Wokalista, aktor i pożeracz żelek w jednym – rozmowa z Arturem Chamskim

    0

    Z wykształcenia aktor, z pasji wokalista. Skończył studia we wrocławskiej filii Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Później tylko same sukcesy. Zaczynał od udziału w reklamach oraz od epizodycznych ról w serialach oraz w teatrze muzycznym Studio Buffo w Warszawie. Dziś ma za sobą zwycięstwo w IV edycji programu Jak Oni Śpiewają oraz wysokie miejsce w finale VI, specjalnej edycji tego programu. Zagrał w czołowych polskich serialach „Fala Zbrodni”, „Na dobre i na złe”, „Na wspólnej”, czy „Pierwsza miłość”. Przez te wszystkie lata zdobył wielu fanów, którzy wspierają go w każdej kwestii zawodowej. Teraz, gdy emocje po „Jak Oni Śpiewają” opadły, pracuje nad nowym materiałem na swoją debiutancką płytę. Jak dziś wygląda kariera Artura Chamskiego, pochodzącego z Bystrzycy Kłodzkiej? Przekonajcie się sami.

    Skąd wziął się u ciebie pociąg do sceny? Czy gdy mieszkałeś w rodzinnej Bystrzycy, już stawiałeś na niej swoje pierwsze kroki?

    Oczywiście! Korzystałem z każdej okazji występu. Wszystkie szkolne apele i konkursy w Bystrzyckim Domu Kultury nie mogły się odbyć beze mnie na scenie i rodziny na widowni!
    Pod koniec szkoły podstawowej zacząłem chodzić do kółka teatralnego prowadzonego przez aktorkę Grażynę Wachowską -Szubę (dziś dyr. MGOK w Bystrzycy) i tak naprawdę ona sprawiła, że poznałem i pokochałem teatr. Postanowiłem powalczyć o swoje marzenie – aktorstwo.

    Od razu po maturze zdecydowałeś się studiować w PWST?

    Rodzice zainwestowali w moją przyszłość. Umożliwili mi studia we Wrocławiu. Chcieli, żebym miał w garści konkretny zawód. Sceptycznie zareagowali na mój pomysł szkoły teatralnej, jednak pozwolili spróbować. Kiedy dostałem się na pierwszy rok po naprawdę ostrej selekcji, czułem, że jest szansa na zrealizowanie marzenia – połączenia pasji z zawodem. Dawałem z siebie wszystko, żeby ich nie zawieść. Nie chciałem, by ich ciężko zarobione pieniądze poszły na marne.

    Wtedy pojawiły się już pierwsze propozycje zawodowe?

    Aktorzy, także studenci, zdobywają pracę, role na castingach. Już na pierwszym roku udało mi się kilka wygrać. Zagrałem w teatrze telewizji w reż. J.J. Kolskiego oraz wygrałem role w kilku intratnych kampaniach reklamowych. Pod koniec pierwszego roku byłem finansowo niezależny od rodziców. To był dla mnie największy sukces!

    Mimo że nie zajmowałeś się muzyką zawodowo, nie mogłeś jednak się z nią rozstać i grałeś przez długi czas z zespołem Flame. Zdobyliście razem kilka znaczących nagród m.in. główną nagrodę na Ogólnopolskim Festiwalu „Fama” w Świnoujściu. Czy ta przygoda spowodowała, że zechciałeś kontynuować muzykowanie?

    Z Flame nabrałem doświadczenia. Wszystkie nasze sukcesy mobilizowały, konflikty uczyły, a porażki wzmacniały. To była cudowna przygoda. Kiedy zespół się rozpadł, bardzo to przeżyłem. Organicznie zacząłem szukać nowych możliwości, żeby śpiewać.

    Jak znalazłeś się w teatrze „Studio Buffo” Janusza Józefowicza?

    Na drugim roku studiów, właśnie po festiwalu „Fama”, dostałem zaproszenie na przesłuchanie. Potraktowałem to jako okazję do kolejnego sprawdzenia się. Ku mojemu zaskoczeniu dostałem się do obsady musicalu „Metro”. Byłem pewien, że nie uda mi się pogodzić pracy w Warszawie ze studiami dziennymi we Wrocławiu. Nie wiem jak, ale udało się. Dziś, gdy o tym myślę stwierdzam, że los mi sprzyjał. Pojawiały się możliwości, okazje. Ja tylko z tego korzystałem, ale naprawdę dawałem z siebie wszystko.

    Już 10 lat współpracujesz z tym teatrem. Jakie doświadczenie, którego nie da się wynieść ze szkoły teatralnej, można zdobyć w takim miejscu?

    To była już poważna praca, próby i występy na scenie z doświadczonymi aktorami. Kontrakt, wypłata, widzowie, którzy zapłacili za bilet i oczekują od ciebie, że spełnisz ich oczekiwania. Tego student nie ma zwyczajnie okazji doświadczyć w szkole na lekcji, nawet na egzaminie.

    W polskich serialach wcielałeś się w różne postacie, jednak w ostatnim czasie w pamięci najbardziej zapada rola w „Pierwszej miłości” gdzie zagrałeś Gabriela, obłąkanego prześladowcę serialowej Emilki. Po raz pierwszy można było cię zobaczyć grającego postać, która niewątpliwie była czarnym charakterem. Zauważyłeś po tym epizodzie jakieś inne podejście ludzi do ciebie?

    Moi fani bardzo pozytywnie zareagowali na rolę „nie po warunkach”/”niezgodną ze schematem”. Inaczej było z wiernymi fanami serialu „Pierwsza miłość”. Generalnie ludzie bardzo utożsamiają aktorów z granymi przez nich rolami. Kreując postać Gabriela, psychopaty, który chce zabić jedną z ulubionych przez nich bohaterek, naturalnie wpisywałem się w negatywne emocje. Sytuacji komicznych było mnóstwo, sporo nieprzyjemnych i kilka groźnych. Jednak generalnie metka psychopaty do mnie nie przylgnęła. To mnie cieszy!

    Praca w teatrze muzycznym oraz na planach seriali wymaga od ciebie dużej dyspozycyjności. Jak więc udało ci się pogodzić ją z przygotowaniami i występami w programie „Jak Oni Śpiewają”?

    Ten program był tak cudowną okazją i możliwością do realizowania się, że zrobiłem wszystko, żebym mógł w nim wystąpić. Przy pomocy agentów i przychylności dyrekcji teatru „Buffo” udało się wystąpić. Oczywiście znów, tak zresztą jak na studiach, czas wolny praktycznie nie istniał.

    Jaka atmosfera panuje w takim programie? To raczej nie jest po prostu fajna przygoda, bo występujesz wśród innych utalentowanych znanych postaci świata seriali oraz ocenia cię niebanalne jury z Edytą Górniak i Elą Zapendowską na czele.

    Tego typu programy są testem na popularność i sympatię widzów. Przypisane uczestnikom bramki SMS-owe, eliminowanie uczestników przez widzów, to wywoływało stres i poddenerwowanie, którego człowiek nie jest się w stanie pozbyć. „Jak Oni Śpiewają” to program muzyczny emitowany na żywo z orkiestrą. Technicznie to była szkoła nie do przecenienia. Przy tym oceny jurorów i współzawodnictwo uczestników były żartem.

    Czy uważasz program „Jak Oni Śpiewają” za swoją drabinę do kariery muzycznej?

    Absolutnie tak. Ugruntowałem popularność. Zdobyłem sympatię i pokazałem ludziom, czym dla mnie jest śpiew. Technicznie to były koszary, manewry, szkoła życia. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Ja czułem się po tym programie „nieśmiertelny”.

    Za popularnością, którą niewątpliwie daje udział w takim telewizyjnym show, idą również pewne niekomfortowe sytuacje. Portale plotkarskie rozpisywały się o twojej domniemanej anoreksji czy o zaręczynach. To zapewne dopiero początek. Myślisz, że jesteś gotowy na takie nieuniknione sytuacje?

    Ja nauczyłem się nie przejmować plotkami i bzdurami wypisywanymi na mój temat. Mam taki sposób – angażuję się w rzeczy, które ode mnie zależą. Dlatego bardziej skupiam się na pracy na planie serialu i nie siedzę przed telewizorem, żeby siebie oglądać.

    Jedną z nagród w programie była piosenka napisana przez lidera Blue Cafe, Pawła Ruraka-Sokala i tak powstał twój solowy singiel „Kilka słów”. Utwór cieszył się popularnością w Internecie oraz wystąpiłeś z nim podczas krajowych preselekcji do Eurowizji. Jak wspominasz pracę nad tym utworem i czy właśnie taki klimat znajdziemy na twojej solowej płycie?

    Jeśli chodzi o sam utwór, piosenka bardzo mi się podoba. Jeżeli będzie taka możliwość, z przyjemnością umieszczą ja na swoim krążku. Pewnie odświeżę trochę aranż…

    Prace nad nową płytą trwają. Jest bliżej czy dalej do premiery?

    Zdecydowanie bliżej. Szczegóły wkrótce.

    Jeśli przyjdzie w twoim życiu czas wyboru między aktorstwem a muzyką, co wybierzesz?

    Nikt mi nie każe na szczęście wybierać. Zresztą nie lubię tak teoretyzować. Proszę o następne pytanie.

    Ale oprócz muzyki i aktorstwa z wiarygodnego źródła wiem, że jesteś pożeraczem wszelkiego rodzaju żelek oraz fanem zagranicznych seriali. To prawda?

    Tak. Lubię żelki w każdej postaci i filmy science fiction, horrory i thrillery

    A jak sprawuje się twoja nagroda z programu, Seat Ibiza?

    To był cudowny i niespodziewany prezent. Jako nowy kierowca miałem kilka tzw. „stłuczek bojowych”. Po roku zamieniłem Seata Ibizę na lepszego Leona.

    Bywasz jeszcze w Bystrzycy Kłodzkiej?

    Oczywiście! Zawsze kiedy mam wolne, przyjeżdżam. Mieszkając w Warszawie, zwyczajnie tęsknie za górami. Do tego chyba nigdy się nie przyzwyczaję.

    Więc przy okazji pobytu w rodzinnych stronach, zapraszamy z koncertem do Świdnicy. Możesz mi wierzyć na słowo, że mieszkańcy Świdnicy i okolic świetnie sprawdzają się w roli koncertowej publiczności. Pomyśl o tym, a my zapraszamy serdecznie i czekamy. Dziękuję za rozmowę.

    Bardzo chętnie! Jestem bardzo emocjonalnie związany z Kotliną Kłodzką. Często po koncertach, spektaklach albo zwyczajnie na ulicy ludzie zaczepiają mnie, żeby powiedzieć tylko, że są z moich stron. To jest szalenie miłe. Uwielbiam ten patriotyzm lokalny. Kocham tubylców z Kotliny Kłodzkiej. Również dziękuję za rozmowę i pozdrawiam czytelników portalu.

    Kamil Franczak