Polecamy: Mario Vargas Llosa „Pantaleon i wizytantki”

    0

    Moje pierwsze spotkanie z literaturą iberoamerykańską to początek lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Chodziłem wówczas do liceum i chłonny byłem wszystkiego, co stawało się modne i jak to dzisiaj nazywamy – trendy.  A to było wtedy cool i trendy. Powieści i opowiadania z tego kręgu kulturowego stały się przebojem wydawniczym krakowskiego Wydawnictwa Literackiego. Dzięki niemu i Zofii Chądzyńskiej poznawałem magiczne światy Jorge Luisa Borgesa, Julio Cortázara, Jose Donoso, Gabriela Garcii Marqueza, wspomnianego Mario Vargasa Llosy i innych. Tak się w tej literaturze rozczytałem, że na długo byłem nią zarażony.

    No i chyba w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia natknąłem się na „Pantaleona i wizytantki” Peruwiańczyka Llosy. To była chyba pierwsza moja książka z tzw. „świntuszkowych”. W czasach siermiężno-ponurego socjalizmu była czymś wyjątkowym na naszym rynku. Akcja tej powieści satyryczno-obyczajowej rozgrywa się w latach 50. XX wieku w Peru. Głównym bohaterem jest poważny, sumienny (znakomity administrator) i stateczny świeżo upieczony kapitan intendentury Pantaleon Pantoja. Wraz z awansem otrzymuje  rozkaz stawienia się u swego przełożonego, pułkownika Lopez Lopez, gdzie czeka na niego dwóch generałów. Zaskoczony kapitan dowiaduje się, że został wybrany spośród dziesiątków jego kolegów do zorganizowania lotnej służby wizytantek (czyli kobiet lekkich obyczajów) do obsługi garnizonów w Amazonii, gdzie szerzy się fala gwałtów dokonanych przez znudzonych żołdaków.

    Kapitan Pantoja, mimo że nie był przesadnie rad z powierzonego mu zadania, podejmuje misję i wyjeżdża wraz z żoną, Pochitą i matką na wyznaczone miejsce, gdzie od razu przystępuje do działania, współpracując z lokalnymi burdelami. Jego obecność drażni wyraźnie tutejszego komendanta, generała Rogera Scavino, który zakazuje mu, w obawie przed kompromitacją, noszenia munduru i mieszkania w kolonii wojskowej.

    Ani Pochita, ani matka Pantaleona, która przystąpiła zaraz po przybyciu do sekty brata Francisco, nie znają prawdziwego charakteru jego misji, a on sam musi się ukrywać przed demaskacją, której w końcu nie uniknie, kiedy urządzi, wiedziony swoiście rozumianym poczuciem obowiązku, wojskowy pogrzeb zamordowanej kurtyzanie. Skompromituje to ostatecznie służbę wizytantek,  a sam kapitan Pantoja zostanie przeniesiony do innego garnizonu.

    Pamiętam, że miałem  mieszane uczucia towarzyszące lekturze „Pantaleona i wizytantek”. Zupełnie zgrabnej, zabawnej i po swojemu mądrej powieści, która ostatecznie utwierdziła mnie w przekonaniu, że latynoamerykańskie klimaty to nie do końca to, czego szukam w literaturze. Może na chwilę,
    w formie niezbyt długiego relaksu i czegoś oryginalnego. Ale zdecydowanie nie na stałe. Mimo wszystko to zupełnie inna wrażliwość literacka, nie mój świat, nie moje dowcipy, dylematy i dramaty. Ale …. Wrócimy do Llosy. Od zawsze czuł pociąg ku tematom militarnym. Tym razem jednak dobrze znany temat ubrał w rubaszne szatki, czyniąc z „Pantaleona i wizytantek” gorzką satyrę na wojsko jako instytucję oraz kult macho w ogóle. Niech jednak lekki ton opowieści was nie zwiedzie, bo niewiele tu do śmiechu. Pośród peruwiańskich żołnierzy masowo szerzą się gwałty dokonywane na niewieścich cywilach. Powieść nie jest wulgarna, raczej lekko frywolna, a frywolność ta wynika tylko  i wyłącznie z różowej tematyki „Pantaleona i wizytantek”. W zasadzie Llosa  o świntuszeniu pisze w sposób tak bezceremonialnie obojętny, jakby rzecz tyczyła mycia zębów, a nie usług erotycznych na skalę masową. Obiektywnie rzecz ujmując to naprawdę dobra i niegłupia książka. Świetnie skonstruowana, napisana dowcipnie i ze swadą. Pomimo narracyjnych karkołomności czyta się ją błyskawicznie.

    Wacław Piechocki

    Poprzedni artykułGwarancja. Fakty i mity
    Następny artykułDom bez „pudła”