Strona główna Magazyn Kino Co nowego? Anna Karenina

Co nowego? Anna Karenina

0

Adaptacja ponadczasowego klasyka światowej literatury zawsze jest trudna. Nieważne, czy jest to Sienkiewicz, czy Tołstoj – reżyser i scenarzysta zawsze musi zmierzyć się z wielką legendą, opowieścią, którą tłum ludzi nosi w sercach, a bohaterowie przemawiają do ich wyobraźni i wpływają na zachowania bardziej, niż niejeden psychoterapeuta.  Zekranizować po raz kolejny „Annę Kareninę” jest zadaniem karkołomnym. Podjął się tego Joe Wright, a udało mu się to, trzeba przyznać, wyjątkowo dobrze.

                Film jest wspaniały. Spektakularny. Zaskakujący. Oszałamiający i brawurowy. Odkrywczy, wnosi zupełnie nową jakość do kinematografii. Inne patrzenie na film jako produkt. A na pewno – na to, jak może zostać nakręcony.

Joe Wright zbił mnie z pantałyku już w pierwszej minucie filmu. Gdy zobaczyłam trailer kilka miesięcy temu, nic nie wskazywało na to, że obraz ten zostanie zrealizowany w tak niesamowitej, niecodziennej konwencji. Konwencji cudownie teatralnej. Zachwycająca jest rytmiczność tekstu, postaci, ruchu. To, jak rozprawiono się z przestrzenią SCENICZNĄ  w tym filmie, wprawia w osłupienie i podziw. Sam pomysł na „Annę Kareninę” jest wprost fantastyczny.

Sądzę, że fabuły nie muszę nikomu przybliżać. To, że książka ta jest znana właściwie każdemu, oraz obecność dotychczasowych ekranizacji może sprawiać, iż nie czujemy przemożnej ochoty zobaczenia tego filmu, jednak zapewniam Państwa – Wright zafundował nam ponad dwie godziny wrażeń, jakich, jestem pewna, nikt do tej pory nie proponował widowni kinowej.

Nie chcąc zdradzać Państwu, czym tak bardzo zaskoczyła mnie „Anna Karenina”, opowiem o obsadzie, która wydaje mi się bardzo trafnie dobrana. Choć nie sądzę, by rozpisywanie się o jej atutach było celowe, nazwiska te mówią same za siebie.

Keira Knightley wydaje się być stworzona do filmów kostiumowych. I tu zagrała tytułową rolę, zagrała ją świetnie – podniszczyła moje wyobrażenie o Kareninie, jednak nadała zupełnie nową jakość tej postaci. Wspaniały Jude Law jako Karenin oraz Aaron Taylor-Johnson, młodziutki aktor, który wcielił się w rolę Wrońskiego.  Zagrał dobrze, jednak jego postać nieco mnie irytowała, co, być może, było zgodne z zamierzeniem Wrighta.

Wszystko wyważone jest w tak doskonałym stopniu, że patos (którego czasami trudno uniknąć w filmach kostiumowych) jest niewyczuwalny, jego po prostu nie ma.  Każdy element wydaje się być wysoce naturalny dla epoki, lecz jednocześnie – film wydawał się dziwnie współczesny. Szczególnie emocje bohaterów, a z pewnością nie wynikało to ze słabych umiejętności aktorskich, lecz przepysznego pomysłu reżysera. Drodzy Państwo, śpieszę donieść, że w listopadzie 2012 roku Wright wraz z produkcją wydał na świat dzieło, które jest czymś o wiele więcej, niż tylko filmową adaptacją klasyka literatury. To nie jest adaptacja. To jest polemika i reinterpretacja, przełamanie filmowych barier, propozycja zupełnie nowej jakości. Nie można sobie pozwolić na ominięcie „Anny Kareniny”.

Adrianna Woźniak