Tkanie życia: Ewa Kilar

    5

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem

    To, że urodziła się w elektrowni w Boleścinie, jak sama uważa, zaważyło na jej całym życiu. Każdy, kto ją zna potwierdzi, że doktor Ewa jest chodzącą energią, uśmiechem i optymizmem. Zdecydowana, niezwykle operatywna i nieszablonowa. Uwielbia poznawanie nowych miejsc i podróże. Siedem lat temu, gdy pytałem ją o nie, uśmiechała się tylko i mówiła, że nie widzieli jej tylko w Australii i na Grenlandii. Podobno świetnie gotuje, jak twierdzą ci, którym udało się to sprawdzić. Jak po latach wspomina, w I liceum miała wspaniałego nauczyciela i wykładowcę matematyki – Michała Ossowskiego. Była w klasie biologiczno-chemicznej, uczestniczyła w olimpiadach biologicznych. Postanowiła, że jak nie zda na medycynę, to pójdzie na politechnikę. Myślała też o specjalizowaniu się w psychiatrii lub w pediatrii. W 2010 roku obroniła pracę doktorską na temat “Wiązanie katepsyn B i L przez swoiste inhibitory w surowicy chorych na raka gruczołu sutkowego. Badania in vitro“.

    Od dzieciństwa miała „ciągotki” do medytacji, ciszy i do poznawania rozmaitych alternatyw kulturowych, medycznych. Także jogi, jako znakomitego systemu ćwiczeń psychofizycznych, które nie wymaga zbyt intensywnego wysiłku. Daje poczucie spokoju, wyrównuje krążenie krwi, ciśnienie, itd. Pewnie stąd też wzięły się zainteresowania ruchem hippisowskim.

    Dr n. med. Ewa Kilar jest niezwykłym lekarzem. Nie tylko dlatego, że jest świetnym onkologiem. O jej pozycji i uznaniu wśród pacjentów można się przekonać odwiedzając przychodnię i oddział onkologiczny w świdnickim Latawcu. Nie ma w sobie nic z nadętego doktora, który sprawia wrażenie, jakby był najmądrzejszy i wyznaczył sobie rolę pana życia i śmierci. W jednym z niepublikowanych wywiadów, tak opisuje swoją rolę – „Choroba obok winy, lęku i wojny i śmierci – należy do sytuacji granicznych, które opisał Karl Jaspers egzystencjalista niemiecki. Choroba nowotworowa jest więc jedną z sytuacji granicznych, która skupia w sobie trzy pozostałe sytuacje – pacjent ma poczucie winy, przeżywa lęk i czuje się jakby był na wojnie. Najbardziej nieprzyjemne są owe „stany wojenne”, które przeżywa pacjent i przenosi je na lekarza, który wtedy musi zamienić się w opiekuna i zrezygnować z roli żołnierza wojny medycznej. Podobnie jest z poczuciem winy, lęku czy śmierci, tu powinno pracować wielu specjalistów – psychologowie, terapeuci czy asystenci rodzinni, duchowni. Choroba rozbija cały system życia… Każde rozpoznanie choroby wywołuje najpierw wstrząs, bunt, rozpacz. Zmieni perspektywę patrzenia na rzeczywistość. Choruje nie tylko pacjent, ale „system rodzinny”. „Systemy rodzinne” bywają różne. W krajach EU bardzo rozdziela się problem „faktów medycznych”, (które przedstawia lekarz) i emocji pacjenta i otoczenia (z którymi pracuje psycholog, pracownik socjalny). Tego u nas nadal brak.”

    Jak się sama ocenia? Twierdzi, że jest rozsądna i samodzielna, miła i wytrwała. Jej przyjacielem mógłby być ten, który mógłby porozmawiać z nią o trudnych życiowych sytuacjach. Uważa, że czasami jest zbyt drobiazgowa, uparta i czasami za dokładna. Lubi gotować, sprzątać, pracować w ogródku i wypoczywać, tak po epikurejsku z gronem przyjaciół.

    Dzięki Ewie Kilar mamy jedną z najlepszych przychodni i oddział leczenia chorób nowotworowych w województwie. Stworzyła go i jest mu oddana bez reszty, jak i swoim pacjentom.

    Czy będąc tak zapracowanym człowiekiem i poświęcającą tyle czasu innym, potrzebującym pani pomocy, można mieć czas na marzenia? A jeśli tak, to jakie one są?

    – Tak oczywiście, bez marzeń byłoby jakoś pustawo. Zawsze marzyłam i nadal marzę o posiadaniu daru jasnowidzenia. A mając go chciałbym wykorzystywać to dla dobra innych. Nadal moim niezrealizowanym marzeniem jest władanie językiem chińskim. A teraz moje szalone marzenia poza językowe idą w kierunku szukania sposobu na “pokonanie nieśmiertelności!!!”, bo taki charakter ma nowotwór. W tym wszystkim musi być miejsce na przesłanie epikurejskie – radość i harmonia. Staram się to razem połączyć.

    Wacław Piechocki