Tkanie życia: Krzysztof Czarnecki

    6

    Wywiad z, niekoniecznie, tylko jednym pytaniem.

    Niektórzy nazywają go „Hrabią Pruskim” i jest w tym, podejrzewam, spora doza zawiści. Tak barwnej i nietuzinkowej osoby nie sposób nie zauważyć w szarości naszej rzeczywistości. Jeśli zabiera się za coś, robi to na sto procent. Z pasją i precyzją. Geolog z wykształcenia, który nigdy nie pracował w tym zawodzie. Kiedyś miłośnik XVIII – wiecznych okrętów pancernych (nadal wie o nich prawie wszystko i jej uwielbia), historii fortyfikacji, lokalnego kolejnictwa. Dzisiaj bez reszty oddany nowej pasji, jaką jest grupa odtworzeniowa pruski regiment piechoty Alt Kreytzen z początku wojny siedmioletniej (1756 – 63). Działają w ramach stowarzyszenia o nazwie Sudeckie Towarzystwo Rekonstrukcji Historycznej, którego jest przewodniczącym. Biorą udział w imprezach osiemnastowiecznych w Polsce, Niemczech i Czechach oraz w niektórych imprezach napoleońskich w Polsce. Organizują biwaki, przemarsze i szkolenia dla własnych żołnierzy. Posługują się oryginalnymi komendami w języku niemieckim, pochodzącymi z regulaminu piechoty z 1743 r. Na bieżąco jednak używają języka polskiego. Starają się być jak najbardziej epokowi, aby jak najbardziej zbliżyć się do sposobu życia żołnierza sprzed 250 lat. Grupę tworzy pododdział fizylierów z Leibkompanii pod wodzą feldfebla (starszego sierżanta). Grupa liczy obecnie ponad 30 osób, żołnierzy i cywili, a członkowie pochodzą z całej zachodniej Polski – od Opola, przez Ząbkowice Śląskie, Świdnicę po Słubice i Dębno Lubuskie. Współpracują z artylerią garnizonową z Nysy, należącą do tego samego stowarzyszenia oraz z Rolandem Bittnerem z Hamburga, który jest kapitanem regimentu. Prawie całe posiadane wyposażenie i uzbrojenie jest ich własnością. Część wykonują sami, część zamawiają u różnych wytwórców. Wiedzy na temat epoki mógłby mu pozazdrościć niejeden zawodowy historyk. Prócz tego Krzysztof Czarnecki to znawca wszystkiego, co wiąże się z piwem. Kiedyś był bardzo bliski chwili, w której miał poznać smak prawdziwego świdnickiego piwa. Czy już to się stało? Teraz owładnęły go zupełnie inne klimaty. Spokojny, rzeczowy i konkretny. Może imponować konsekwencją, z jaką traktuje swoje pasje. Nie ma w tym niczego powierzchownego i przelotnego. Uważa, że jest uparty, czasami nawet do przesady. Świdniczanin z urodzenia i zamieszkania. Autor statutu Towarzystwa Partnerskiego Miast. Miłośnik jazdy szosowej na rowerze, który potrafił jednego dnia przejechać łącznie 126 km. Lubi samotnie łazić po górach. Najlepiej, gdy pada deszcz. Ma takie miejsce koło twierdzy w Srebrnej Górze i właśnie tam spacer w deszcz jest samą przyjemnością. Wybacza wszystko i wszystkim, ale musi zawsze upłynąć trochę czasu. Nie wyobraża sobie, że będzie dla kogoś dożywotnim wrogiem. Jest wyznawcą sprawdzonych wartości rodzinnych, które kultywuje wraz ze swoją żoną Agatą, córką Katarzyną oraz synem Maciejem. Stara się czynnie uczestniczyć w życiu społecznym miasta.

    Czy realizując się w tylu pasjach, które zajmują pewnie sporo wolnego czasu, można mieć chwilę na marzenia, nawet takie zupełnie zwariowane?

    Dzisiaj mam jedno najważniejsze marzenie, by udało nam się zebrać oddział odpowiadający liczebnie połowie kompanii tj. sześćdziesięciu żołnierzy. To bardzo trudne, choć dzisiaj jest nas 26 w mundurach. Może jest to trudne, ale i realne. Zgodnie z prawem Murphy’ego każdy ma taki plan, który jest nierealny. Jakoś tak się dzieje, że ja mam takich marzeń – planów mnóstwo. Wszystkie wiążą się z moimi zainteresowaniami. Gdy chodzę po Świdnicy, marzy mi się, by realnych kształtów nabrała rekonstrukcja fragmentów naszej świdnickiej twierdzy. Wiem, że na to potrzebne są pieniądze, ale pomarzyć można. Bardziej realne jest stworzenie w Burkatowie grupy artylerzystów, którzy póki co działają przy grupie srebrnogórskiej, ale są bardzo zainteresowani współdziałaniem z nami. Jest ku temu okazja – 250 rocznica bitwy pod Burkatowem. Może coś z tego wyjdzie, bo przymierzamy się do sporej imprezy z tej okazji. Może warto by zająć się innym okresem historycznym, który jest atrakcyjny. Zawsze jest to jednak jeden problem – czas. Chciałbym pojechać do Pireusu, by obejrzeć grecki krążownik pancerny z 1900 roku. A szczytem marzeń byłaby podróż do Japonii i obejrzenie flagowego okrętu admirała HeihachiroTogo, pancernika „Mikasa”. Oczywiście marzy mi się uruchomienie odcinka linii kolejowej od Kraszowic do Jedliny. I marzy mi się być zdrowym.

    Wacław Piechocki

    [photospace]