Tryzna. Literatura podszyta filmem

    1

    Kilka miesięcy temu o swojej obecności w przestrzeni kulturalnej miasta przypomniał Tomek Tryzna, wydając kolejną powieść – „Blady Niko”. Byłoby niedobrze, gdybyśmy przeszli obojętnie obok tej pozycji wydawniczej – i to nie tylko dlatego, że autor jest świdniczaninem i że napisał „Pannę Nikt”, która odniosła wielki sukces w kraju i za granicą.

    „Blady Niko” jest z jednej strony dopełnieniem trylogii dziecięcej („Panna Nikt” i „Idź, kochaj”), a z drugiej powieścią z kluczem, opowiadającą o losach świdnickiego środowiska artystycznego, zwłaszcza filmowego u schyłku lat sześćdziesiątych.

    Z Tomkiem Tryzną rozmawia Wojciech Koryciński.

    „Blady Niko” to kolejna Twoja powieść, w której przenosisz się w czasy młodości i poruszasz temat dojrzewania. Skąd taka skłonność? Może obsesja?

    Źródłem słowa „dojrzewanie” jest słowo „dojrzeć”, a więc zobaczyć coś po raz pierwszy. Powtarzam po wielokroć, że dojrzewa się przez całe życie, bo czymże jest człowiek wobec tajemnicy istnienia, jeśli nie wiecznie zadziwionym dzieckiem? A jeśli przestanie się dziwić, to staje się zombie, gramofonem na stare płyty. Trzeba dojrzewać aż do końca, czyli do tej pięknej chwili przejścia w inne wymiary.

    Wydaje mi się, że doskonale czujesz świat dzieci i swobodnie się w nim poruszasz. Jak przebiega praca nad tym tematem? Jaką rolę odgrywają własne wspomnienia, a jaką obserwacje świata dzieci?

    Akurat w „Idź, kochaj” i „Bladym Niko” moje osobiste wspomnienia odgrywają wielką rolę. Ale też dziwnym przypadkiem, gdy skończyłem pisać „Idź, kochaj” mój syn miał dwanaście lat, a gdy „Bladego Niko”, miał dziewiętnaście. A „Panna Nikt” nie jest tak do końca powieścią realistyczną. Jej „młodzieżowość” to tylko sztafaż. Chodziło mi przede wszystkim – jak to trafnie ujął Karol Maliszewski – o obrzęd wyzwolin sprzeczności.

    Czy można oczekiwać, że kolejna powieść ukaże nam bohatera uwikłanego w dorosłość?

    Moja nowa powieść opowiada o dorosłych ludziach. Ukaże się jesienią.

    „Blady Niko” to powieść o młodym filmowcu. Wiem, że jako artysta realizujesz się w tworzywie literackim i filmowym. Od kiedy zaczęła się Twoja przygoda z filmem i jak przebiegała?

    Prawie dokładnie tak samo, jak w „Bladym Niko”. Odsyłam do lektury powieści.

    Jaki wpływ na narrację „Bladego Niko” miała technika filmowa? Bo związki tej powieści z filmem są oczywiste.

    Cała moja literatura jest podszyta filmem. Nie piszę dla pięknych słów. Uderzam w klawisze po to, aby w umyśle czytelnika stworzyć obrazy. Akcja powieści rozpoczyna się 5 stycznia 1967, kwadrans po 15, kiedy to zawaliła się wieża świdnickiego ratusza. To ważna data w historii miasta i jego mieszkańców. A na ile ważne jest to wydarzenie dla Bladego Niko i jaką rolę Świdnica odgrywa w jego życiu? Jest tak samo ważne dla Bladego Niko jak i dla mnie, bo to moja mama uciekała po schodach przed walącą się wieżą ratusza i uratował ją ułamek sekundy. A Świdnica to piękne jajko, z którego obaj się wykluliśmy do filmowania i pisania.

    Charakteryzujesz w powieści świdnickie środowisko filmowe i literackie. Czy za tymi kreacjami ukrywają się konkretne osoby? Czy można czytać utwór jako „powieść z kluczem”?

    Nigdy nie chciałbym swą autorską projekcją skrzywdzić żadnej konkretnej osoby. Ludzie, których spotykam, stanowią co najwyżej inspirację dla mojej wyobraźni. Nie jestem dokumentalistą. Wyznaję zasadę, że jeśli coś przedstawiam inaczej niż w rzeczywistości, to tym gorzej dla rzeczywistości.