeża wymęczoną markę, ale sprawnie i odważnie korzystając z gatunkowych toposów, przywraca wiarę w rozrywkowe kino sportowe. Owszem, jest tu sporo oczywistości, czy obowiązkowych, standardowych wątków, ale całość zbudowana jest z takim wyczuciem poruszanych motywów, że faktycznie trudno się nie zaangażować.

Prosta historia wychodzenia z cienia sławnego ojca, radzenia sobie z fizycznymi, jak i psychologicznymi problemami wybrzmiewa tutaj w szczerych, bardzo emocjonalnych rozmowach, swój punkt kulminacyjny, erupcję tłamszonego gniewu, zawierające w efektownych starciach na ringu. Operując tego typu fizycznością, bardzo surową i drapieżną, wszelkie sentymentalizmy, czy nieświeże sentencje przybierają tu formę ostatniego, wyciągającego z postaci maksimum, zastrzyku energii. Jednak dopiero wyczucie, z jakim podają nam twórcy owe podniosłe hasła wskazuje na wysoką jakość dostarczonego skryptu – nie zostaniemy uraczeni nadmiarem patosu (poza jedną, absurdalną sceną), ale skrupulatnie wymierzonymi emocjonalnymi momentami (oczywiście w ramach obranej konwencji). I dałoby się to odczytać jako precyzyjnie zaaranżowane sceny do wzruszeń, jednak patrząc, z jaką godnością „Creed” traktuje serię, której teraz jest częścią, jak ostatecznie piękny hołd składa wszystkim dotychczasowym epizodom, niełatwo odebrać tych sekwencji jako wycyzelowane zagrania pod publikę. Najzwyczajniej w świecie czuć szacunek twórców do tej serii, nie graniczący ze strachem, jak w przypadku nowych „Gwiezdnych Wojen”, ale umiejętnie korzystający ze spuścizny. Kiedy Rocky Balboa mówi „Teraz chodzi wyłącznie o ciebie” do nowego protagonisty, czujesz, że przekazuje pałeczkę w dobre ręce.

Elementem idealnie dopełniającym ten obraz okazuje się być Sylvester Stallone, który zmęczony i pomarszczony, daje popis swoich aktorskich umiejętności. Nie mówię tu o nadzwyczajnym występie, bo i sama rola nie wymagała odegrania bardziej złożonych emocji, ale sprawność, z jaką po raz kolejny wcielił się we „Włoskiego ogiera” budzi najwyższe uznanie. Jest melancholijny, wiecznie oderwany od rzeczywistości, całkowicie wypalony, a jednocześnie niezwykle oddany sprawie, jaką jest wytrenowanie nowego boksera. I ta dekadenckość fantastycznie balansuje nadmiar energii płynącej ze strony Adonisa – nowego podopiecznego Rockiego i głównego bohatera filmu. Co jednak ważne, obraz nie pozwala zepchnąć nowych postaci na drugi plan i zmarginalizować ich udziału w całej historii.
Prawdziwą adrenalinę wyciskają jednak pojedynki bokserskie, które nakręcone w fenomenalny sposób, całkowicie pochłaniają widza. Scena, w której „wychodzisz” na ring razem z zawodnikami to idealne, podbijające napięcie preludium prawdziwego, emocjonalnego starcia. Skonstruowane to wspaniale, ogląda się z zapartym tchem i choć wiesz, dokąd zmierza całość, nie chcesz zaprzątać sobie tym głowy. To jest właśnie cecha świetnie napisanego filmu rozrywkowego – mimo że posługuje się schematami, nie chcesz o nich myśleć.

I „Creed” podał mi to wszystko, czego tak nie lubię (schematy, patos, przewidywalność) w formie tak interesującej, świeżej i po prostu skutecznej, że nie umiałem oprzeć się dobrej zabawie, zachęcająco spoglądającej na mnie z ekranu.

Kacper Poradzisz