Tkanie życia: Michał Ossowski

    5

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

    Czasami przy takiej okazji, jak spotkanie z Michałem Ossowskim, nie można powstrzymać się, by nie powiedzieć – Chciałbym, żeby tacy ludzie jak on rodzili się na kamieniu! Świat byłby wtedy lepszy i sympatyczniejszy. I nie ma w tym przesady czy zbytniego gloryfikowania naszego bohatera. Bo jak inaczej można oceniać człowieka, dla którego najważniejsze w życiu jest i były rodzina i jego szkoła? Michał Ossowski to bez wątpienia jeden z tych, którzy na swój autorytet i pozycję zasłużyli całym swoim życiem. Szanowany przez wiele pokoleń absolwentów Kasprowicza; matematyk, który  nauczył nie tylko różniczek, trygonometrii czy logiki matematycznej, ale wpoił wiele prawd, które przydały się w późniejszym życiu. A kiedy odszedł ze szkoły po ponad trzydziestu dwóch latach pracy, swoje doświadczenie przekazywał w samorządzie. A jeszcze wcześniej aktywnie działał na rzecz zmian ustrojowych w kraju i mieście. Wciąż czynny, mimo wielu problemów zdrowotnych, z radością obserwuje, jak zmienia się jego Świdnica. Bo inaczej nie potrafi mówić o mieście, z którym związał się już ponad pół wieku temu.

    Urodził się w rodzinie chłopskiej na Kresach, we wsi Husne Niżne, w obwodzie lwowskim, w rejonie turczańskim nad Huśnikiem. Dzisiaj wieś liczy około 259 mieszkańców. Pierwsze wzmianki o miejscowości pochodzą z 1556 r. W 1921 r. wieś liczyła około 366 mieszkańców. Przed II wojną światową leżała w granicach Polski i wchodziła w skład powiatu turczańskiego. Tam właśnie senior rodu Ossowskich i jednocześnie tata naszego bohatera był sołtysem przez dwie kadencje. Podobno to było źródłem późniejszego angażowania się przez pana Michała w działalność samorządową. Husne Niżne to rejon Wschodnich Bieszczad, który do dzisiaj wspomina z zachwytem i kilka lat temu odwiedził z żoną.

    Kiedy miał sześć lat, zaczął swoją wielką wędrówkę. Jak bohaterowie filmu “Sami swoi”, przez trzy tygodnie jechał w pociągu towarowym, by znaleźć z rodzicami, sześciorgiem rodzeństwa i całym dobytkiem, swoje nowe miejsce na ziemi. Pamięta z tej podróży kąpiele dwutygodniowego brata pod pompami zaopatrującymi parowozy w wodę, na stacjach kolejowych. Zawieźli ich na stację Szczecin Dąbie. Dzisiaj pan Michał śmieje się, że “kazali wieśniakom z Bieszczad mieszkać w bogatych, niemieckich willach pod Szczecinem”. Wspomina, że zdarzały się przypadki, że niektórzy, nie przywykli do nowych realiów, mieszkali w jednym pokoju w willi, a w drugim trzymali barany. Ziemie tam były liche, piaszczyste. Tata, rolnik z krwi i kości, zaczął szukać czegoś nowego. W 1946 roku znalazł wieś Wieśnicę koło Strzegomia. Tam ostatecznie się osiedlili i zbudowali swoje nowe gniazdo, które po dzisiejszy dzień należy do kolejnych pokoleń Ossowskich. Tam budowali swoją przyszłość i życie. Poznawali, czym jest praca. Nabierali szacunku do niej i do innych ludzi. Szkoła był niezła, a jej efekt to m.in. czterech Ossowskich z wyższym wykształceniem, którzy wyszli z tego gospodarstwa. Zawsze trzymali się razem i wspierali. Ale tym, który czuwał nad wszystkim, był tata-senior. Dzisiaj pan Michał wspomina czas, kiedy jako biedny “belfer” z Kasprowicza zajechał pod szkołę nowym Wartburgiem. Został posiadaczem tego cudu techniki motoryzacyjnej zza Odry, oczywiście dzięki zaradności jednego z braci (dostał talon) i głównie pomocy finansowej “Dziadka”, czyli taty. I tak stał się posiadaczem drugiego swojego samochodu, po “wiekowym” Moskwiczu, który rozsypał się z powodu wad.

    Okres świdnicki to czas nauki. Po ukończeniu edukacji w Żółkiewce i Goczałkowie, zaczął naukę w drugim liceum w Świdnicy. Wcześniej był tam oczywiście starszy brat. Nie skończył jednak tego liceum, bo jak wspomina, “wspólnie z tatusiem ustaliliśmy, że pójdę po dziewiątej klasie do technikum felczerskiego we Wrocławiu”. W tym technikum przy ulicy Stawowej był raptem trzy miesiące. Zniechęciło go pielęgniarstwo,
    w którym się nie zakochał. Pamięta przygodę z jednych zajęć, podczas których miał zmienić pościel na łóżku chorego. Przesunął manekina symulującego pacjenta, ale podczas przesuwania prześcieradła ten spadł z łóżka. Była “afera” i awantura od pielęgniarki. Miał wówczas piętnaście lat i jak mówi – “Zupełnie mnie to nie kręciło”. Wstydził się wracać do kumpli na Równą, a że z internatu znał go “matematyk” z Kasprowicza, zdradził drugie liceum dla pierwszego. Z nauką nie było problemów. Szczególnie z przedmiotami ścisłymi. Z humanistycznymi było gorzej. Czasami zdarzało się, że klasa kończyła omawiać jakąś lekturę, a Michał Ossowski jeszcze ją czytał. Śmieje się, że więcej książek przeczytał na emeryturze niż wówczas. Ale poradził sobie jakoś i maturę zdał w 1957 roku.

    Poszedł na studia, nie jak brat na politechnikę, ale na uniwersytet. Świetnie przygotowany przez matematyka Piotra Sadaja, wybrał matematykę na uniwersytecie wraz z pięcioma absolwentami Kasprowicza. Był studentem światowej sławy matematyka Hugo Steinhausa.  Twórcy potęgi wrocławskiej szkoły matematycznej, należącego do tzw. lwowskiej szkoły matematycznej. Znanego także jako aforysta. Były to niezwykłe doświadczenia, bo ludzie, wśród których wówczas się znajdował, byli wyjątkowi. Pamięta jeden z egzaminów w willi profesora na Biskupinie. Zdany w ciągu trzech minut, na “cztery”. Nigdy czegoś podobnego nie przeżył. Później była praca w Elwro i poznawanie pierwszych polskich komputerów “Odra”, które mieściły się w ogromnych szafach ustawionych w sporych halach. Na lampach z wielkimi, chłodzącymi wentylatorami. Wówczas “mgr” brzmiało dumnie i dostawało się dodatek stu złotowy do pensji. Nie zagrzał tam długo miejsca. Podczas jednej z wizyt w Świdnicy, przez zupełny przypadek, przechodząc w pobliżu liceum na Budowlanej, został zaangażowany przez dyrektora szkoły na stanowisko fizyka. I tak się zaczęła przygoda życia. Bo szkoła i rodzina to dwie najważniejsze rzeczy w życiu Michała Ossowskiego. Wokół nich tkał swoje dni. Kochał i kocha swoją szkołę. Był dla młodzieży prawdziwym autorytetem i wzorem. Pamiętają o nim do dzisiaj. Często spotyka swoich uczniów i słyszy słowa podzięki. Przeżył w Kasprowiczu trzydzieści cztery lata. W 1994 roku zaczął swoją przygodę z samorządem. W tzw. międzyczasie (w 1989 roku) zachorował na zapalenie mięśnia sercowego. On, tytan zdrowia, uprawiający w czasach studenckich wioślarstwo, niestety, musiał zmienić tryb życia. Na szczęście medycyna stanęła na wysokości zadania i do dzisiaj Michał Ossowski żyje i jest aktywny na tyle, na ile pozwala rozsądek. Na dowód pokazuje mi całą szufladę leków, którymi musi się “zasilać”. Śmieje się, że dzisiaj jest facetem na pół gwizdka. Zaczął spełniać się w samorządzie. Najpierw, jako radny miejski, później przewodniczący tej rady przez dwie kadencje.

    Kiedy już zaplanował sobie odpoczynek, niestety, znów trafił z wyboru elektoratu i rezygnacji jednego z kolegów ze Wspólnoty Samorządowej, do Rady Miejskiej. W czasie transformacji ustrojowej Michał Ossowski był członkiem władz regionu związku “Solidarność”. Angażował się w politykę, zawsze wspierając jedną i tę samą opcję , ale od 10 lat nie należy do żadnej partii. Śmieje się, że mógłby być apolityczną deską ratunku. Ma dystans do siebie, ale nie zmienia raz wybranego kierunku.

    Lubi czytać pamiętniki i autobiografie. Nie przepada za literaturą sensacyjną. Kibicuje kobiecej piłce siatkowej, piłce nożnej (mecz to dwie godziny pobytu na świeżym powietrzu), a ostatnio nawet świdnickiej męskiej piłce ręcznej. Lubi sport i swoją coraz mniejszą działkę. Michał Ossowski to człowiek wyznający sprawdzone wartości, bez których budowanie normalnego życia nie byłoby możliwe.

    Czy mając tyle doświadczeń życiowych i żyjąc tak intensywnie Michał Ossowski ma jakieś marzenia? A jeśli tak, to jakie?

    – Tak, owszem. Mam piątkę wnuków – trzy dziewczynki u jednej córki i dwóch chłopców u drugiej. Marzę o tym, by zatańczyć na ich weselach, po jednym tańcu. By to się spełniło, to trzeba jeszcze żyć a żyć.

    Wacław Piechocki