Noworoczne horrory

    0

    Skwerek, który mamy w zasięgu swojego wzroku okiennego, jest polem przeróżnych dziwnych historii. Codziennie, od bladego świtu, jedną z ławek okupują miłośnicy rozwiązanych języków i napojów wszelkiej maści, byle wzbogaconych odrobiną procentów. Bywa, że odhaczają swoją obecność już od szóstej rano i dyskutują do późnego popołudnia. Podziwiam ich za wytrwałość i mnogość tematów. Z jednym z nich wymieniamy nawet czasem powitalne skinienia głowy (oczywiście, jeśli zdarzy się, że coś zauważa owładnięty alkoholem). Którejś śnieżnej i mroźnej zimy służył mi swoim życzliwym ramieniem, gdy nie ustałem po poślizgu na nieposypanym chodniku. Stoją sobie nasi „maryniści” i popijając dyskutują, a opodal nich przetacza się czereda właścicieli psów wszelakiej rasy. Najczęściej są to wielorasowe, niezbyt skrupulatnie dbające o geny partnerów. Ostatecznie to nie jest takie ważne, bo i tak należą one do grupy najwierniejszych.

    Kilka dni temu moja NN zauważyła między nimi rudego setera irlandzkiego, biegającego luźno, bez właściciela. Przypomniało mi się o nim, gdy wczoraj w lokalnym programie TV widziałem materiał o właścicielu poszukującym takiego właśnie psa, który spłoszony noworoczną kanonadą z kalichlorku zbiegł był ze swojego domu. Może to był właśnie on? Z obawą oczekuję ostatniego dnia roku. Nie z powodu jakichś przesądów czy innych tego typu wygłupów. Po prostu jestem przerażony skalą hałasu, jaką serwują nam, ostrożnym miłośnikom wątpliwych atrakcji sylwestrowych, i zwierzętom wszelkiej maści i rasy, współziomkowie. Jak kraj długi i szeroki, „wali się” z wszystkiego, co może wybuchnąć, wystrzelić i narobić huku. Bez względu na to, czy inni tego chcą, czy też nie. Odpala się fajerwerki na każdym centymetrze wolnego placu, ulicy etc. Byle głośniej, barwniej i z przytupem. Trwa to kilka godzin. A w tym czasie nasze zwierzęta domowe i podwórkowe przeżywają dramat. Nasz kot Rysiek jakby czuł zbliżającą się grozę. Natychmiast po pierwszym wystrzale wchodzi po łóżko. Skulony siedzi w najgłębszym rogu i nie wyściubia nosa. Jak twierdzą specjaliści, zwierzęta drapieżne w drodze ewolucji wykształciły nader czułe zmysły, co umożliwia im sprawne zdobywanie pożywienia. Kot śpiący na parapecie czy pies wylegujący się na kanapie może mało przypomina drapieżnika, ale nadal nim jest. Ewolucyjnie i genetycznie nie różni się wiele od swoich dzikich przodków, podobnie jak my niewiele różnimy się od człowieka pierwotnego, zamieszkującego jaskinie. Nasze „domowe” drapieżniki mają bardzo czułe zmysły, a to wpływa na skalę nieprzyjemnych doznań, jakich doświadczają w Sylwestra. Pies doskonale słyszy dźwięki w zakresie częstotliwości 16-50 000 Hz, podczas gdy człowiek obdarzony doskonałym słuchem może usłyszeć tony do 20 000 Hz. Słuch kota jest jeszcze bardziej czuły, a na dodatek, dzięki szybkim ruchom uszu, znacznie szybciej niż pies potrafi zlokalizować źródło hałasu. Niestety, wrażliwość zwierzęcych uszu jest ich zmorą w czasie Sylwestra. Umiarkowany hałas,  jaki często towarzyszy wystrzałom fajerwerków, dla zwierząt może oznaczać już fizyczny ból. Do tego dochodzi stres związany z częstotliwością i długotrwałością takich dźwięków – wszak nierzadko już o dwudziestej słychać pierwsze wystrzały. Do tego dochodzą błyski, kojarzące się zwierzętom z piorunami. Nic dziwnego, że wiele zwierząt wpada wtedy w panikę i stara się ukryć lub uciec jak najdalej. Wiele z nich boi się już zwykłej burzy, a w Sylwestra dla zwierząt panuje taka kilkugodzinna burza, tylko znacznie głośniejsza i dłuższa. Dobrze jest przy okazji spuścić żaluzje i zasłonić zasłony lub powiesić koc – wszystko to odizoluje zwierzęta od błysków i hałasu. Zwierzęta spokojniej reagują na wszelkie stresowe sytuacje, gdy obok jest właściciel – jednak nie zawsze jest to możliwe w sylwestra, stąd też bezpieczna i ciemna kryjówka jest tak ważna. Na całe szczęście tak wystrzałowa noc zdarza się tylko raz w roku. Tegoroczna była wyjątkowo „wystrzałowo” krótka. Może to zasługa kryzysu, a może małej atrakcyjności takiej rozrywki. Bez względu na to wciąż niektórzy z nas poszukują swoich pupili.

    Wacław Piechocki