Straż Miejska oddaje mandaty!

    10

    Janusz Banasiewicz z Marciszowa koło Kamiennej Góry przecierał oczy ze zdumienia, gdy kilka dni temu sprawdził stan swojego konta. Było na nim 200 złotych, przysłane przez świdnicką Straż Miejską. I tu nie chodzi o żaden niespodziewany prezent. Straż Miejska odesłała panu Januszowi zapłacony pod koniec 2010 roku mandat za przekroczenie prędkości. – Nie chcą pieniędzy? – pyta zdumiony kierowca.

    Cała historia zaczęła się 17 października 2010, gdy mieszkaniec Marciszowa zbyt szybko jechał przez Świdnicę i ten fakt zarejestrował fotoradar. Straż Miejska wysłała kierowcy zdjęcie, informację o popełnionym wykroczeniu i pytanie, czy przyjmuje mandat w wysokości 200 złotych. Pan Janusz uderzył się w pierś, przyznał do winy i odpisał, że oczywiście mandat przyjmuje. Przyszło kolejne pismo z mandatem i numerem konta, na który należy wpłacić pieniądze. I pieniądze zostały wpłacone. Tyle że kilka dni po terminie. – Akurat nie miałem wolnych środków – rozkłada ręce kierowca. Wysłałem najszybciej jak mogłem. A tu proszę, pieniądze wracają, a do mnie trafia kolejna informacja, że sprawa została skierowana do Sądu Rejonowego! Przecież się nie uchylam, przyznałem się do winy, zapłaciłem? O co chodzi?

    – Bardzo nam przykro, naprawdę! – zapewnia Stanisław Rybak, komendant świdnickiej Straży Miejskiej. – Rzeczywiście historia wygląda absurdalnie, ale musieliśmy odesłać pieniądze. I ten pan nie jest jedyną osobą, którą to spotyka, takich spraw mamy dziesiątki. W skali całego kraju pewnie są ich tysiące.  Takie po prostu jest prawo i nic na to nie poradzimy.

    Kwestię sposobu i terminów opłacenia mandatów reguluje artykuł 98 Kodeksu Postępowania o Wykroczeniach. W przypadku kredytowych sprawa jest prosta – jest 7 dni na zapłacenie od daty przyjęcia, a jeśli ukarany tego nie zrobi, pieniądze ściąga komornik. Inaczej jest przy mandatach zaocznych, czyli takich, jaki otrzymał kierowca z Marciszowa. Tutaj termin biegnie od daty wystawienia, a jeśli zostanie przekroczony, sprawa trafia do Sądu Rejonowego. Nieważne, czy poczta się spóźni z dostarczeniem, czy delikwent jest akurat za granicą czy na urlopie. Liczy się data wystawienia!

    – Nawet jeśli pieniądze wpłyną 8 dnia, musimy je odesłać, bo nie mamy podstawy prawnej do ich przyjęcia – wyjaśnia Stanisław Rybak. – Informacja o 7-dniowym terminie od wystawienia jest nie tylko piśmie powiadamiającym o wykroczeniu, a potem na odwrocie mandatu. Dołączamy osobną kartkę z wytłuszczoną i podkreśloną informacją o tym fakcie, jak również o tym, że w przeciwnym razie będziemy zmuszeni skierować wniosek o ukaranie do Sądu Rejonowego. W bardzo wielu przypadkach albo nikt tego nie czyta, albo lekceważy.

    Przepis utrudnia życie nie tylko kierowcom. – Straż Miejska ma mnóstwo dodatkowej, papierkowej roboty – dodaje komendant Rybak. – Wysłuchujemy też przykrych słów od zdenerwowanych ludzi, którzy przecież nie migają się od odpowiedzialności, a będą odpowiadać przed sądem. Dura lex, sed lex.

    Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. „Mandaty z fotoradaru” zasilają budżet miasta. Tylko w ubiegłym roku było to ponad 300 tysięcy złotych. Jeśli sprawa trafia do sądu i ten wymierza grzywnę, pieniądze trafiają do budżetu państwa i miasto w ewidentny sposób traci.

    Wystarczyłoby zmienić przepis o mandatach zaocznych tak, by brzmiał identycznie jak w przepisie o mandatach kredytowych. Zaoszczędziłoby to nerwów i niepotrzebnej pracy wszystkim. – No ale to apel do ustawodawcy, nie do nas – odpowiada Stanisław Rybak.

    – Przepis jest kuriozalny – przyznaje poseł Marzena Machałek z Prawa i Sprawiedliwości. – Dlaczego uczciwy obywatel ma być ciągany po sądach, jeśli nie uchyla się od odpowiedzialności? Na pewno sprawą zainteresuję swój klub i posłów z innych ugrupowań. To nie może tak zostać!

    Agnieszka Szymkiewicz/Piotr Słowiński