Tkanie życia: Urszula Pawłowska

    7

    Urszula Pawłowska jest od niemal pół wieku związana ze Świdnicą. Najpierw ją budowała, potem, dzięki swojej energii i zapałowi, rozwijała jej życie kulturalne. W 1989 roku zaczęła prowadzić pierwszą w mieście galerię sztuki współczesnej VitroArt i prowadzi ją do dzisiaj. Od czerwca ubiegłego roku prezesuje Towarzystwu Regionalnemu Ziemi Świdnickiej. Z zawodu architekt, nauczyciel szkolny, urbanista. Z zamiłowania plastyk, malarz, animator kultury, poszukiwacz nowych, ciekawych miejsc. Kobieta niespokojna i wciąż poszukująca. A przy tym wszystkim niezwykle sympatyczna, przyjazna innym  i potrafiąca przekazać, szczególnie młodzieży, to, co dzisiaj najcenniejsze – ciekawość świata, wrażliwość na otaczającą nas harmonię i piękno, a także wiarę w siebie. Otwarta na innych, niezwykle życzliwa i towarzyska. Lubiąca ludzi i otaczana powszechną sympatią. Posiada coraz rzadszy dar prowadzenia ciekawej i wciągającej rozmowy. Potrafi barwnie i wzruszająco opowiadać. Jest dobrym człowiekiem. Ma grono stałych i wiernych przyjaciół. Spokojna i zrównoważona.

    Zanim ostatecznie osiadła w Świdnicy, doświadczyła wędrówek charakterystycznych dla wielu mieszkańców Dolnego Śląska. W czasie wojny rodzice pani Urszuli, uciekając z Warszawy, znaleźli się przypadkowo na Lubelszczyźnie, w Biłgoraju. Tam właśnie jechał samochód ciężarowy wiozący sita do fabryki, która je produkowała. Z całym dobytkiem, mieszczącym się w rękach, dotarli tam owym samochodem, dzięki życzliwości spotkanych po drodze ludzi. W Biłgoraju przyszła na świat nasza dzisiejsza bohaterka. Tam też jej ojciec, nauczyciel z wykształcenia, a muzyk z zamiłowania, po szkole muzycznej w klasie skrzypiec, założył męski chór „Echo”. Chór, który istnieje do dzisiaj. Przez długi czas nie odczuwała żadnych mocniejszych więzi z tym miastem, ale po śmierci rodziców wspomnienia wróciły. Kilka lat temu, wraz z mężem, odbyła swoją podróż sentymentalną w przeszłość i na nowo odkrywała te miejsca. Była to szczególna wycieczka, która do dzisiaj wywołuje emocje i wzruszenie. Widziała znów chatę, w której się urodziła, a teraz przeniesioną do tamtejszego skansenu. Odwiedziła piekarnię, którą pobudowano obok miejsca, gdzie stała owa chata, a której właściciel jest kolejnym pokoleniem biłgorajskich piekarzy. W tamtej piekarni mama kupowała dla niej bułki z kaszy gryczanej z miętą, które wypiekają nadal i są one wskazówką, czy jest się „stamtąd”, czy nie. Spotykała ludzi, którzy pamiętali o jej rodzicach i ich pobycie w Biłgoraju.

    Po dwuletnim pobycie rodzice wraz z małą Urszulą wyjechali do rodzinnego domu ojca w Katowicach. Stamtąd rozpoczęli kolejną podróż, na Zachód, w poszukiwaniu swojego miejsca na świecie. Dotarli do Wałbrzycha. Tu ojciec naszej bohaterki był dyrektorem teatru. Wspólnie ze Stanisławem Jarzyną organizował życie teatralne na Dolnym Śląsku. Prócz tego organizował handel prywatny w mieście. Niestety, z tego nie można było utrzymać rodziny i po dziesięciu latach pobytu w Wałbrzychu przenieśli się do Wrocławia, by dziecko mogło się uczyć w dobrych szkołach.

    Okres wrocławski trwał do czasu ukończenia studiów na wydziale architektury. W tym czasie Urszula Pawłowska edukowała się i rozwijała swoje pasje plastyczne, m.in. od kierunkiem córki Vlastimila Hofmana, jednego z najwybitniejszych polskich malarzy XX wieku, przedstawiciela symbolizmu w pracowniach wrocławskiego MDK. Później były studia na architekturze i nakaz pracy. Był to wrzesień 1968 roku. Wybrała Świdnicę i Wrocławskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego „Południe”, które stawiało Osiedle Młodych. Przez trzy lata pracowała jako inżynier budowy. Jej działem był m.in. basen przy ulicy Równej, stołówka Fabryki Wagonów przy ulicy Strzelińskiej, hala produkcyjna w dawnym ZEM -ie, którą rozebrano, bo buduje się tam obecnie galerię handlową, a także sporo budynków mieszkalnych. Coraz mocniej wiązała się z miastem. Dostała pierwsze mieszkanie, później kolejne, większe, przy ulicy Bohaterów Getta. Wrastała w to miejsce i dzisiaj nie wyobraża sobie, że mogłaby je opuścić, czy zmienić na Wrocław. Biłgoraj jest dla niej miejscem sentymentalnym, który jest prawdziwym obrazem Polski.
    Z ludźmi żyjącymi własnym tempem, nieśpiesznie i bez charakterystycznego dla naszego regionu niepokoju emocjonalno-twórczego. Mogłaby tam jeździć co jakiś czas, ale żyć i realizować się woli tutaj, w Świdnicy. Bo to jest jej miejsce na ziemi, w którym zapuściła swoje korzenie.

    Czy żyjąc tak intensywnie i realizując się w różnych dziedzinach ma Pani jeszcze jakieś marzenia? Nawet takie zupełnie irracjonalne, które nie zawsze mogą być realizowane?

    – Moim największym marzeniem są zawsze podróże. Niemal całe życie śpię na walizce. I to nie tak, bym przenosiła się gdzie inaczej z całym domem. Ale są to takie nieduże podróże. Co roku wyszukuję sobie takie miejsce w świecie. Wyjeżdżam tam na tydzień lub nieco dłużej. I poznaję to miejsce, ludzi, smaki, klimat, zapach. Nie zawsze robię to z moim mężem, bo on ma zapotrzebowania bardziej sportowe, jako że jest miłośnikiem tenisa. Czasami razem wyjeżdżamy na turnieje tenisowe i oglądamy je. Ale lubię samotnie cieszyć się poznawaniem zupełnie nieznanych, nowych miejsc. Dlatego moim największym marzeniem jest, by zdrowie dopisywało mi jak najdłużej i bym jak najdłużej mogła cieszyć się podróżowaniem. Jest jeszcze takie jedno, o którym marzę. To Bretania. Może w tym roku tam się wybiorę.

    Wacław Piechocki