Z wypożyczalni: Witajcie w Moulin Rouge!

    0

    „…królestwie nocnych uciech, gdzie możni tego świata bawią się z pięknymi stworzeniami z Półświata. Mulin Rouge. Tancbuda i burdel…”

    Tak! Bowiem najsłynniejszy nocny klub Paryża nie był nocnym klubem w sensie chicagowskim, gdzie dobre jedzenie, rozmowy, muzyka na żywo i prawdziwe show na scenie. Moulin Rouge jest po prostu domem publicznym. Owszem, można potańczyć, ale zawsze wszystko sprowadza się tam do jednego. Tancerki są w rzeczywistości prostytutkami, a eleganccy panowie nie przychodzą tu bynajmniej porozmawiać o industrializacji czy innych palących tematach końca XIX wieku. W całej Francji rewolucja unosi się jeszcze w powietrzu, a w Mont Marte króluje bohema-prawdziwa, paryska, szczęśliwa, pijąca i paląca.

    Nie w takich jednak nastrojach spotykamy po raz pierwszy głównego bohatera (w roli Chrystiana wspaniały Ewan McGregor). Jest to bowiem retrospekcja, zabiera nas on w podróż w czasie. Pisze książkę. Zgodnie z obietnicą opowiada tragiczną historię swoją i Satine.

    Jednak nie chodzi mi w tym felietonie o to, aby opisać całą fabułę. Jest bowiem, jak przystało na klasyczny musical, prosta; ucieczka w poszukiwaniu marzeń, wielka nieszczęśliwa miłość, mnóstwo cierpienia, miłość z wzajemnością („największą w życiu radością jest miłość z wzajemnością”), superszczęśliwy okres w życiu, następnie kryzys, wyprostowanie spraw, a potem dziewczyna umiera. Bardzo klasycznie i bardzo prosto. Właściwie film ten nie zasługiwałby na uwagę, gdyby nie: aktorzy, muzyka, scenografia, cała koncepcja artystyczna. Wszystko, oprócz głównego wątku, jest po prostu NIE Z TEJ ZIEMI.

    Pierwszy raz „Moulin Rouge” oglądałam w Internecie, a mój nie działa zbyt szybko i udało mi się oglądnąć tylko pierwszych 15 minut (i w dodatku z lektorem; niestety, nie znalazłam innej wersji):

    Minęły pierwsze dwie minuty. Głowa mnie już bolała od mieszanki psychodelicznych obrazu i dźwięku. Oglądam… Prawie nieznośne! Psychodela pełną gębą… Jest trochę inna od tej witkacowskiej, ale jestem pewna, że i Witkacy by się jej nie powstydził! Czasami straszna…Innym razem zabawna, a potem przerażająca. Do tej pory była tylko jedna piosenka, a właściwie tylko 30 – sekundowy jej fragment, który ‘wrył mi się w mózg i nie chciał odpuścić przez następne 3 dni’. Ale to koniec mojego oglądania, koniec limitu, nie chce się buforować, Internet mówi STOP.

    Jestem trochę tym filmem zmęczona, nie wyję do komputera, że chcę dalej. 15 minut – to było dla mnie za dużo. I zapomniałam o ‘Moulin…’ na jakieś 2 tygodnie. Kiedy znajoma Włoszka jednak zapytała się, jak mi się podobało (obiecałam jej, że oglądnę filmy, które ona mi poleciła – ja poleciłam jej moje ulubione), postanowiłam obejrzeć do końca.

    I obejrzałam. Raz. Znowu do 15. minuty. Zakochałam się! Oglądałam ten fragment jeszcze 10 razy, potem już sobie podarowałam i pozwoliłam akcji się rozwinąć. Drugi. Trzeci. W rezultacie w ciągu 21 dni obejrzałam go 18 razy. A trwa ponad dwie godziny. Szaleństwo? Owszem. Znam już dialogi na pamięć. Wszystkie. Naprawdę. Oglądam ten film i gadam do komputera. Ale ‘Moulin Rouge’ wciągnął jak narkotyk. Jak nic innego do tej pory.

    Polecam oglądać bez lektora. Gra aktorska jest po prostu mistrzowska. To, co Ewan McGregor robi z głosem przy zwykłych dialogach-nisamowite. Lektor tylko psuje całe wrażenie. Piosenki? Bardzo ważne przy musicalach przecież. A tu nie ma nic do końca autorskiego. Totalna masakra! Łączą Madonnę z kankanem, czymś metalowym i…Marylin Monroe! (patrz: sceny ‘Diamond dog’ i ‘Diamond are a girl’s best friends’). I wiele innych… Naprawdę coś niesamowitego!

    Jeśli jeszcze Was nie przekonałam do ‘Moulin…’? Zrobi to na pewno… UWAGA POTTEROMANIACY! …Profesor Slughorn! Jim Broadbent gra tam jedną z głównych ról. Moim zdaniem przeszedł samego siebie. Jest po prostu niesamowity! I nie do poznania… Drugi argument? (Oczywiście uznaję, że nie trzeba już wymieniać w tej części felietonu McGregora i Nicole Kidman. Według niektórych w żadnym innym filmie nie wyglądała piękniej…) Nasz, polski! Jest to słowiański wkład w światowe kino! Dopiero po przejrzeniu całego składu na filmwebie.pl zobaczyłam, że w ‘Mouline…’ gra… Jacek Koman! (Szerszej widowni znany z filmu ‘Kochaj i tańcz’) Nie mogłam się nadziwić… Jest to z pewnością jego życiowa rola. W dodatku ucharakteryzowany nie do poznania. Gra bardzo ważnego Argentyńczyka z narkolepsją. Wiem, jak to brzmi, ale jest po prostu niewiarygodny. A jego wykonanie piosenki Stinga ‘Roxanne’ (tu: „El tande del Roxanne”) rzuciło na kolana. Duma rozpiera mnie do teraz! Polak w TAKIEJ produkcji…!

    Podsumowanie? Rewelacyjna muzyka, niewiarygodna scenografia i kostiumy, doskonała obsada. Uzależnia. Naprawdę. Coś niesamowitego! Poza tym wzruszająca historia miłości. Jeśli jeszcze Was nie przekonałam, być może zrobią to nagrody, które ten film zebrał. A jest ich naprawdę dużo!

    Kiedy już zdecydujecie się zobaczyć ‘Moulin Rouge’, wybierzcie raczej wersję z napisami (jeśli znajdziecie) albo po prostu po angielsku, bez lektora. Lektor bowiem nie jest aktorem i kiedy wypowiada kwestię i Christiana, i Satine, wszystko wypada mało wiarygodnie. Poza tym zagłusza emocje w głosach aktorów.

    A w ogóle, co bardzo ciekawe; zauważyłam, że wersja z polskim lektorem nie przeszła obróbki! Mowa o typowo estetycznych poprawkach, jak np. rozmazany makijaż Nicole Kidman po płaczu. W wersji angielskiej ma piękną, alabastrową cerę, a w wersji z lektorem – w dokładnie tym samym momencie -po twarzy spływa jej rozmoczony tusz do rzęs… Takich niedociągnięć jest więcej, ale nie trzeba wszystkich wymieniać, bo i po co.

    Jako przedsmak, polecam zobaczyć na YouTube scenę ‘Diamond Dog’, cały nastrój filmu jak w pigułce. Co tam się dzieje…! A potem – po prostu obejrzeć film.

    Adrianna Woźniak