Tajemniczy klient… oblizuje palce

    11

    Smaków dzieciństwa podobno nie zapomina się nigdy. Coś w tym jest prawdziwego. Mój smak – taki babciny, który zawsze w czerwcu powraca – to ciasto na francuskim spodzie z wyłożonymi świeżymi truskawkami, a wszystko zalane bitą śmietaną i galaretką porzeczkową. Palce lizać! Bez dwóch zdań.

    Pewnie dlatego tym razem będzie o oblizywaniu palców po wizycie w cukierni. Gdy padnie hasło świdnicka cukiernia i jej pyszności –od razu ma się na myśli kilka najbardziej znanych miejsc. Bez wątpienia pierwsze z nich to „Kasia”. Kto nie zna tej cukierni? Nie ma takiego. W połowie ulicy Długiej, kiedyś zwanej ulicą Marcelego Nowotki, mistrz Eugeniusz Kępa od ponad trzydziestu lat „kusi” świdniczan wszelkiego rodzaju słodkościami. Od tradycyjnych „tłustoczwartkowych” pączków, po babeczki, eklery, serniki, szarlotki, „wuzetki” etc. Można tak wpaść na prawdziwe „bomby kaloryczne”, ale pozbawione ulepszaczy, bo jak mówi ich twórca, uczeń innego świdnickiego mistrza cukiernictwa Władysława Chojeckiego, pan Gienio – tajemnica dobrego ciasta tkwi w technologii, a nie w chemii. A do tego trzeba jeszcze prawdziwego serca i pasji. Mistrz Eugeniusz jako Kawaler Orderu Uśmiechu nie może na brak tych dwóch „dodatków” narzekać. Jego cukiernia „Kasia” zawsze była w tym miejscu i tak samo się nazywała. Nawet zanim objął ją Kępa. Dzisiaj jest to jedna z najbardziej cenionych cukierni w mieście. A w niej najsmaczniejsze bułeczki z truskawkami albo ze śliwką, szarlotka, tzw. truffinki (a może ciasto o podobnej nazwie), no i piernik.  I wcale to nie jest tylko moja opinia. Miła obsługa i wspaniałe ciacha – z tego znany jest Mistrz Eugeniusz.

    Inna cukiernia, której wyroby wywołują miłe doznania smakowe to  Cafe Łukowa, dawniej „Romena”, rodzinna firma państwa Trzcińskich. Znajduje się w samym centrum miasta, przy ulicy Łukowej. Jest tam od dość dawna. W moich wspomnieniach od co najmniej półwiecza. Najpierw skromna ze smacznymi słodkimi bułeczkami zachwalanymi przez nestorkę rodu Trzcińskich. Dzisiaj miłe miejsce z niezłą scenografią i wyrafinowanymi lodami, pachnącą kawą i świeżymi ciastami. Ostatnio firma otworzyła drugą swój drugi lokal, przy ulicy Głowackiego, opodal tamtejszej Biedronki. W obu tych miejscach można spędzić miło czas. Co do oferty, to pewnie zadowoli ona niejednego smakosza, choć moja znajoma, która ostatnio bardzo często „funduje” sobie rajd szlakiem „oblizywanych palców” uważa, że tamtejszy makowiec ma zbyt wiele dodatków zabijających jego makowcowy smak i jest za … mokry. Jako że o smakach nie będziemy dyskutować, poprzestaniemy na tej opinii. Mnie się tam podoba i już. Podobne zdanie ma moja dawna koleżanka z pracy, która wraz ze swoim mężem często rozkoszuje się tamtejszym tortem czekoladowym, który wg nich nie ma sobie równych w okolicy. Dobre opinie zbiera także jabłecznik z kruszonką, sernik, orzechowiec. Smakoszom spokojnie polecamy te wyroby sztuki cukierniczej.

    Co do tradycji cukierniczych w mieście, to można by o nich godzinami. Ze swojej młodości pamiętam cukiernię, bodaj Dubickiego w Rynku, po stronie banku PKO, w lokalu, w którym obecnie znajduje się sklep z materiałami. Wielu pamięta też słynne ciastka firmowe i kawę w kawiarnia „Casanova” w Rynku. Dzisiaj po wielu przeróbkach jest tam chyba sklep meblowy. A przecież za Peerelu to tam właśnie toczyło się życie towarzysko-biznesowe w mieście. Mieli swoje rezerwowane stoliki „królowie” bonów peweksowskich i panie z towarzystwa, które wymieniały tam ploteczki. Inne kultowe miejsce cukiernicze, bliskie tym, którzy chodzili do „Drugiego” to cukiernia „Turek”. Właściciel o oryginalnym i dość trudnym do wymówienia nazwisku był znany ze słodkich bułek z marmoladą i … „ruchomej szczęki”, którą prezentował uśmiechając się tzw. pełną gębą. Dzisiaj nadal jest tam cukiernia, ale moje dzieci boją się tamtejszej obsługi, która sprawia wrażenie obrażonej na klientów.

    Przy ulicy Komunardów była cukiernia prowadzona przez rodzinę Sikorów. Dzisiaj to już wspomnienie, tak jak i po późniejsza Chocoffe, która promowała Świdnicę ostatnimi czasy. Niezbyt pamiętam ciastka od „Sikory”, ale tamtejsze lody nie miały sobie równych w Świdnicy. Tak jak i czekolada oraz praliny Jacka Sikory, gdy prowadził ten lokal. Podobno dzisiaj „serwują” tam niezłą szarlotkę, smaczne słodkie bułeczki i wciąż dobrą czekoladę. Wracając jeszcze do Rynku, to zapomniałbym o jeszcze jednym ciastkowym eldorado – Keks. Cukiernia przez lata prowadzona przez rodzinę Piórków. Nestor rodu szefował w peesowskiej deserowni (tak to się chyba wówczas to nazywało) przy Kotlarskiej(wówczas ulicy Marksa). Później przekazał to swojemu synowi i on karmił mnie często wyśmienitymi „wuzetkami” i torcikami w Keksie. Dla tych, którzy nie pamiętają, to był lokal naprzeciw księgarni, która jest dzisiaj empikiem. Oj, zmienia się nam nasza cukiernicza Świdnica, zmienia.

    Przy tej okazji nie sposób nie wspomnieć o najsłynniejszych eklerach od symbolu świdnickich cukierników – pana Władysława Chojeckiego. Ich cukiernia stała od wiek wieków u wlotu w ulicę Długą, tuż za stromymi schodkami. Wnętrze w starym powojennym klimacie, ze szklaną gablotą i dwoma stolikami. Jednak to, co do dzisiaj wywołuje ścisk kubków smakowych, to tamtejsze ciastka. Szczególnie najsłynniejsze i wspominane eklery. Wyjątkowe jak na ten rodzaj deseru. Może był to efekt małej konkurencji, a może jednak wyjątkowego smaku. Jedno jest pewne – Chojecki i jego ciastka – to historia tego miasta. Do dzisiaj uczniowie Mistrza Władysława pieką wspaniałości i dają świadectwo tego, że tradycja i w cukiernictwie to rzecz wyjątkowa.

    Gdzie jeszcze można był w Świdnicy zafundować sobie małe słodkie szaleństwo? Pewnie nie wszyscy pamiętają, ale istniała przy ulicy Równej piekarnio-ciastkarnia rodziny Romanowskich. A tam chyba najsmaczniejsze rogaliki drożdżowe nadziewane różą. Pamiętam, że trzeba było się za nimi ustawiać w sporej kolejce. Lokal nie był zbyt reprezentacyjny, ale mieścił się przy chyba najstarszej kamienicy w mieście, która kilka lat temu zyskała nową elewację. Przy dawnej ulicy Świerczewskiego, a dzisiejszej Grodzkiej – vis a vis firmy „Zeto” funkcjonowała cukiernia rodziny Puchałów. Jeśli moja pamięć jeszcze dobrze funkcjonuje, to nazywała się ona „Łodzianka”. Teraz jest tam chyba salonik prasowy Kolportera. Ale kilkadziesiąt lat temu można tam było poznać smak wspaniałych napoleonek, ptysiów i innych „szaleństw” nadziewanych przeróżnymi słodkimi masami.

    I to był było na tyle, jak mawiał profesor mniemanologii stosowanej Jan Stanisławski zjadając ostatnią szarlotkę z obleganej przez natrętne osy patery. Smacznego!

    Tajemniczy Klient