Wyjątkowi świdniczanie: Mirosław Jabłoński

    1

    Nauczyciel, aranżer, kompozytor, który w wolnych chwilach zajmuje się… muzyką. Swoją pasją i wiedzą obdarza kolejne pokolenia utalentowanych młodych świdniczan, a o mały włos nie byłoby ani jego kompozycji, ani Studia Piosenki w Młodzieżowym Domu Kultury, ani wreszcie świdnickiej realizacji „Metra”. – Wszystko z powodu buntu nastolatka – rozkłada ręce po latach. – Może gdyby nie mój upór, byłbym teraz zupełnie gdzie indziej – wzdycha trochę z żalem. Na szczęście dla Świdnicy los skierował go właśnie tutaj.

    Mirosław Jabłoński urodził się i pierwsze 17 lat życia spędził w Gubinie, wówczas małym, sennym miasteczku na granicy polsko-niemieckiej. To wtedy nie był, jak dzisiaj, początek Europy, ale koniec Polski. Przez zamkniętą szczelnie granicę  wpływy zachodniego świata nie docierały. Życie Mirka upływało między nauką szkolną a żmudnymi ćwiczeniami na fortepianie w szkole muzycznej. Po siedmiu latach powiedział dość. – Bolało mnie, kiedy za oknem koledzy grali w piłkę, a ja wciąż musiałem ćwiczyć – wspomina. – Któregoś dnia mimo protestów nauczyciela zrezygnowałem. Mama, chcąc mnie przekonać, zagroziła, że sprzeda pianino. Byłem tak zapiekły w swoim postanowieniu, że zlekceważyłem tę groźbę. No i sprzedała. Nie grałem ponad pół roku.

    Jak sam przyznaje z żalem, technicznie był coraz lepszy, ale mentalnie nieprzygotowany na karierę pianisty. Kiedy okazało się, że bez muzyki nie może żyć, na klasyczną drogę edukacji było za późno. Podjął naukę w szkole średniej, o której dziś nawet nie chce wspominać. Grywał w różnych zespołach, ale do żmudnej pracy nad talentem nie wrócił. – Powiem szczerze, że już wtedy zdecydowanie bliżej było mi do muzyki rozrywkowej – przyznaje. – Podziwiam znakomitych technicznie pianistów, ale sam nie widzę siebie grającego Chopina czy Mozarta.

    Jako 17 – latek z mamą i babcią przyjechał do Świdnicy. Nie na długo. Wkrótce wyruszył do szkoły średniej z internatem w Strzelcach Krajeńskich. Potem była zasadnicza służba wojskowa w Oleśnicy, podczas której poznał swoją przyszłą żonę, Barbarę. To dla niej osiadł w zupełnie obcym mieście i podjął pracę w  Młodzieżowym Domu Kultury. Tam też trafił na Barbarę Strzyżewską, która namówiła go na dokończenie w trybie eksternistycznym szkoły muzycznej i studia na Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Skończył kierunek teoretyczno-pedagogiczny.  Z powodów rodzinnych musiał się w 1985 roku wraz z żoną i maleńką córeczką Izabelą przenieść do Świdnicy. Wkrótce na świat przyszedł syn Sebastian, dziś utalentowany informatyk. On sam aż na 15 lat znalazł swoje miejsce w świdnickiej Szkole Muzycznej. – Ale oko na mnie miała pani Anna Łowicka, ówczesna dyrektorka Młodzieżowego Domu Kultury w Świdnicy. Zaproponowała pracę u siebie raz, potem drugi, a kiedy znów chciałem odmówić, zapowiedziała, że trzeciej propozycji nie będzie. I tak doszło do mojego transferu – śmieje się Mirosław Jabłoński. Tutaj mógł rozwinąć jedną ze swoich największych pasji, jaką stała się praca z wokalnie utalentowaną młodzieżą. Jego uczennice i uczniowie ze Studia Piosenki odnoszą sukcesy w licznych konkursach, a najwięcej na muzycznym rynku zawojowała dotychczas jedna z nich – Paulina Lenda. Nie jest nauczycielem-kumplem. Wymaga rzetelnej pracy. – Bo oczywiście talent jest podstawą, ale sam piękny głos niewiele daje. Ważne jest przygotowanie, szacunek dla słuchacza i tworzenie małych opowieści podczas występu – wyjaśnia. Sam potrafi wybaczyć wiele błędów technicznych, gdy artysta zachwyci go przekazem emocji i uczuć. Dlatego bardzo lubi śpiewających aktorów. Bo ma duszę impresjonisty. – Uwielbiam ten gatunek w muzyce, w malarstwie, w rzeźbie. Jest jak zatrzymanie chwili, wrażenia, czegoś ulotnego. Blisko mi też do jazzu – dodaje. Kilka lat temu z brazylijską piosenkarką Marcią Leone przygotował koncert z kompozycjami A.C. Jobima, który zrobił furorę podczas Festiwalu Jazzowego w Świdnicy.

    Praca pedagoga to nie wszystko. Komponuje i aranżuje. Współpracował z wałbrzyskim Teatrem Dramatycznym przy realizacji koncertu „Nie ma we mnie goryczy”.  Od lat komponuje utwory specjalnie na Dni Papieskie. Jego autorstwa są m.in. „Odkupienie” – 4 pieśni i recytacje do tekstów Karola Wojtyły, „The Fairy Song” na zespół smyczkowy i alt, „Pielgrzym” na głosy solowe, chór, zespół instrumentalny i recytatora. Pisze także piosenki dla swoich podopiecznych, przygotowuje programy artystyczne związane z wybitnymi postaciami. Wśród nich są m.in.  „A źródło wciąż bije” z piosenkami Jacka Kaczmarskiego i „Bardowe gitary” z utworami Leonarda Cohena i Krzysztofa Klenczona. Za swoją pracę był nagradzany przez Dolnośląskiego Kuratora Oświaty i prezydenta Świdnicy.

    W wolnych chwilach zajmuje się… muzyką. – Piszę sobie te nutki – mówi skromnie. Gotowy jest już materiał na płytę z muzyką klasyczną. – Dopieszczam go i powoli zbliżam się do finału, ale nie ma we mnie dążenia, by zrobić coś szybko, natychmiast – dodaje. To jego wyważone, spokojne podejście nie tylko do muzyki, ale i świata, zderza się coraz częściej z rzeczywistością. – Kiedyś młodzież przychodziła do Studia Piosenki, bo chciała śpiewać. Dziś chce robić szybką karierę, startować w castingach do licznych programów telewizyjnych z muzyką w tytule. Mama, tata czy pani w szkole mówią – masz taki piękny głos, idź, poucz się i będziesz gwiazdą. A oni wierzą w te słowa. Tymczasem muzyka musi najpierw być pasją.

    Zapytany o to, czego by sobie życzył, długo milczy. – Gdybym mógł cofnąć wskazówki zegara, chciałbym więcej czasu spędzić z moją żoną i dziećmi, gdy były malutkie. Na to już za późno. Więc chyba po prostu szczęścia.

    Agnieszka Szymkiewicz/foto Tomasz Pietrzyk