Mądrość starych kobiet

    2

    Komu jest ona dzisiaj potrzebna? Mnie na pewno. A innym? Nie wiem, czy to nastrój jesieni, czy może zupełnie coś innego, ale ostatnio dopada mnie stan dziwnej refleksyjności. Kilka dni temu moja NN podsunęła mi pewien wywiad zamieszonym w elektronicznej wersji Wysokich Obcasów. Rozmowa była na tyle interesująca, że chciałbym coś z niej przemycić do tego felietonu.

    Prof. Maria Świda-Ziemba, foto TVP3

    Najpierw, z kim rozmawiał Włodzimierz Nowak, znany reporter Gazety Wyborczej?  Z Hanną Marią Świdą – Ziembą. Urodzoną w Wilnie socjolog, profesor, nauczycielką akademicką, działaczką opozycji w okresie PRL. W 1952 ukończyła studia z zakresu socjologii na Uniwersytecie Łódzkim. W 1960 uzyskała stopień naukowy doktora, w 1969 habilitowała się. W 1995 otrzymała tytuł profesora nauk humanistycznych. Od 1954 związana zawodowo z Uniwersytetem Warszawskim, od 1995 zajmuje stanowisko profesora. Wchodzi w skład prezydium Polskiej Akademii Nauk. Wykłada także w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Opublikowała szereg prac naukowych, głównie z zakresu socjologii i analizy systemów totalitarnych. Od 1991 do 1993 pełniła funkcję członkini Trybunału Stanu. Tyle zamieszczono w Wikipedii. Pamiętam, że za swoich odległych czasów studenckich znałem pewną dr Zofię Świdę, która, o czym dowiedziałem się z tego materiału, była siostrą pani profesor. Utkwiła w mojej  pamięci jako kobieta niezwykłej urody i mądrości. Niestety, prof. Zofia Świda, wybitna karnistka zmarła w lutym tego roku we Wrocławiu.

    Wywiad już z tytułu – „Albo mąż albo cebula” – zapowiadał się ciekawie. Ciekawe spostrzeżenia dotyczące np. życia, roli kobiety i mężczyzny w związku, relacji małżeńskich i zdrady warte są poznania. Choćby dlatego, że są zupełnie inne od tych określanych mianem standardów. Profesor Hanna Świda – Ziemba wychowywała się w specyficznej rodzinie – Przed wojną oprócz sytuacji, gdzie zgodnie z tradycją występowali razem, każdy z rodziców układał życie po swojemu. Mama była pediatrą, spotykała się w swoim środowisku. W drugi dzień Wielkanocy chodziła ze mną po znajomych, bo ojciec tego nie lubił. Wpadało się na godzinkę na śniadanie. Ojciec był adwokatem i pracował na uniwersytecie. Przyjaźnił się z Catem-Mackiewiczem, siedział czasem w redakcji kawał nocy. Chodził grać w brydża. To nie były jakieś papużki nierozłączki. Matka miała raczej dynamiczne usposobienie. A ojciec spokojny, ale stanowczy. Nigdy nie robili sobie uwag, jak ty żyjesz, dlaczego nie pamiętasz o naszej rocznicy. Jeżeli ojciec zapomniał, to mama najwyżej mówiła, Wisiu, popatrz, jak się ładnie ubrałam, bo pamiętam o rocznicy. Ojciec całował ją w rękę przepraszająco i wszystko…. Szanowali naszą niezależność i że także ich małżeństwo było oparte na absolutnej niezależności”.
    Taki klimat i otoczenie, jak również doświadczenia życiowe i wiedza sprawiły, że poglądy wygłaszane dzisiaj przez Starą Kobietę, jak w pewnym momencie określa siebie w tym wywiadzie, bywają zupełnie różne od tych tzw. normalnych. Przykład? Proszę bardzo. Na pytanie o małżeństwo odpowiada – „A my żyliśmy w jawnym konkubinacie. Więc kiedy zdecydowaliśmy się na małżeństwo, to rodziny odtrąbiły zwycięstwo, że to zgorszenie się kończy. Zawarliśmy małżeństwo trochę ze względu na córkę, ale bardziej ze względu na spółdzielnię mieszkaniową. Chcieliśmy zamienić moje 38 m kw. na wspólne 49 m kw. Mieszkamy w nim do dziś. Dlatego mąż musiał być pełnoprawnym członkiem mojej rodziny. Przy czym mąż był mniej oporny wobec małżeństwa, natomiast ja byłam do końca przerażona.

    Że będzie pani własnością pana Ziemby.

    – A on moją, bo to była współwłasność, ale własność. Uważałam za największą wartość życia to, że żyję po swojemu. Oboje byliśmy okropnie niezależni. Na nasz ślub zleciało się strasznie dużo osób, by zobaczyć, jak zdeklarowani samotnicy się pobierają. Miałam suknię do kolan, białą w cętki. Nie zrobiliśmy zdjęć, bo ja nie chciałam, dziś żałuję. Ślub był nawet uroczysty, cywilny, broń Boże kościelny, bo uważaliśmy, że nie będziemy czerpać usług religijnych, jeżeli jesteśmy niewierzący”.
    Jasne, większość głoszonych przez panią profesor poglądów jest spójna z jej światopoglądem. A niektóre nie mają z nim nic wspólnego. Są otwarte, nowoczesne, w trzeźwy sposób oceniają „kondycję” do stworzenia rodziny współczesnych młodych ludzi. Najchętniej skopiowałbym cały ten wywiad, bo z każdego zdanie bije wręcz (choć nie znoszę takich porównań) prawda, z którą się utożsamiam. Ten szczególny rodzaj życiowej wiedzy, od którego uciekamy; który młodzi uważają za zrządzenie tetryków; coś, do czego dochodzimy po latach, kiedy czasami jest zbyt późno na przekazanie tych mądrości innym. Jakże brakuje takich mądrych rozmów. Pani profesor podaje rozwiązania na wspólne bycie, jakże dalekie od bełkotu z kolorowych pism. Rozwiązania proste i klarowne. Afirmujące wzajemny szacunek i niezależność w związku. Ten wywiad potrząsa tradycyjnym schematem postrzegania roli kobiety i mężczyzny w związku. Niewiele tu z tzw. wartości chrześcijańskich, za to cała masa zdrowego rozsądku i zwykłej życzliwości. Pokazuje, że związek to nieustanna praca, kompromisy i poskramianie własnego ego. I w cudowny sposób pokazuje, że miłość to nie chemią i metafizyka, ale w sporej mierze biologia, która jest fundamentem do budowania rzeczy pięknych i trwałych.

    „Miłość się sprawdza, kiedy on wymiotuje na twoich oczach, kiedy widzisz go w nieestetycznych sytuacjach. Kiedy widzisz, że musisz mu pomóc. Kiedy on już nie dostarcza ci samochodu, tylko właśnie go traci. Taka odpowiedzialność za drugiego. Ale nie z wyrozumowania, tylko z uczucia. I tego młodzi dziś nie rozumieją”.

    Wacław Piechocki