Wspomnienie o Krzysztofie Wierzęciu

    44

    – Wystarczy nam 15 minut? – Krzysztof jak zwykle był umówiony na dziesiątki spotkań, w kalendarzu na najbliższe kilka miesięcy trudno było znaleźć wolne miejsce. Zdumiałam się – jak On chce o swoim życiu opowiedzieć w 15 minut? Potrzebowaliśmy godziny, by przygotować wspomnienia z ostatnich 20 lat. Materiał powstał tuż po jubileuszu Mediator Group SA, pod koniec 2010 roku. Spodziewałam się, że będzie jeszcze wiele odcinków, kiedy Krzysztof opowie o następnym „leciu” i następnym. Nie opowie, odszedł od nas bez uprzedzenia 22 stycznia późnym wieczorem. Każdą decyzję podejmował błyskawicznie, nawet tę ostateczną.

    Kim był Twórca jednej z największych firm szkoleniowych w Polsce, sportowiec, filantrop, samorządowiec? Zapis rozmowy z końca 2010 roku:

    „39 974 przeszkolonych w całej Polsce, 40 stałych pracowników, ponad 1000 trenerów i wreszcie 3 miejsce w krajowym rankingu. Po 20 latach Mediator Group SA jest w grupie liderów na polskim rynku szkoleń. Droga do sukcesu nie była jednak ani prosta, ani łatwa. – Niebagatelny wpływ na moją przyszłą karierę mieli wspólnie „Kapitan Żbik” oraz „Tytus, Romek i Atomek” – śmieje się założyciel firmy Krzysztof Wierzęć. – Handel komiksami w szkolnych czasach pozwolił mi zarobić pierwsze pieniądze na własne potrzeby. Potem chciałem spełniać marzenia moich najbliższych, a życie przynosiło doświadczenia, czasem bolesne, czasem radosne, z których czerpałem pełnymi garściami.

    Bonifacy Wierzęć był człowiekiem prawym i wyznającym tradycyjne wartości. Pracował jako zawodowy żołnierz, który żonę widział w domu. Było 2 dzieci i jedna pensja. Nigdy się nie przelewało. – Mieszkaliśmy bardzo skromnie, rzadko wyjeżdżaliśmy, nigdy nie było samochodu, mama liczyła skrupulatnie każdą złotówkę – wspomina Krzysztof Wierzęć. Nikt w rodzinie nie miał smykałki do interesów. – Jestem pierwszym, który zainteresował się biznesem i chyba z powodzeniem – przyznaje szef Mediatora. Co prawda początkowo planował zdobyć konkretny zawód – mechanika samochodowego. Po latach ocenia, że o wyborze szkoły zdecydowało raczej to, że świdnicki „Mechanik” był blisko domu i szli tam koledzy. Szybko okazało się, że talentu do naprawiania aut nie ma, ale za to potrafi zdobyć każdą część, co w latach 80-tych było prawdziwą sztuką. Kończąc wieczorowo technikum, w dzień pracował w warsztacie świdnickiej jednostki wojskowej. To był najlepiej zaopatrzony warsztat w regionie. Już wtedy w żartach współpracownicy nazywali go „prezesem”. Bo potrafił wszystko zorganizować.

    Mimo trudnej sytuacji materialnej rodziny zdecydował się na studiowanie politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Zdawał sobie sprawę, że pieniądze na naukę musi zdobyć sam. W końcówce lat 80-tych podobnie jak tysiące Polaków zaczął handlować na granicy z Niemcami. Sprzedawał chyba wszystko, ale najlepiej szły kasety magnetofonowe. Pieniędzy nie przejadał. Szukał okazji do inwestowania. – Wtedy rynek był niesamowity, panował głód dosłownie wszystkiego – wspomina. Kiedy zaczął handlować stolikami pod telewizory, przed maleńkim sklepem przy ulicy Kościelnej ustawiały się kolejki. Przywoził na przyczepce po kilka sztuk i sprzedawał na pniu. – Sprzedałbym nawet pełny TiR, ale skąd miałem wziąć pieniądze na towar – porównuje możliwości współczesnych młody Polaków do własnych doświadczeń. – Wówczas nikt nie dał kredytu studentowi, który nie miał żadnego zabezpieczenia. Nie było stowarzyszeń oferujących pomoc, urzędu pracy z pożyczkami dla początkujących biznesmenów. Dosłownie ciułałem grosz do grosza. Nie wiem, gdzie byłbym teraz, gdybym na starcie otrzymał pomoc.

    Firmę założył na pierwszym roku studiów. Przez pierwsze 6 lat to był „Martin” i przygoda z najróżniejszymi branżami. Na początek handel. – Chyba pierwszy w Świdnicy zacząłem sprzedawać drewniane karnisze, ale interes nie bardzo szedł, bo sklep znajdował się na obrzeżach miasta – wspomina. – Jadąc do Wrocławia na zajęcia zabierałem te karnisze i po prostu sprzedawałem w sklepach po drodze. To był pierwszy strzał w dziesiątkę. Potem pojawiła się kolejna „inwestycja”. Wypaliła tylko dzięki mojej babci. Gdy zastanawiałem się nad kupnem towaru po likwidowanej hurtowni w Jeleniej Górze, ona stwierdziła – bierz natychmiast. Wątpliwości budził towar – ogromna ilość …barchanowych majtek. Babcia miała rację, pełny TiR sprzedałem w ciągu miesiąca.

    Poczynaniom biznesowym przyglądała się i kibicowała cała rodzina. Mama Anna z matczynym niepokojem, siostra Barbara z młodzieńczą energią, tata z pełnym zaangażowaniem. – To on jeździł ze mną po całej Polsce, biegał po ministerstwach, pilnował dokumentów. Wspólne perypetie przypominały niejednokrotnie scenariusze z filmów Stanisława Barei. Jak historia zezwolenia na prowadzenie działalności związanej z recyklingiem. – Nie mieliśmy obaj pojęcia, co zrobić, by je otrzymać, a przede wszystkim z kim rozmawiać w tym ogromnym gmachu Ministerstwa Skarbu. Pomógł Johny Walker, wręczony panu na portierni. – Od razu zostaliśmy pokierowani do najbardziej kompetentnych pracowników. I to jedna z tych historii, która nauczyła mnie istoty poruszania się w biznesie – trzeba docierać do fachowców i nimi się otaczać. Nie mniej ważne jest wyczucie chwili. W 1993 przebojem okazał się recykling. Najpierw była więc jedna maszyna, potem kolejne i fantastyczne zlecenie z firmy Coca Cola na przemiał kilku milionów skrzynek po butelkach! Przebitka na uzyskanym granulacie sięgała 500%. Firma w 1994 roku zmieniła nazwę na Mediator. Były pierwsze naprawdę duże pieniądze i pierwsza rysa w znakomitych relacjach z ojcem. W 1996 roku Krzysztof kupił piękną, zabytkową, ale rozsypującą się kamienicę przy ulicy Żeromskiego w Świdnicy. Przede wszystkim dlatego, by wreszcie mieć swoje własne mieszkanie. Po drugie – siedzibę dla firmy. – Tato uważał, że marnuję cały dorobek, że topię z trudem zarobione pieniądze w ruinę, która zahamuje rozwój na wiele lat – wspomina Krzysztof. Różnica zdań była tak ogromna, że nie rozmawiali ze sobą ponad pół roku. Był młody, zapalczywy i przekonany, że tylko on ma rację. Niezwykle cennej sztuki słuchania bardziej doświadczonych od siebie uczył się latami. – Ojciec miał sporo racji. Okazało się, że kamienica nie ma dachu! – wspomina bolesną nauczkę. – Wiele wysiłku i środków kosztowało ratowanie budynku. Ostatecznie jednak przeciwności udało się przezwyciężyć, a kamienica przy Żeromskiego pozwoliła rozwinąć skrzydła.

    Tym najważniejszym pomysłem, który procentuje do dziś, okazały się szkolenia. Miał dość ciężkiej fizycznej pracy. – Wiecznie brudne paznokcie stały się dla mnie zmorą – opowiada o inspiracji dla nowych wyzwań. Przebojem stały się kursy dla bioenergoterapeutów i astrologów. Poważniejszy profil pojawił się nieco później, a impuls był banalny. Krzysztof Wierzęć chciał uzyskać uprawnienia członka rad nadzorczych. Przeszedł szkolenie w Wałbrzychu. Było prowadzone fatalnie i stwierdził, że sam poradziłby sobie lepiej. I zaczął organizować szkolenia. Mediator przeszkolił wówczas prawie wszystkie ugrupowania polityczne, od SLD po Unię Wolności. – Wtedy pojawili się pierwsi z moich współpracowników. To Małgorzata Przydatek, dziś dyrektor, wówczas asystentka, rzuciła i przeforsowała pomysł, by szkolić pielęgniarki i położne. Nikt nie wierzył, że się uda, a do dziś to nasi najważniejsi klienci. Wiatr w żagle Mediator złapał po wejściu Polski do Unii Europejskiej, gdy na szkolenia można było pozyskiwać naprawdę poważne dofinansowanie. Ale nie brakowało też pułapek. Przekleństwem okazała się machina biurokratyczna, która doprowadziła niejedną świetnie rozwijająca się firmę do bankructwa. Opóźnienia w przekazywaniu transz za realizacje projektów sięgały wielu miesięcy. By utrzymać płynność, Mediator zaciągnął potężny kredyt. – Gdybyśmy nie płacili na czas fachowcom, właścicielom hoteli czy wynajmującym sale do szkoleń w Polsce, błyskawicznie skończyłoby się zaufanie – tłumaczy Krzysztof Wierzęć – I na nic zdałyby się wirtualne pieniądze. Konieczne były wyrzeczenia, ale na szczęście nie podzieliliśmy losu tych przedsiębiorców, którzy wierzyli, że środki z dotacji będą spływać szybko i terminowo.

    Dziś firma należy do najprężniejszych w Polsce, ma dwie siedziby i coraz ambitniejsze plany. – Bez fantastycznej, mądrej i ambitnej załogi nie byłoby sukcesu – chwali swoich pracowników Krzysztof Wierzęć. Nieustannie podkreśla rolę niedawno poślubionej żony Małgorzaty, a także przyjaciela i dyrektora Sławomira Mazurka.

    Wyrastający na lidera w biznesie szef Mediatora z powodzeniem próbował sił w polityce. Na prośbę Donalda Tuska zakładał w Świdnicy Kongres Liberalno-Demokratyczny, później współtworzył w powiecie Platformę Obywatelską. Jako jedyny z jej ramienia w 2002 roku dostał się do Rady Powiatu i został jej przewodniczącym. Zdecydował jednak, że ważniejszy jest biznes i przestał się angażować w politykę. Podobnie zrezygnował ze swojej przygody z dziennikarstwem. Był założycielem pierwszej lokalnej gazety o profilu reklamowym, „Kupiec Świdnicki”. Ze śmiechem wspomina przygodę w lokalnej telewizji Tele Raj i pisanie do tygodnika „Wiadomości Świdnickie”. – Dziennikarz był ze mnie żaden, ale zdobyłem bardzo ważne doświadczenia. Nie boję się wystąpień publicznych, rozmów z ludźmi, bezpośrednich starć, a także przyjmowania krytyki. Mam też świadomość, jak ważny jest wizerunek i tę wiedzę wykorzystujemy przy szkoleniach np. dla urzędników.

    20 lat w biznesie, polityce i mediach nie przeszkodziło Krzysztofowi ukończyć studiów i zadbać o własne, prywatne życie. Jest dumnym ojcem dwóch synów, Martina i Patryka. I spełnia marzenia swoich najbliższych.

    Pomny własnych, trudnych doświadczeń postanowił, że Mediator będzie wspierał utalentowanych młodych ludzi. Opieką objął najmłodszych piłkarzy, świdnickie siatkarki, utalentowanego motocyklistę Piotra Betleja, a przed rokiem – team samochodowy. – Mam nadzieję, że finansowe wsparcie pomoże im realizować plany, rozwijać talent i osiągać sukcesy. Ogromną frajdę sprawia mi radość 12-letnich chłopców, którzy na boisko mogą wybiec w świetnych koszulkach czy obserwowanie Piotra, który jak burza zdobywa kolejne laury na torach wyścigowych.

    Na początku listopada 2010 Krzysztof Wierzęć postanowił podjąć jeszcze jedno wyzwanie. Został wydawcą Portalu Swidnica24.pl. Uznał, że w sieci jest przyszłość. – Chcę nowoczesnej informacji o moim mieście, chcę platformy do wymiany poglądów, jakiej jeszcze nie było – mówi z zapałem o nowym projekcie. Po miesiącu funkcjonowania pod skrzydłami Mediatora Swidnica24.pl zaliczyła pierwszy milion odsłon.

    W październiku 2010 roku Mediator fetował jubileusz 20-lecia. Podczas uroczystości w teatrze uhonorował partnerów biznesowych specjalnymi statuetkami, przyjmując w zamian moc prezentów i kwiatów. Nie zabrakło imponującego urodzinowego tortu i niezwykłych upominków dla wszystkich świętujących razem z Mediatorem. Firma obdarowała gości winem ze specjalnej limitowanej serii Chateau de Mediator. – Lubię niebanalne rozwiązania, jak choćby to wino – tłumaczy szef jednej z najdynamiczniej rozwijających się firm na Dolnym Śląsku. – Po 20 latach wiem na pewno, że nie byłoby mnie ani Mediatora w tym miejscu, gdyby nie ludzie. Zaczynając od moich najbliższych, którzy są podporą i ostoją, po pracowników, doradców, trenerów. Naczelną zasadą Mediator Group SA jest dochować wobec nich zobowiązań, stworzyć poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Mam fantastyczną załogę, z którą bez obaw mogę walczyć o kolejne sukcesy.”

    W imieniu Zespołu Mediator Group SA i Swidnica24.pl

    Agnieszka Szymkiewicz

     

    Krzysztofa Wierzęcia wspominają

    Sławomir Mazurek – przyjaciel

    Minął prawie tydzień od momentu jak Krzysiek pojechał na swoje „ostatnie biznesowe spotkanie”, najważniejsze ze wszystkich, z najważniejszym Partnerem.  Dla mnie czas na wspomnienia o nim dopiero nadejdzie. Dziś wiem  jedno, był przykładem definicji arystotelewskiego przyjaciela: Przyjaciele – jedna dusza w dwóch ciałach. Straciłem część duszy.

    Mariusz Kalista – przyjaciel, manager it mediator , Mediator Motoswidnica Racing Team

    Z Krzyśkiem łączyło mnie wiele. Przyjaźń, współpraca, realizacja wspólnych przedsięwzięć sportowych czy ostatnio nawet muzycznych. Zawsze ujmował mnie szybkością podejmowania decyzji… tych najbardziej szalonych. Ciężko w kilku zdaniach pożegnać człowieka, który swoją pracą, pasją, zaangażowaniem, pokazywał codziennie wszystkim dookoła, że można żyć realizując najbardziej wyjątkowe pomysły i to tak różnorodne. Dzisiaj, na chwilę, czas zaczął wolniej płynąć, kolory stały się mniej jaskrawe, jutro przestało mieć takie znaczenie jak wczoraj. Kiedy odchodzi zdrowy, pełen życia człowiek, zaczynasz się zastanawiać, co tak naprawdę ma sens? Czy nie lepiej skupić się na sobie? Czy to co robisz codziennie nie jest zbyt banalne? Czy praca nie przesłania Ci sensu życia? Krzysiek potrafił zrównoważyć to wszystko, nie robił za mało dla innych i za dużo dla siebie. Nie odmówił nikomu, kto naprawdę potrzebował wsparcia. Dla tych którzy mieli okazję go poznać naprawdę, jest to strata, której nie da się zastąpić. Mam wielką nadzieję, że wszystko to co zaplanował jeszcze wczoraj, co zostało tak brutalnie przerwane, nie przestanie istnieć wraz z jego odejściem. Nie potrafię dziś myśleć o Krzysztofie w czasie przeszłym, w głowie mam jeszcze wspólne wizje, projekty. Mam wrażenie, że jutro przy kawie znowu wymyślimy wspólnie coś nowego…

    Małgorzata Przydatek, dyrektor Departamentu Szkoleń, pierwsza asystentka

    To było jedno spojrzenie, błysk. Spotkałam Krzysztofa w grudniu 1999 roku zupełnie przypadkiem. Nie pamiętam już, po co przyszłam do jego nowej kamienicy przy Żeromskiego. Akurat nie pracowałam, byłam „żoną przy mężu”. Z Krzysztofem znaliśmy się jeszcze z czasów szkolnych. Kilka słów, co słychać, jak się masz i właśnie ten błysk. – Zostaniesz moją asystentką – powiedział krótko. Zostałam, a potem z każdym miesiącem dawał mi rozwijać skrzydła, realizować szalone pomysły, jak choćby ten ze szkoleniem tysięcy pielęgniarek w Polsce, wreszcie powierzył funkcję dyrektora. Rozumieliśmy się w pół słowa, mieliśmy tę samą intuicję. Był Szefem i Przyjacielem, obecnym w chwilach radości i kłopotów. Zawsze czekał, aż po podróżach służbowych zadzwonię, wszystko jedno, czy to było wcześnie rano czy w środku nocy. Czułam jego opiekę w każdej chwili. Pewnie, że miał porywczy charakter, potrafił zrobić piekielną awanturę, ale za chwilę dzwonił – no chodź na kawę, nie gniewaj się. Ujmował mnie szczerością swoich emocji, w jego zachowaniu nigdy nie było fałszu czy zimnej kalkulacji. Był „zero jedynkowy”, czarne-białe, tak – nie. Jedno wiem z całą pewnością – lepszego szefa już nigdy mieć nie będę.

    Marek Kowalski, przedsiębiorca świdnicki, przyjaciel

    Krzysztofa poznałem przeszło 20 lat temu, po zakończeniu stanu wojennego. Zawsze uśmiechnięty, optymistycznie patrzący w przyszłość. Swoimi żartami potrafił rozluźnić atmosferę w każdej sytuacji. Otwarty na ludzi, nigdy nie przeszedł obojętnie obok krzywdy innych. Stworzył jedną z największych i najlepszych firm szkoleniowych w Polsce, zebrał wokół siebie ludzi, których zaraził swoja pasją i podejściem do życia. Potrafił z grupy obcych sobie ludzi zrobić wielką rodzinę Mediator. Był niezwykłym człowiekiem , jego odejście jest niekwestionowaną stratą nie tylko dla jego rodziny, przyjaciół i współpracowników, ale również  dla Świdnicy. Jego działania na stałe zapiszą się w kartach historii naszego miasta.
    Mam nadzieję, że żona Krzysztofa Małgosia przy wsparciu rodziny i przyjaciół będzie kontynuowała jego dzieło. Dzięki temu Krzysiek będzie zawsze wśród nas.

    Beata Moskal-Słaniewska, radna, przyjaciółka

    Jak wspominać kogoś, w kogo odejście tak trudno jest uwierzyć? Jak mówić w czasie przeszłym o kimś, z kim miało się wypić jeszcze niejedną kawę, pożartować, poopowiadać o dzieciach…

    Wspomnienia? Mały sklepik na Przyjaciół Żołnierza – pierwsza firma Krzysztofa i nasze pierwsze spotkanie. Potem wspólne redagowanie artykułów w „Wiadomościach Świdnickich”, spotkania w gronie Stowarzyszenia Przedsiębiorców i Kupców Świdnickich. Małe mieszkanie na Brackiej, które wynajmowali wspólnie z Marzeną. Pierwsze własne mieszkanie na Żeromskiego. Maleńki Martin w łóżeczku – jacy byli szczęśliwi… Ogród przy Żeromskiego, w którym nasze dzieci razem już taplały się w baseniku. Wspólny wyjazd do Disneylandu, gdzie wszyscy bawiliśmy się jak małolaty. To tylko urywki wspomnień. Jest ich dużo więcej. Niektóre zapisane na kolorowych fotografiach, które dziś oglądamy już zupełnie inaczej.

    Ostatnie dwa lata – Krzysztof szczęśliwy jak nigdy. Zakochany – byli z Małgosią jak papużki-nierozłączki. Martin i Patryk zawsze blisko, zaprzyjaźnieni z tatą, realizujący razem z nim marzenia. Może nawet częściej były to marzenia Krzysztofa?… Mecze, wyjazdy, zwiedzanie świata. Tak cieszył się, że mogą to robić razem. Często towarzyszyła im ukochana mama Ania.

    A Krzysztof? Roześmiany, zadowolony, tryskający energią. „Pędzę, nie mam czasu!” – no właśnie… Ten pęd. „Krzysiek, zwolnij, nie tak szybko” – upominałam. On w odpowiedzi oczywiście się śmiał. I opowiadał o tysiącach planów, projektów. Miał kalendarz rozpisany chyba na kilka lat do przodu.

    Dziś nieważne są już te projekty, kalendarze trzeba odłożyć na półkę. Dziś widać pustkę, jaką po sobie zostawił. Bo jeśli ktoś sobą wypełnia tak wielką przestrzeń, to tym większe jest potem poczucie straty.

    Spojrzałam na tekst wyżej i… nadal nie wierzę. Moja przyjaciółka powiedziała „Dziś nic nie jest mu już potrzebne, prócz naszej cichej modlitwy.”

    Piotr Betlej, zawodnik Mistrzostw Polski Mediator Motoświdnica Racing Team

    W niedzielę rano dostałem wiadomość o tym, co się stało. Pierwsza myśl? Kiepski żart?! Niestety, to była prawda, irytująca, smutna prawda o tak wesołym i pogodnym człowieku, jakim był Krzysiek. Znałem go krótko, bo tylko 2 lata, jednak w tym czasie zdążył zaskarbić sobie moją wielką sympatię, podziw i uznanie. Zastanawiałem Się, jak można dojść tak wysoko, odnosić takie sukcesy i pozostać przy tym tak szczerym, oddanym sprawie i ludzkim. Nie wiem, jakim był szefem, politykiem, ojcem, mężem czy przyjacielem, dla mnie był kolegą, mentorem, wsparciem i przede wszystkim wielkim Człowiekiem. Jemu zawdzięczam sukcesy na torach wyścigowych i spełnienie marzeń. Był jedną z pierwszych osób, która uwierzyła w moje umiejętności i wsparła w dążeniu do najwyższych stopni podium. Właśnie zaczęliśmy realizować kolejne przedsięwzięcie, czyli start w najsłynniejszym wyścigu motocyklowym świata – Tourist Trophy na wyspie Man. Jeśli uda nam się zrealizować ten projekt, to chciałbym zadedykować go właśnie Krzyśkowi. Nie tylko ja, ale i wielu innych ludzi dzięki zrozumieniu i wielkoduszności Krzysztofa, miało możliwość udowodnić, jak wyjątkowa jest Świdnica i świdniczanie, z którymi tak bardzo się utożsamiał… niestety, właśnie odszedł jeden z najwybitniejszych…

    Anna Zalewska, poseł na sejm RP

    Bardzo trudno pisać o Krzysztofie w czasie przeszłym. Dla mnie wciąż jeszcze jest, zawsze będę o Nim pamiętać. Energiczny, energetyzujący, zawsze uśmiechnięty, ciągle spieszący się, mający dziesiątki pomysłów na swoje życie i pracę. Lubiłam się z Nim spierać , często się nie zgadzaliśmy, ale każda nasza rozmowa kończyła się uściśnięciem dłoni i zapewnieniem o wzajemnej sympatii. Nie zapomnę nigdy, że był ze mną w samorządzie w chwilach najtrudniejszych , kiedy podważano mój mandat do pełnienia funkcji radnej. Nie tylko dodawał mi otuchy, ale jako Przewodniczący Rady Powiatu działał na moją rzecz, choć byłam w opozycji. Zapisał się na zawsze w środowisku miasta i powiatu- będzie Go brakować.

    Wojciech Murdzek, prezydent Świdnicy

    Krzysztofa Wierzęcia zapamiętam jako nieustającego optymistę z radosnym nastawieniem do rzeczywistości. Dla niego nie było rzeczy niemożliwych, jedynym ograniczeniem był czas. Tego czasu na pewno mu zabrakło, bo zawsze miał wiele pomysłów na działalność. I to nie tylko w wymiarze biznesowym, gdzie odnosił spore sukcesy, ale również w wymiarze dobroczynnym, bo Krzysztof Wierzęć dał się poznać także jako osoba wrażliwa na potrzeby innych.
    Mnie jako prezydenta miasta zawsze cieszą sukcesy firm, które działają w Świdnicy. Nie inaczej było z firmą Mediator, która w ostatnich latach błyskawicznie się rozwijała. Osiągnięcie bardzo dobrych wyników w tak krótkim czasie to nie tylko powód do dumy dla nas świdniczan, ale też dobra promocja pracowitych mieszkańców i miasta. Za swoją podstawową działalność wybrał obszar, który jest niezwykle ważny, a ja sam wciąż to powtarzam – największym kapitałem miast i firm nie są kamienice, czy też hale fabryczne, ale ludzie. I On właśnie ten kapitał ludzki rozwijał.

    Krzysztof Wierzęć miał dużo planów, ale dokładnie wiedział czego chce, tak konkretnie. Szkoda, że wielu tych ambitnych zamierzeń nie uda mu się już zrealizować…

    Krzysztof Sołtys, Przewodniczący Rady Powiatu Świdnickiego, przyjaciel

    „Od nagłej niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie”- powtarzając słowa tej modlitwy trudno pogodzić się ze śmiercią Krzysztofa. Trudno uwierzyć, że nie wejdzie uśmiechnięty do szatni z wielką sportową torbą przewieszoną przez ramię i nie powie „Co jest….Panowie – gramy”. Jeszcze trudniej napisać o nim, że był , bo był pełen życia. Do samorządu wniósł promyk radości, jako przewodniczący Rady Powiatu II kadencji potrafił jednać, łączyć, nigdy nie dzielić. Bardzo szybko zdobył zaufanie i sympatię wszystkich radnych. Zarażał nas swym optymizmem, pogodą ducha i wrodzonym poczuciem humoru. Zawsze otwarty,  gotowy nieść pomoc każdemu.

    Kochał piłkę nożną i ona kochała jego. Odwdzięczała mu się niezliczoną liczbą strzelonych bramek i tytułami królów strzelców licznych turniejów. Stworzył z radnych drużynę, która odnosiła sukcesy w mistrzostwach rangi wojewódzkiej i ogólnopolskiej. Dzięki niemu przyjaźnie zrodzone na boisku topiły lody i przełamywały bariery w radzie. Na każdy mecz zabierał swoją mamę i synów, którzy nam kibicowali, a my mogliśmy zobaczyć jakim był wspaniałym synem i ojcem, a Pani Wierzęciowa była dla nas jak „nasza mama”.

    Wierzę, że jeszcze kiedyś razem zagramy z Krzysiem, bo jeśli nie, to jaki sens ma nasze życie, jaki sens ma nasza wiara, jaki sens ma wszystko to, co robimy i to, co kochamy.